Gorlice. Serencza znaczy szczęście, więc grają nam już od 20 lat

Halina Gajda
archiwum zespołu
Udostępnij:
15 października w GCK jubileuszowy koncert Serenczy. Tym razem z orkiestrą symfoniczną. Muzycy szukają starych, czasem zapomnianych łemkowskich melodii. Nadają im nowe życie.

Łemkowski zespół Serencza obchodzi dwudzieste urodziny. Choć jego członkom „20” minęła trochę wcześniej, nic a nic nie pozostają w tyle. Energia, poczucie humoru i zapał - to ich cechy rozpoznawcze. Wszystko zaczęło się podczas pewnego integracyjnego spotkania w zdecydowanie męskim gronie...

- Było nas trzech - mówi Roman Korbicz, inicjator powołania grupy. - W pewnej piwnicznej izbie przyszło nam do głowy, że tyle jest wokół różnych zespołów, ale żadnego prawdziwie łemkowskiego - zdradza.

Im bardziej dochodzili do sił po spotkaniu, tym mocniejsze było przekonanie, że ów trzeba powołać. - No i zaczęło się - śmieje się lider. - Najpierw nieśmiałe pobrzękiwanie, poszukiwania instrumentów i dziewczyn do śpiewania - dodaje.

Przyciśnięty z lekka do muru, bez oporów przyznaje, że wtedy, od muzycznego artyzmu, ważniejsza była radość wspólnego bycia, tworzenia.

Słownik dobry na wszystko

Legenda - ponoć jak najbardziej prawdziwa - głosi, że Serencza zawdzięcza swoją nazwę przypadkowi. Gdy zespół się już jako tako ukonstytuował i zaczęły się w miarę regularne próby, muzycy zaczęli się zastanawiać nad nazwą. Jako że nikomu nic oryginalnego nie przychodziło do głowy, a pod ręką był słownik łemkowski, postanowili zdać się na ślepy los. Po kilku nieudanych próbach losowania trafili na słowo „serencza”. Wybór został przyjęty jednogłośnie.

- Wciąż się zastanawiamy, jak dalece wynikało to z trafności losowania, a w jakim stopniu z ilości wypitego wina - śmieje się Roman Korbicz.

Pierwszy publiczny występ - w Lublinie - pamiętają nieco mgliście: emocje wzięły górę nad całą resztą, bo przecież nie dość, że pierwszy raz, to publicznie i w najprawdziwszej sali koncertowej wielkiego miasta. W pamięci zostało tylko entuzjastyczne przyjęcie przez publiczność. Potem były już tylko szeroki świat. Choćby telewizyjna „Kawa czy herbata”. Chłopaki byli już wtedy na studiach w różnych miastach, więc sprowadzenie ich w jednym czasie do Warszawy, wymagała nie lada logistyki.

- Po mnie, do Kielc, specjalnie przyjechał samochód z telewizji - opowiada Mirek Bogoń, artystyczna „głowa” zespołu.
Kilka minut grania przed całą Polską, potem powrót do studenckiej rzeczywistości.

- Zmęczony, niewyspany wchodzę ci jak do akademika, a znajomy przeciera oczy, wpatruje się we mnie i pyta mnie, jak to możliwe, że przed nim stoję, skoro kilka godzin wcześniej widział mnie w telewizji - wspomina.

Czytaj najnowsze informacje z Gorlic i okolic

Jamnik, najlepszy przyjaciel

Popularność Serenczy rosła z każdym dniem. Trudno się więc dziwić muzykom, że zapragnęli uwiecznić dotychczasowe dokonania jakimś trwałym nagraniem. O winylowej płycie nawet nie marzyli, a o cd jeszcze wtedy nikt nie słyszał.

Były za to kasety magnetofonowe. Stosunkowo tanie, łatwe do kopiowania. - Nagranie odbyło się nie gdzie indziej, jak na scenie domu ludowego w Dominikowicach - opowiada Roman Korbicz. - Kilka mikrofonów - ot całe nasze ówczesne bogactwo - uśmiecha się.

Chłopaki wzięli sprawy w swoje ręce i po nagraniu kasety-matki, zaczęło się żmudne kopiowanie, bo co im z jednej, choćby najlepszej kasety? Do dyspozycji mieli magnetofony-jamniki. Wkładało się kasetę z nagraniem-matką do jednej kieszeni, do drugiej - czystą, wciskało „rec” i czekało cierpliwie, aż się przegra.

- Pamiętam, że w nowoczesnych modelach była funkcja przyspieszania nagrywania - wspomina Roman. - Nasze niestety jej nie miały, więc przez całą noc powstało zaledwie kilkanaście kopii - dodaje.

Jak każda szanująca się kaseta, ta Serenczy miała pieczołowicie dobraną okładkę - namalowany fragment chyży z oknem w centralnej części. - Kilka lat później, dostaliśmy te nasze nagrania na płycie cd - wspominają.

- Jakiś zupełnie przypadkowy słuchacz, jak się okazało, nasz fan, spiratował kasetę właśnie na płytę cd - dodają.

Udar dla sprawności kontrabasu

Poza wspomnianą kasetą, zespół ma dzisiaj na koncie cztery profesjonalne płyty. Własne, niewielkie, studio zrobione w domowym zaciszu lidera Serenczy, pozwala na elastyczną pracę. Po prostu, na nagranie wpada ten, kto akurat ma czas. Współczesna technika pozwala złożyć potem wszystko w całość. Choć nie są to milionowe nakłady płyt, ale nie zmienia to faktu, że każda nowa jest rozchwytywana, a wydane wcześniej, są na wagę złota. Serencza ma też za sobą setki koncertów w kraju, ale i na świecie.

- Któregoś dnia zadzwoniła do mnie polska konsul z Maroka z pytaniem, czy znajdziemy czas, bo za dwa tygodnie odbywał się będzie u nich Festiwal Muzyki Gór i ona bardzo by chciała nas tam widzieć - opowiada Roman Korbicz.

Skrywając skrzętnie totalne zaskoczenie i zdziwienie, wszedł w buty prawdziwej gwiazdy i poprosił o czas do zastanowienia: bo wie pani, muszę porozmawiać z zespołem, czy znajdą czas i czy w ogóle mają ochotę. Był koniec sierpnia 2008 roku , gdy wyjechali. Pół żartem-pół serio komentowali sami do siebie, że Serencza, jak bociany, odlatuje na południe.

- Na miejscu okazało się, że mamy zagrać dwa koncerty - wspomina Mirek. - Pierwszy odbył się bez większych niespodzianek: my graliśmy, publiczność bawiła się na całego - dodaje.

Kłody pojawiły się przy drugim. Okazało się bowiem, że program nieco się przeciągnął, więc Serencza weszła na scenę około godz. 23. Tymczasem obsługa kończyła pracę o tej godzinie i ani myślała wyrabiać nadgodziny. Zwinęli sprzęt, brakowało jeszcze, tylko żeby wyłączyli światło. Nasi muzycy nie dali się jednak tak łatwo przegonić ze sceny - prąd do grania był im niepotrzebny, bo grali akustycznie.

- Efekt był taki, że wokół nas zrobił się wianuszek z ludzi, którym nic poza muzyką nie było potrzebne do świetnej zabawy - dodaje Mirek. - Dam sobie uciąć głowę, że nie wiedzieli, o czym śpiewamy, mieli za to doskonałe poczucie rytmu - dodaje z uśmiechem.

Co istotne, podczas marokańskich koncertów grali na nieco zmodyfikowanym kontrabasie. Dlaczego? Otóż sporych rozmiarów instrument nie wytrzymał niestety trudów podróży. Na miejscu okazało się, że ma złamany gryf. Nie było szans na żadne granie.

Zmartwiona obsługa hotelowa sprawdziła natychmiast fachowców od drewna. - Przyjechali jak po ogień - chichoce lider. - Tyle że z wiertłem do betonu i wiertarką udarową - dodaje.

Spece musieli mieć w sercu marokańską gościnność, bo jak szybko przyjechali, tak szybko odjechali - już po właściwy sprzęt. Wspólnymi siłami, na śrubach i śrubkach udało się scalić połamane części. Serencza mogła grać.

Po łemkowsku, z poważną orkiestrą

Mówią o sobie: amatorzy. Trudno się z tym zgodzić, bo każdy koncert to prawdziwa uczta dla ucha. Żadnej prowizorki, playbacków, udawanych ruchów ust. Repertuar to w zdecydowanej części zapomniane łemkowskie piosenki ludowe. W nowej aranżacji Mirosława Bogonia - okrasza je, a to szczyptą jazzu, a to reggae, a czasem muzyki klasycznej - brzmią, jakby wyszły z najlepszego studia. Jeśli dołożyć do tego wielkość instrumentów, czasem bardzo oryginalnych, to naprawdę trudno się od nich oderwać.

Muzycy mówią i to, że ewolucja zespołu jeszcze się nie zakończyła. Dowód na to dadzą w najbliższą niedzielę - 15 października - w GCK zagrają z orkiestrą symfoniczną.

Gazeta Gorlicka

WIDEO: Mówimy po krakosku - odcinek 1. Dlaczego wychodzimy na pole?

Autor: Gazeta Krakowska, Dziennik Polski, Nasze Miasto
>>> Zobacz inne odcinki MÓWIMY PO KRAKOSKU

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie