Drwinia. Parafia w żałobie po śmierci proboszcza. Ks. Roman Kopacz był zarażony koronawirusem

Paweł Michalczyk
Paweł Michalczyk
Parafianie z Drwini pod Bochnią są poruszeni niespodziewaną śmiercią swojego proboszcza. W poniedziałek pojawiła się informacja, że ks. Roman Kopacz jest zarażony koronawirusem. Niestety, we wtorek po południu duchowny zmarł. W czwartek miał miejsce jego pogrzeb - wyłącznie w gronie najbliższych.

FLESZ - Koronawirus. Rząd zaostrzył kwarantannę

Ksiądz Roman Kopacz urodził się 27 lutego 1961 roku w Jaśle. W latach 1991-1999 pracował jako misjonarz na Ukrainie. Na probostwo do Drwini przybył w 2007 roku. Miał tam opinię dobrego człowieka i duszpasterza. W czasie powodzi w 2010 roku, mocno wspierał swoich parafian, zarówno modlitwą, jak i zwykłymi odwiedzinami. - Pochylał się nad każdym potrzebującym. Od pięciu lat był inicjatorem koncertów charytatywnych dla potrzebujących dzieci z naszej parafii i nie tylko - wspomina pani Agata.

Ksiądz Roman był znany ze skromnego stylu życia oraz bezinteresowności. - Nigdy nie oczekiwał nic w zamian. Wręcz przeciwnie. Dzielił się z innymi tym, co miał. Nie przywiązywał uwagi do rzeczy materialnych. Ne było u niego drogich butów i innych rzeczy. Stara koszula, znoszone sandały - wylicza nasza rozmówczyni. Kochał kwiaty, ryby oraz psy.

Ksiądz z powołania

„Był kapłanem z powołania, człowiekiem mocnej wiary. Sprawy materialne zawsze były mu obce. Nigdy nie dbał o siebie, nawet swoją paczkę świąteczną oddawał innym, tym bardziej potrzebującym. Chodził w jednych butach, jednym swetrze. Tyle Mu wystarczyło” - napisała w liście do mediów rodzina państwa Potrzebskich.

Ludziom nie mieści się w głowie, że teraz o swoim proboszczu muszą mówić już tylko w czasie przeszłym. - Tragedia, że tak szybko, tak niespodziewanie, jest to cios dla nas wszystkich - wzdycha pani Maria.

Wzruszający wpis opublikowali we wtorek wieczorem strażacy z Ochotniczej Straży Pożarnej w Drwini. „Choć Jego życie było naznaczone fizycznym cierpieniem, nigdy nie narzekał. Szedł przez nie z uśmiechem, trochę nieśmiałym, ale jakże ujmującym. Przedmiotem Jego szczególnej troski byli młodzi ludzie. To za nich się modlił, ich upominał. Tak było jeszcze wczoraj. Było…” - napisał na profilu OSP Drwinia Marcin Porębski, jeden z druhów.

Małgorzata Potrzebska jeszcze w poniedziałkowy wieczór rozmawiała z duchownym. Zapewniał ją, że czuje się dobrze, ma jedynie słaby apetyt. W razie pogorszenia stanu zdrowia, miał wzywać służby. - Musiało się to stać w nocy albo nad ranem - przypuszcza.

Pogrzeb śp. ks. Romana Kopacza, proboszcza parafii Drwinia odbył się w czwartek 26 marca na cmentarzu w Trzcinicy koło Jasła. Po pochówku, w miejscowym kościele została odprawiona msza w intencji zmarłego. Z powodu zagrożenia koronawirusem w obrzędzie mogła wziąć udział tylko najbliższa rodzina.

Dla parafian z Drwini to bardzo bolesne, że w obecnej sytuacji nie mogli pożegnać swojego duszpasterza. Od środy obowiązują bardziej zaostrzone zasady odprawiania obrzędów religijnych. Decyzją biskupa tarnowskiego, obrzędy pogrzebu ograniczone są wyłącznie do stacji przy grobie z udziałem najbliższej rodziny, w liczbie nie większej niż 5 osób. Msza żałobna z udziałem wiernych zostanie odprawiona dopiero po zakończeniu epidemii. "Obecnie nie możemy z racji obowiązujących ograniczeń związanych ze stanem epidemii w Polsce celebrować wspólnotowo Mszy św. pogrzebowej za śp. ks. Romana Kopacza" - napisał biskup Andrzej Jeż do wiernych z parafii Drwinia.

„To powinno być ostrzeżenie”

Z relacji parafian wynika, że jeszcze w poniedziałek ksiądz zapewniał ich telefonicznie, że czuje się dobrze i nic mu nie potrzeba. To samo wynika z relacji policjantów, którzy od poniedziałku sprawdzali, czy duchowny odbywa kwarantannę, do jakiej został zobowiązany przez Sanepid. Na ich prośbę, ksiądz podszedł do okna.

We wtorek jednak nastąpiło niespodziewane pogorszenie stanu jego zdrowia. Pracownicy Sanepidu próbowali skontaktować się z duchownym, ale ten nie odbierał telefonu. O pomoc poprosili policję, która wysłała na miejsce patrol. Funkcjonariusze stwierdzili, że drzwi od plebanii są zamknięte, ale przed kościołem stoi samochód proboszcza.

Wtedy wezwano dodatkowego funkcjonariusza, wyposażonego w środki ochrony osobistej. Klucze do plebanii policjanci dostali od miejscowego kleryka. Gdy policjant, ubrany w kombinezon i maskę wszedł do budynku, zastał proboszcza leżącego w łóżku. Duchowny miał poważne problemy z oddychaniem i był bardzo osłabiony, nie mógł wstać o własnych siłach.

Wezwano na pomoc pogotowie ratunkowe. Karetka przybyła z nieodległego Dziewina, gdzie na co dzień stacjonuje. Niestety, stan księdza pogarszał się z minuty na minutę, aż doszło do zatrzymania akcji serca. Mimo kilkunastominutowej reanimacji, duchownego nie udało się uratować. Na miejscu był obecny prokurator, ale odstąpił od wszczęcia czynności procesowych.

Małgorzata Potrzebska uważa, że z choroby i nagłej śmierci ks. Romana należy wyciągnąć wnioski. - Ten wirus jest straszny, to powinno być ostrzeżenie, że stanowi on śmiertelne zagrożenie. Nikt by się nie spodziewał, że w tak odizolowanym środowisku coś takiego się stanie.

Masz informacje? Nasza Redakcja czeka na #SYGNAŁ

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

U
Uwaga

Zmarł z powodu niewydolności oddechowej a może nawet niewydolności wielonarządowej spowodowanej zakażeniem koronawirusa. Ale zapewne prokuratura umorzy śledztwo, sekcji zwłok nie wykonają żeby nie ujawnić że zgon byl następstwem powikłań zakażenia koronawirusem. Ksiądz nie był młody, pewnie miał choroby współistniejące i organizm nie pokonał koronawirusa. Teraz będą zaprzeczać że to nie koronawirus był przyczyna śmierci żeby bronić tyłka lekarza, który zadecydował o kwarantannie domowej doprowadzając do nieumyślnego spowodowania śmierci. Zapewne lekarz z pogotowia powiedział że przyczyną zgonu była niewydolność oddechowa a Ci co nie mają wiedzy medycznej stwierdzili ze to nie koronawirus. .... tylko że .... do niewydolności oddechowej doprowadził właśnie koronawirus. Tak umarza się w Polsce śledztwa. Koszmar.

Dodaj ogłoszenie