Tokio 2020. Karolina Naja i Anna Puławska, srebrne medalistki z kajakarskiej dwójki: Wiedziałyśmy, że w finale będzie ogień

Przemysław Franczak, Tokio
Karolina Naja i Anna Puławska srebrnymi medalistkami igrzysk w Tokio.
Karolina Naja i Anna Puławska srebrnymi medalistkami igrzysk w Tokio. Pawel Relikowski / Polska Press
- Jest między nimi chemia – mówi trener kobiecej kadry Tomasz Kryk. A z tej chemii wziął się srebrny medal igrzysk w Tokio. Karolina Naja i Anna Puławska popłynęły po niego w kajakowej dwójce.

Pierwszy raz spotkały się jeszcze przed igrzyskami w Rio do Janeiro, na których Naja zdobywała swój drugi brązowy olimpijski medal w parze z Beatą Mikołajczyk. Puławska dopiero wchodziła do kadry.

- Pamiętasz tamto spotkanie, Ania? - zwracała się Naja do koleżanki. - Bo ja tak, w magiczny sposób spotkałyśmy się na treningu. Był taki moment, gdy w szatni chciałam wyjąć coś z plecaka. Nie powiedziałam tego na głos, a Ania to po prostu wyciągnęła i mi dała. Nie pamiętam, co to było dokładnie, ale spojrzałam na nią i spytałam: „Czy ja powiedziałam to głośno?”. Ania odpowiedziała, że nie.

Zanim bez słów zaczęły dogadywać się w kajaku minęło trochę czasu, osadę stworzyły kilka lat później, w 2019. Ale w niej znów od razu zaiskrzyło, wszystko się zgrało. Tak jak w finałowym wyścigu na olimpijskim torze Sea Forest Waterway. Świetnie wystartowały, w połowie 500-metrowego dystansu wyszły na drugie miejsce, a potem jeszcze dołożyły do pieca i odparły wściekłe ataki rywalek. Poza zasięgiem były tylko Nowozelandki, z niesamowitą Lisą Carrington, która chwilę wcześniej zdobyła złoto w jedynkach na 200 m.

Naja: - Płynęłyśmy na skrajnym torze z lewej strony, zastanawiałam się, czy to wygodna pozycja. Trener przed startem powiedział nam: dziewczyny, zero stresu, teraz płyniemy w tunelu, nie musicie oglądać się na nikogo. I myślę, że faktycznie się tak stało. Na każdym treningu się przygotowywałyśmy do tego wyścigu. Wiedziałyśmy, że jak pojedziemy swoje, to to na mecie będziemy się cieszyły.

I cieszyły się jak szalone, po wyjściu na brzeg padły sobie w ramiona.

- Wiedziałyśmy, że nas na to stać. Po eliminacjach i finałach czułyśmy jeszcze rezerwy. Poza tym starty z Anią są wyjątkowe. U niej trzeba zawsze cierpliwie czekać na finał, tylko w nich sprzedaje całą siebie. Na tyle ją już poznałam, że wiedziałam, że finale będzie ogień – śmiała się Naja.

Ta konkurencja dla polskiego sportu niezwykła. Olimpijskie medale zdobywamy w niej nieprzerwanie od 2000 roku. Tokio to już szóste igrzyska z rzędu, gdy kobieca dwójka dopływa do podium. Sztafeta płynie od czasów Beaty Sokołowskiej i Anety Pastuszki, a w każdej kolejnej jest reprezentantka z poprzedniej osady. U Pastuszki terminowała Beata Mikołajczyk, u tej drugiej Naja, która teraz na olimpijskie podium pociągnęła Puławską.

- Mogę o tym fenomenie mówić z perspektywy ostatniej dekady. Tutaj jest duża zasługa trenera Tomasza Kryka – tłumaczyła Naja. - Bardzo stawiał na to, żeby była obszerna grupa dziewczyn, równo traktował i te wchodzące dziewczyny, i te bardziej doświadczone, które wspierały te młodsze i pokazywały, co i jak. I efekt jest taki, że Ania idealnie wbiła się na te igrzyska.

O Kryku można powiedzieć, że stworzył w reprezentacji polską szkołę kajaków. Po medalowym wyścigu, wyraźnie wzruszany, sypał ciekawymi historiami jak z rękawa. Tajna broń? - Woziłem na zgrupowania kilogramy kapusty kiszonej i ogórków. Jelita to twój drugi mózg, tak się buduje odporność organizmu. Od roku w kadrze nikt nie był u nas chory – uśmiechał się. - Nawet w Japonii mieliśmy swoją kapustę, choć oni kiszonki też mają świetne. Kimchi również tutaj sporo jemy.

I na tym paliwie po medal ma też popłynąć kobieca czwórka (finał w sobotę). Poza srebrnymi medalistkami do łodzi wsiądą Heleną Wiśniewska i Justyna Iskrzycka. Obie chciały obejrzeć ceremonię medalową, ale trener wygonił je wioski olimpijskiej, żeby odpoczęły po treningu.

- My też już mamy w głowach to, że czeka nas kolejny ważny start. W czwórce chcemy pokazać moc – mówiła Puławska. - Dlatego choć jesteśmy bardzo szczęśliwe, to może tego bardzo po nas teraz nie widać. Oszczędzamy energię – śmiała się.

- Tak, tamten wyścig to już historia – mówiła Naja, obracając w palcach srebrny medal. I zanim została poproszona na konferencję prasową, zdążyła jeszcze złożyć wyjątkowe podziękowania.

- Mam kilka osób, którym chcę dedykować ten medal, choćby Ani, ale przede wszystkim zasłużył na to mój partner Łukasz Woszczyński – podkreślała. - Przez ostatni rok w sumie pełnił funkcję mamy, ponieważ to on zajmował się naszym synem, gdy ja jeździłam na zgrupowania. Nie było to łatwe. I tak jak zawsze żartobliwie mówił, że nie byłoby tych wcześniejszych medali, gdyby nie on, to przy tym śmiało mogę powiedzieć, że tak jest. Gdyby nie jego wsparcie po urodzeniu dziecka, jego rada „dobra, wracaj do sportu, zobaczymy, co z tego wyjdzie”, to pewnie mnie by dzisiaj tu nie było.

SPORTOWY24.PL - rozmowa z Piotrem Małachowskim

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie