Obrazki zawieszone w strugach deszczu

Tomasz LachowiczZaktualizowano 
<strong>Tomasz Lachowicz<br>Redaktor naczelny <br>"Gazety Krakowskiej"<br>2007-2012<br>Redaktor naczelny Wydawnictwa Prasa Krakowska 2012-2014</strong><br>
Tomasz LachowiczRedaktor naczelny "Gazety Krakowskiej"2007-2012Redaktor naczelny Wydawnictwa Prasa Krakowska 2012-2014
Zanosiło się na deszcz, może już nawet lekko siąpiło. Dopakowywałem na parkingu pod redakcją swoje auto, dopychałem jakieś pamiątkowe gazety (po co?), książki, jakieś szpargały, z którymi nie umiałem się rozstać. Było piątkowe popołudnie 20 czerwca ubiegłego roku. Zaraz miał się zacząć letni weekend.

Dla mnie jednak coś się kończyło. Parę minut po 17 moje auto wytoczyło się spod redakcji "Gazety Krakowskiej" w aleję Pokoju, nawrót, rondo Grzegórzeckie, Mogilskie, aleją 29 Listopada… Po raz ostatni. Rzut oka w lusterko wsteczne. Już padało na dobre, niewiele widać. Z zamgleń i deszczowych rozmazań wyłoniło się jednak kilka obrazów.

Obrazek 1. Początek.
Piątek, 31 sierpnia 2007 r. Kraków, tramwaj

Jadę "jedynką" z Salwatoru. Nadzwyczaj upalny dzień. A ja wbity w jakiś grafitowy garniturek pocę się nie z gorąca, a z emocji. Do tego morderczy krawat próbuje mnie udusić. Nerwowo zamęczam współpasażerów pytaniem, czy następny przystanek będzie na rondzie Grzegórzeckim. Patrzą na mnie jak na idiotę i tłumaczą, że to jeszcze nie, że spokojnie, że mi powiedzą…

Jadę na pierwsze spotkanie z zespołem "Gazety Krakowskiej" i zastanawiam się, co ja tutaj robię. Nie znam miasta, a mam kierować gazetą, która tu się ukazuje, nie znam ludzi ani ich umiejętności, nie mam pojęcia o specyfice gazet lokalnych, a do takiej jadę. Nie znam regionu, byłem parę razy w Krakowie, Zakopanem - to wszystko. Nie wiem, nie znam, nie mam pojęcia…
Przymykam oczy i myślę: czas szybko leci, ani się obejrzę i już będę stąd wyjeżdżał. Ta wizja mnie uspokaja. Spotkanie z zespołem raczej chłodne. Nowy naczelny to dla dziennikarzy zawsze niewiadoma. A jeszcze naczelny przywieziony w teczce z Warszawy? Nie może być dobrze - myślą. Nie może być dobrze - myślę.

Obrazek 2. Być albo nie być
Niedziela, 21 października 2007 r. Kraków, redakcja "GK"

Dzień wyborów parlamentarnych, wielkiego starcia Czwartej Rzeczpospolitej z Trzecią. Wynik tego boju w ogóle mnie nie obchodzi. My tu mamy bój własny. Od bladego ranka siedzimy w newsroomie. Umieram ze strachu. Od jutra "Gazeta Krakowska" ma wyglądać zupełnie inaczej. Nowa grafika, nowe czcionki, nowy układ stron, wydań. I nowa technologia przygotowywania do druku - najnowocześniejszy system wydawniczy świata. Tylko to wszystko jakieś trudne, nieznane. Poruszamy się w tej nowej materii niepewnie.

Tydzień wcześniej przygotowywaliśmy gazetę "na sucho". Do momentu kiedy gazeta powinna trafić do drukarni, udało nam się przygotować ledwie połowę stron. Jeśli dziś pójdzie nam podobnie, jutro "Gazety Krakowskiej" nie będzie w kioskach. Jesteśmy zmotywowani i przestraszeni.

I powtarzamy jak mantrę stare redakcyjne powiedzonko: jeszcze tak nie było, żeby się gazeta nie ukazała. Święty Boże - myślałem - nie chcę być tym pierwszym naczelnym, który nie wyda jutrzejszej gazety.
Ale zespół jest świetny. Ja się martwię, oni pracują. Gazeta punktualnie trafia do kiosków. Nie jest to najciekawsza gazeta świata. Ale jest!

Obrazek 3. Najczarniejszy tydzień
Sobota, 10 kwietnia 2010-niedziela, 17 kwietnia 2010 r. Kraków

Pięć minut przed 9 ruszam samochodem wypełnionym zakupami spod Makro. Radio coś tam gada, ja myślę o przyjemnościach czekającego mnie weekendu, gdy nagle mój słuch dostraja się do częstotliwości TOK FM. Słucham i nie wierzę. Zjeżdżam na chodnik, zatrzymuję auto i słucham.

Wiadomości są przerażające. Samolot, Smoleńsk, prezydent, wszyscy…. Jadę prosto do redakcji. Około godz. 10 pojawiają się pierwsi dziennikarze. Nie musimy sobie nic mówić. Przeżywamy. Wpatrujemy się w listy osób, które zginęły.

Pękam, kiedy na ekranie pojawia się nazwisko Wiesława Wody. Parę dni wcześniej odwiedził mnie w redakcji i - jak to on - żartobliwie strofował mnie, że "Gazeta Krakowska" nie zauważyła jakiejś uroczystości ludowej, sztandarów PSL-u, tłumów chłopów. A ja, że jak zrobią ci chłopi coś pożyteczniejszego niż dźwiganie sztandarów - to napiszemy z pewnością. To był nasz taki rytuał. Piliśmy herbatę i przekomarzaliśmy się nieco. Już nie będziemy - pomyślałem i zwyczajnie się rozbeczałem.

Dziennikarze wiedzą, jaka jest ich powinność, wiedzą, że ludzie potrzebują informacji. Około południa zapada decyzja o wydaniach nadzwyczajnych. Pierwsze ukazało się już w sobotę około godz. 17. Częściowo sami je rozdajemy w mieście. Następne w niedzielę, potem kolejne wydania.

W smutku, napięciu i przygnębieniu nie wychodzimy właściwie z redakcji przez kolejne dni, wpadamy do domu na krótką drzemkę, zmianę koszuli i znów do redakcji. Ludzie czekali na naszą gazetę. Czuliśmy to. Nigdy też chyba jako zespół nie byliśmy tak razem.

Obrazek 4. Wszyscy zalani, my też
Wtorek, 18 maja 2010 r. Sosnowiec, redakcja "Dziennika Zachodniego"

Wisła przybierała od kilku dni. Całą prawie gazetę wypełniały doniesienia ze zmagań z powodzią, reporterzy w kaloszach przemierzali zalane tereny, obserwowali most Dębnicki (wytrzyma - nie wytrzyma?), donosili o ludzkich nieszczęściach.
W końcu i nas dopadło. Nie tak, żeby Wisła zalała redakcję, ale wystarczyło, że do piwnic dostała się woda i zagrażała transformatorom. Trzeba było w redakcji wyłączyć prąd. A bez niego nic nie da się zrobić. A robić trzeba!

Pakujemy się z grupą redaktorów do samochodów i ruszamy do Sosnowca. Reporterzy zostają w Krakowie i internetem przesyłają zdjęcia i teksty.

Pracujemy w Sosnowcu, w pięknej, nowoczesnej redakcji "Dziennika Zachodniego" i czujemy się jakoś dziwnie. Tam w Krakowie, w naszym świecie, napięcie, zagrożenie, trwoga, a tu na Śląsku i w Zagłębiu spokój, coś tam podlało, podtopiło, ale do naszych emocji daleko.

Wybieramy zdjęcie na I stronę. Pamiętam tę "jedynkę" w szczegółach. Piękna, groźna panorama: Wawel, most Dębnicki i zakole Wisły szerokiej jak Amazonka. Oddajemy gazetę do druku. Rano będzie w kioskach. W strugach deszczu wracamy nocą do Krakowa.

To było do tej pory jedyne wydanie "Gazety Krakowskiej" przygotowane na wychodźstwie.
Obrazek 5. Operacja "Prezydent"
Niedziela, 5 grudnia 2010 r. Redakcja "GK"

Druga tura wyborów samorządowych. Jacek Majchrowski kontra Stanisław Kracik. W redakcji cały dzień się nudzimy, pijemy kawę, gadamy. Praca zacznie się koło 22. Na razie luz i wyczekiwanie.

Tydzień wcześniej przeżyliśmy grozę. Agencja badawcza kompletnie zawaliła sondaże. Pierwszy wynik wskazywał na zwycięstwo w I turze Stanisława Kracika. Potem okazało się, że wygrał Jacek Majchrowski. Wiedzieliśmy, że po II turze wyborów musimy czytelnikom napisać, kto jest prezydentem Krakowa, a przecież tej sondażowni już nie mogliśmy zaufać. W czarnych snach jawiła się straszna wizja: oddajemy gazetę do druku o godz. 1 w nocy i piszemy, że wygrał M., gazeta trafia do kiosków o godz. 6, kiedy wiadomo, że wygrał K.

Skoro nie możemy liczyć na innych - musimy na siebie. Postanowiliśmy sami policzyć głosy. Ta operacja była dla redakcji tym, czym dla US Army lądowanie w Normandii. Albo jeszcze trudniejsza.

Komisje wyborcze na koniec pracy wywieszają wyniki. Zwykle do północy. Trzeba więc te głosy zebrać, zliczyć i już. Na wielki plan Krakowa nanieśliśmy wszystkie punkty wyborcze, pogrupowaliśmy je, przypisaliśmy do nich ludzi, najęliśmy wolontariuszy, zorganizowaliśmy łączność i dowodzenie, powstał excelowy automat zliczający głosy itp. itd.

O godz. 22 machina rusza. W redakcji robi się jak w ulu, dzwonią telefony, wpadają dane. Gdzieś ktoś nie może się dostać do komisji, bo furtka zamknięta. Daje radę przez płot. Kogoś pies pogonił. Trudno.

O godz. 1 w nocy mamy realne wyniki z ponad 90 proc. komisji wyborczych. Wiemy, że wygrał Jacek Majchrowski. Wynik podajemy z dokładnością do setnych procenta. Mylimy się raptem o kilkanaście setnych.
Sukces? Raczej wysiłek i przygoda. Bo tego dnia właśnie sondażownia trafiła w dziesiątkę. Prawidłowy wynik wyborów mogliśmy podać bez wysiłku.

Obrazek 6. Pożegnanie
Piątek, 20 czerwca 2014 r. W drodze

Mijam Michałowice. Znowu jestem w Kongresówce. Do Warszawy szmat drogi. Przewiną mi się jeszcze dziesiątki obrazów, bo "Gazeta Krakowska" zostawiła wielki ślad. Zmieniła mnie. A czy ja zostawiłem coś "Gazecie Krakowskiej"? Niewiele. Parę powiedzonek (raczej nie do cytowania) i już. Bo gazety żyją jeden dzień i odchodzą w niepamięć. A redaktorzy naczelni - z nimi.

Tomasz Lachowicz
Redaktor naczelny
"Gazety Krakowskiej"
2007-2012
Redaktor naczelny Wydawnictwa Prasa Krakowska 2012-2014

Zobacz najświeższe newsy wideo z kraju i ze świata
"Gazeta Krakowska" na Youtubie, Twitterze i Google+
Artykuły, za które warto zapłacić!
Sprawdź i przeczytaj

Codziennie rano najświeższe informacje z Krakowa prosto na Twoją skrzynkę e-mail. Zapisz się do newslettera!

polecane: FLESZ: Podział Mandatów po wyborach parlamentarnych

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3