Uchodźcy z Ukrainy: spakowaliśmy się w 10 minut. Możliwe, że zostanie nam tylko to

Julia Kalęba
Julia Kalęba
Udostępnij:
Pociągiem z Kijowa przez Lwów i dalej, do Przemyśla. Z Lwowa samochodem przez Lublin albo busem do granicy i dalej koleją. Ich drogi do Krakowa były różne. Po trzech dniach znaleźli się w jednym hotelu przygotowanym dla osób uciekających zza wschodniej granicy. Olena z synem, Nazarij, Roksolana i ich dzieci – Katerina i Aleksander oraz Jurij z żoną i córką to jedni z pierwszych uchodźców, którzy dotarli do miasta od początku pełnowymiarowej inwazji Rosji na Ukrainę.

FLESZ - Rosja bombarduje ukraińskie miasta. Coraz więcej ofiar

Olenę w jej kijowskim mieszkaniu na lewym brzegu Dniepru budzi huk wystrzałów. Jest krótko po czwartej. W pierwszej chwili myśli, że to fajerwerki. Potem odbiera telefon od siostry z Chersonia. W jednej torbie bierze lekarstwa dla syna, do drugiej pakuje jedzenie i wodę.

Około piątej Nazarij widzi na niebie rakietę. W całym Lwowie wyją już syreny. Nie śpi Roksolana w siódmym miesiącu ciąży, budzi się ich 4-letnia córka i rok młodszy syn. Nazarij mówi, że dzieci nie powinny oglądać wojny.

Jurij z żoną i córką pakują się w ciągu 10 minut. 19 godzin czekają na przejściu granicznym. W tym czasie wprowadzony zostaje zakaz wyjeżdżania z kraju dla mężczyzn w wieku poborowym. Jurij ma 61 lat. Widzi, jak niewiele młodsi od niego ściskają rodziny na pożegnanie.

Dwa dni później Olena z synem, Nazarij, Roksolana i ich dzieci – Katerina i Aleksander oraz Jurij z żoną i córką mieszkają obok siebie w jednym z krakowskich hoteli. Są wśród pierwszych uchodźców, którzy dotarli do miasta od początku pełnowymiarowej inwazji Rosji na Ukrainę.

– Osoby, które zaczęły dojeżdżać do Krakowa, były oddelegowywane do nas. To są osoby przekierowywane z granicy. Czekamy na kolejne autokary. Spodziewamy się ich jeszcze tej nocy, a następne będą tu jutro – mówi Anita Biela, kierowniczka hotelu.

Potrzebne kurtki, pieluszki i buty

Jest wieczór, trzeci dzień wojny. W drzwiach hotelu mijają się kolejne osoby. Z ich siatek wystają kaptury kurtek, pampersy, opakowania zabawek – ci rozglądają się, pytając o drogę. Inni już pewnym krokiem wracają do samochodów. Przed kilkupiętrowym budynkiem stoi Anita Biela.

– Wierzyć się nie chce, jak się mieszkańcy zaangażowali. Wystarczyło jedno ogłoszenie, a od rana co chwilę ktoś tu przychodzi i zostawia rzeczy na zbiórkę – opowiada, prowadząc do zorganizowanych na ten cel magazynów. – Te rzeczy są zbierane dla uchodźców, którzy już są albo będą mieszkać w tym hotelu. Zbieramy właściwie wszystko – ubrania, środki higieniczne, suchą żywność, zabawki.

Schodzimy po schodach do wąskiego korytarza. Wzdłuż jego ścian leżą reklamówki z herbatami, piętrzą się zgrzewki wody i pudełka z kaszkami dla niemowląt. Miejscami trudno postawić stopę, siatki i pudła wypełniają kolejne dwa pokoje.

– Tutaj leżą ręczniki papierowe, tam jest chemia, dalej kaszki i mleka modyfikowane, potem ubrania w różnych rozmiarach, mniej więcej wiekowo. Osobno jest bielizna i rzeczy na zimę, czapki i buty – oprowadza właściwie w miejscu Wiktoria, która segreguje wszystkie dary. – Przyszłyśmy tu z koleżankami z pracy, jako wolontariuszki. Znajoma nas tu zgarnęła, bo jej kolega wiedział, że jest zbiórka i potrzebują rąk do pomocy. Na co dzień pracujemy w przedszkolu samorządowym – mówi.

W międzyczasie ktoś pyta o pieluszkę dla niemowlęcia. Nowi mieszkańcy hotelu zabierają potrzebne rzeczy i wracają z nimi na górę. Inni zostają na dłużej, bo przychodzą tu, żeby rozmawiać.

Uchodźcy z czwartego piętra

Kilkuletni chłopiec niecierpliwi się przy stole w kuchni. Olena właśnie przygotowuje mu kolację.

– Słyszałam, kiedy to się zaczęło – odrywa się od pracy. – Obudziłam się z powodu ataków, już po godzinie czwartej słychać było bomby. Nie od razu zrozumiałam, co to oznacza. Oczywiście, dużo mówiło się o wojnie, ale nie wierzyłam, a raczej miałam nadzieję, że skończy się na gadaniu i do tego nie dojdzie. Zawsze myślę pozytywnie, i tym razem w pierwszej chwili przyszło mi do głowy, że ktoś świętuje, że to mogą być fajerwerki. Ale popatrzyłam na zegarek i zaczęłam podejrzewać najgorsze. Wkrótce zadzwoniła siostra, która mieszka z moją rodziną w Chersoniu, na południu kraju. Powiedziała: Olena, ataki się zaczęły.

Rano Olena wyszła do banku, a potem, jak co dzień, do pracy. Ale jeszcze przed południem wszyscy pracownicy zostali odesłani do domów. Wtedy zdecydowała, że wyjadą.

– W Kijowie mieszkałam po lewej stronie miasta. Bałam się, że jeśli most zostanie wysadzony, nie będę mogła się przemieścić. Rodzina ciągle dzwoniła, że na południu trwają ataki, więc zdecydowałam wziąć syna w okolice Lwowa, gdzie mam przyjaciół. Bez zatrzymywania się – tłumaczy. – Spakowałam, co mogłam unieść w rękach, i wyszliśmy.

To były dwie torby. Pierwsza z lekami, dlatego że chłopiec jest alergikiem. Druga z jedzeniem, bo nie wiedzieli, co ich będzie czekać i jak długo. Jechali lokalną koleją. Do Lwowa pociąg wjechał dobę od pierwszych wybuchów, w piątek o godzinie 4 nad ranem.

– Na miejscu mieliśmy trochę odpocząć – ze względu na syna, nie na mnie, i coś zjeść. Ale na stacji powiedzieli, że w ciągu godziny odjedzie pociąg do Polski. Wsiedliśmy tak, jak staliśmy, i dojechaliśmy do Przemyśla, a stamtąd, dalej, do Krakowa – relacjonuje.

Rozmawiamy na korytarzu czwartego piętra, między kuchnią a pokojem Oleny. Przy niektórych drzwiach wzdłuż korytarza wciąż leżą klocki, puzzle i przytulanki. Miejscami słychać stłumione okrzyki dzieci. Przebijają się też przez drzwi Nazarija, który w hotelu schronienie znalazł razem z żoną, córką i synem.

Kilometry pieszo

– Wyjechaliśmy dwa dni temu, dojechaliśmy wczoraj. Jestem z Lwowa, moja żona jest w siódmym miesiącu ciąży i mamy dwoje dzieci. Kiedy zaczęła się wojna, zawyły syreny. Ale początkowo pomyślałem, że to ćwiczenia. Dopiero Roksolana powiedziała, że nie, że wszystkie media podają, że Putin zaczął wojnę – mówi Nazarij, który przed wyjazdem mieszkał na ósmym piętrze bloku we Lwowie.

– Podbiegłem do okna. Widziałem rakietę, jak leciała od strony Białorusi. To musiał być ostrzał Iwano-Frankiwska. Baliśmy się, że kolejne mogą spaść bliżej nas. Zacząłem zabezpieczać okna i sprawdzać, czy wokół nie latają żadne samoloty. Córka ciągle dopytywała: tata, co robisz, co tam jest, chciała wyglądać przez okno. Syn spał, tylko ona ciągle dopytywała. A my woleliśmy, żeby dzieci nie patrzyły na wojnę.

Od rozdzierającego nocną ciszę ryku syren do momentu wyjścia z mieszkania minęło półtorej godziny. Wzięli dokumenty, z komputerów wyjęli dyski, zapakowali rzeczy do spania i jeden komplet odzieży dla każdego. Najpierw pojechali do rodziny Roksolany, która mieszka w bloku w tym samym mieście, ale na pierwszym piętrze. Uznali, że w razie zagrożenia stamtąd łatwiej będzie uciec. Tam postanowili, że pojadą dalej.

– Jak wyglądała droga? – dopytuję, a Katarina chodzi między nami i pokazuje swoje nowe różowe skrzydła. Aleksander przypatruje się z boku, chowając za nogawką Nazarija.

– Było ciężko – odpowiada, głaszcząc chłopca po głowie. – Nie było pociągów. Jechaliśmy do granicy małym autobusem. Ale on musiał zawrócić siedem kilometrów wcześniej. Długo szliśmy pieszo, z dziećmi, z plecakami. Kilometr przed granicą ktoś zabrał nas na przejście. Wtedy były już tam tłumy. A żona w ciąży, zmarznięta. W pewnym momencie puścili nas przodem. Córka dużo słyszy, ale nie rozumie tej sytuacji. W tłumie pospieszała innych: "no ludzie, idźcie, trzeba iść, ludzie". W końcu Roksolanie wskazali, że może przejść dalej, a mi powiedzieli, żebym zawrócił, że mężczyźni zostają w kraju – opowiada. – Znam wielu, którzy teraz walczą o Ukrainę. I mnie też tutaj boli, że im nie pomagam. Ale mam dzieci, żonę w ciąży, muszę być z nimi. Roksolanę pytali na granicy, z kim jest. Potem usłyszałem od strażników, że mogę ustawić się w kolejce i jechać z rodziną – dodaje.

Autobus zabrał ich do Przemyśla. Noc spędzili w szkole, której sale i korytarz stały się tymczasowym centrum dla uchodźców. W piątek wyjechali pociągiem do Krakowa.

To jest dla nich, mówimy

W hotelu jest już ponad 60 osób. Wielu z nich, jak Nazarij z rodziną, dostało się na granicę, a potem pociągiem do Krakowa. Są też ci, którzy z granicy byli transportowani autokarami. Niektórych zabierały prywatne samochody, bo wielu postanowiło na własną rękę pomóc uchodźcom dostać się w bezpieczne miejsce. Mają przy sobie pojedyncze ubrania i resztki zapasów jedzenia.

– Na miejscu dostają ciepłe posiłki. U nas jest suchy prowiant i wszystkie te rzeczy, które tutaj udało się zgromadzić – mówi Kasia, jedna z wolontariuszek. – Dużo osób jeszcze jest w szoku z powodu całej tej sytuacji, ale też zaskoczonych pomocą w Krakowie. Wybierają jedną rzecz i dopytują, czy na pewno mogą ją zabrać. To wszystko jest dla nich – mówimy.

– Dużo opowiadają – dodaje Alicja. – Był pan, który mówił nam o strachu, kiedy stojąc godzinami na granicy, nie widział, czyje samoloty latają nad głowami. Albo kobieta, która przyjechała z trójką dzieci, mówiła nam o swoim mężu, który został, żeby walczyć w kraju.

Godzinami przez granicę

Przy tym samym korytarzu, obok pokoju Oleny, mieszka Jurij z rodziną. Spotykam go w kuchni, w której rozmawiają z żoną i Nazarijem. W Polsce jest pierwszy raz. Dwa dni wcześniej zostawił swoje mieszkanie w centrum Lwowa.

– Spakowaliśmy się w 10 minut. Wzięliśmy tylko pieniądze, dokumenty i wodę. Potem szybko zeszliśmy do schronu – mówi.

– Zabraliśmy to, co było przygotowane w plecaku. Na Ukrainie mówiono, że wojna może rozpocząć się w każdej minucie, dlatego w jednym miejscu trzymaliśmy rzeczy do szybkiej ucieczki. Ale nie braliśmy niczego więcej. Nie mam ze sobą nawet grzebienia – dodaje żona Jurija.

– Nie wiemy, czy będzie po co wracać. Nie wiem, czy nie zostanę z tym, co mam na sobie, i niczym więcej – kontynuuje mężczyzna.

W pobliżu ich lwowskiego mieszkania znajduje się schron przeciwbombowy. To tam po alarmie, który wybudził miasto 24 lutego, zgromadzili się z żoną, córką i pozostałymi lokatorami budynku. W tym czasie ich druga córka, która na co dzień studiuje w Austrii, skontaktowała się ze znajomymi z Lublina. Obiecali przyjąć jej rodzinę.

– Podała nam adres i wyjechaliśmy w stronę granicy. Tam utknęliśmy na 19 godzin. To, co tam się działo, to był armagedon – opowiada dalej Jurij. – Mam już ponad 60 lat i zostałem przepuszczony, ale było wielu mężczyzn, których zawracano z granicy. Najgorsze było to, że samochodami przyjeżdżały całe rodziny, a potem tym mężom, ojcom, kazano wysiadać. Żegnali się z rodzinami. Dużo płaczu było, żony płakały, dzieci płakały, żony nie chciały puścić mężów.

Kolejną noc spędzili już u polskiej rodziny w Lublinie. Spali na podłodze jednego pokoju, w drugim było małżeństwo z dwójką dzieci i psem.

– Czuliśmy się niezręcznie, że ich tak ścieśniamy. Rano postanowiliśmy pojechać dalej, do Krakowa – wyjaśniają.

Za pieniądze, które jeszcze mieli w plecaku, kupili paliwo. Najpierw dotarli do Galerii Krakowskiej i dworca, na którym zorganizowano punkt informacji dla uchodźców. Tam przydzielono im pokój.

– Nasz samochód stoi pod hotelem. Jeszcze nie wiemy, co dalej – mówią.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

Materiały promocyjne partnera

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Więcej informacji na stronie głównej Gazeta Krakowska
Dodaj ogłoszenie