Kibice Wisły i Cracovii na obozie przetrwania (ZDJĘCIA)

Redakcja
Mają głęboko gdzieś katowanie ludzi za to, że źle odpowiedzieli na pytanie "za kim jesteś?". To atrakcja dla mięczaków. Wolą miażdżyć przeciwnika na punkty niż rozkwaszając mu pięścią nos. Chcą walczyć honorowo, a nie w "bandzie łysego". Dlatego właśnie biorą udział w zmaganiach Fair Kibic Extreme i wypruwają sobie żyły. W lesie, rwącym potoku, nad przepaścią i na skałach. Aż do skrajnego wyczerpania. Jedni za Wisłę Kraków, drudzy za Cracovię. Swoich sił spróbował też Piotr Rąpalski

Pozwolono mi wziąć udział w wielkim finale Fair Kibic Extreme. Trafiłem do drużyny Cracovii. Ta prowadziła z Wisłą 13 punktami. Kibice zmagają się cały rok przez trzy edycje. Czwarta jest rozstrzygająca. Presja potężna. Chłopaki uzbierali sobie punkty, a teraz dostają oderwanego od biurka redaktorka z lękiem wysokości i 100 kilogramami wagi. Priorytet - nie być słabym ogniwem.

FAIR KIBIC EXTREME - ZDJĘCIA

Czwartek rano. Rondo Matecznego. Zbiórka. Przy busie stoi już grupka kibiców. Kaptury, bojowe miny. Miękną mi kolana. Idę i rzucam "część". Nie wiem, czy to Wisła, czy Cracovia. Podchodzi do mnie gość opatulony w szalik Białej Gwiazdy. - Pismak? - pyta. Potwierdzam grzecznie. Przecież nie będę się kłócił, że "redaktor". - Jestem Grzesiek. Nie bój nic. Zaraz jedziemy - uspokaja. Grzesiek i Patryk to opiekunowie drużyny Wisły. Filip i "Maruda" Cracovii. Też kibice. Kiedyś byli uczestnikami zawodów. Teraz awansowali na sierżantów i poganiaczy niewolników. Dają cenne rady.

Na sygnał obie ekipy po 10 osób pakują się do wozu. Do bójki nie dojdzie, bo kibiców odgradzają tony bagaży. Każdy zabrał po trzy pary butów, cztery pary spodni, swetry, kurtki, a skarpetek chyba na dwa lata. Ma być zimno, mokro, brudno. Hard core.

Ośrodek w Dębnie pod Nowym Targiem. Śniadanie. Wisła po lewej części stołu. Cracovia po prawej. Ja pomiędzy. Bułeczki, jajeczniczka, dżemiki, wędlinka. Zanim jednak daję rady sięgnąć po te dobra kibice wsysają całej półmiski. - Musisz być wilkiem kiedy dookoła wilki - rzuca jeden z nich. Zostaje mi łyżka jajecznicy, dwa plasterki szynki, kromka chleba. Najadam się herbatą.

Kwaterujemy się w góralskich domkach. Ja trafiam do jednego z Orsonem, Opim i Bolkiem. Ekipa ze Wzgórz Krzesławickich. W drugim domku Wenta, Czubek, Szczurek, Bantu i Karolek. Głównie Prokocim. W ośrodku pokój ma Andżelika. Wysportowana blondyna. Wisłę też gdzieś upchnęli. - Pewno siedzi psiarnia po budach - rzuca Orson kiedy rozpakowujemy plecaki. Tu nie wolno się bić, ale bluzganie jest nawet wskazane.
Obiad. Apetyt kibica nie zna granic. Półmisek ziemniaków, który normalnie obdzieliłby dwie rodziny znika na trzech talerzach fanów Cracovii. Mi udaje się zgarnąć tylko łyżkę. Kurczaka już nie odpuszczam i rzucam się na niego niczym lew. "Jeśli wejdziesz między wrony musisz krakać tak jak one". Survival zaczyna się już przy stole. Trzeba szybko się uczyć, bo z ci z pustym brzuchem padają pierwsi.

Po obiedzie organizator Fair Kibic Extreme, Leszek, były żołnierz, wita uczestników - Kto będzie pił alkohol albo wda się w bójkę wylatuje z imprezy. Są z nami redaktorzy, ale nie ma dla nich taryfy ulgowej. Wezwiemy was kiedy będzie pierwsze zadanie - szybko streszcza rosły Rambo. Można zrezygnować z wykonywania dwóch zadań. Jeśli nie staniesz do trzeciego żegnasz się z zawodami. Każdemu zostaje wydany sprzęt. Uprząż do wspinaczki, kask, lampka na opasce na czoło oraz pianka do pływania w zimnej wodzie.

FAIR KIBIC EXTREME - ZDJĘCIA

Mam czas na chwilę rozmowy ze współlokatorami. - Bywa, że inni kibice mówią, że pajacujemy. Sami mają cykora wziąć udział w fair kibic - mówi Bolek. Chłopaki przyznają, że kibicowskie bijatyki nie są im obce, ale ustawki na maczety i "sprzęt" to tak naprawdę porachunki handlarzy narkotyków. I ciężko będzie to wyplenić. Rozmowę przerywa mój telefon. Też sobie wybrał moment poseł Adamczyk (PiS). - Słucham Panie Pośle - rzucam. Chłopaki parskają śmiechem.

Pierwsze konkurencje to zabawa. Dopiero pod wieczór zrywają nas z łóżek do mocniejszych wrażeń. - Brać sprzęt alpinistyczny i latarki. Pięć minut - krzyczy Filip, opiekun drużyny Cracovii. W pośpiechu zakładam buty. Przezornie spałem w spodniach. Opi szybko tłumaczy mi jak ubrać pas alpinisty. Lecimy na zbiórkę. Pakują nas do aut i jedziemy w kierunku lasu. Po 20 minutach wysiadka. Instruktorzy sprawdzają nam uprzęże. Po kilka razy. Bezpieczeństwo jest najważniejsze. Maszerujemy na górę. Musimy sami przewiesić liny nad przepaścią i je dobrze przymocować. Obie drużyny się ścigają. Obie popełniają błędy. Żadna nie wygrywa.

Najpierw wyścigi parami nad 30-metrową przepaścią na linie długiej na 50 metrów. Wisząc plecami w dół. Cracovia prowadzi. Jeden Wiślak, "Żarówa", panikuje w połowie trasy. Paraliżuje go zmęczenie i lęk wysokości. Kumple zaczynają go dopingować. O dziwo przyłącza się Cracovia - Dajesz Żarówa! Nie pier..l! - rozlega się z gardeł. Żarówa rusza z miejsca. Wycieńczony dociera do mety. Przegrał wyścig, ale wygrał z samym sobą i zadaniem. Cracovia zwycięża tą konkurencję, ale ja swój wyścig przegrywam od długość buta. Wymiękły mi ręce od ciągnięcia liny. Odpinając się czekam na reprymendę od chłopaków - Dobrze pismak! prawie go miałeś! - słyszę. Uff. Linczu nie będzie.

Wracamy do ośrodka, śpimy może godzinę i znów wywożą nas nad przepaść. Teraz mamy się ścigać leżąc na brzuchu. I to po kilka osób na raz! Ale jak utrzymać wielki mięsień piwny na dwóch linach? Do tego z lękiem wysokości. Wyłączam lampkę, aby nie oświetlała mi drogi w dół. Pełznę powoli. Nagle światło z tyłu rozświetla otchłań pode mną. Rany Boskie! Dziura jak Wielki Kanion. Tracę równowagę. Lecę. Paskudne uczucie. Wisła wygrała. Kompani są wkurzeni. - Jak spadł i szarpnął to po linie poszła fala tsunami - komentuje moją wpadkę Bolek.

- Każdy to powie, Wisełka rządzi w Krakowie - śpiewają nasi przeciwnicy. - Niepokonana nasza Wisełka kochana - zmieniają nutę. Odpowiadamy - Hej, Hej Cracovia! Hej Hej Cracovia! I szlagier - Lepiej siostrę mieć w burdelu niż brata za Wisłą!

Na koniec dnia latamy z latarkami i GPS po lesie. Mamy odnaleźć 10 punktów. Na czas. Każda drużyna dzieli się na dwie piątki i jazda. Trzeba się spieszyć, więc marsz przechodzi w trucht. GPS prowadzi drogami, ale bywa, że zbacza w cholerny gąszcz. Gałęzie chłostają nas po czołach. Trzymamy gardy jak zawodowi bokserzy. Znajdujemy cztery punkty. Mijamy Wisłę zaplątaną w krzory. Nasza druga drużyna informuje, że wpadła do bagna, ale ma dwa odnalezione punkty. Zostało 15 minut. Wracamy licząc, że konkurenci będą gorsi. Ba! Nie dość, że mieli mniej odnalezionych punktów to jeszcze się spóźnili. Szybka kąpiel i spać. Za dwie godziny siódma i śniadanie.
Przy stole znów walka. Najbardziej brutalny jest Orson. Podbiera czekolady, a płatki z mlekiem zagryza szynką i bananem. Równocześnie rzuca do Oli z Wisły wulgarne teksty. Ta niewzruszona odpowiada pięknym za nadobne. Chłopaki rozmawiają o maniurkach (dziewczynach), siłowni, samochodach, piłce. Znają się na niej lepiej niż Szpakowski. Wymieniają nazwy drużyn i nazwiska zawodników od ekstraklasy po szóstą ligę. Przecinki zastępują kwiecistymi związkami wyrazów.

FAIR KIBIC EXTREME - ZDJĘCIA

Kolejna konkurencja. Trzeba przepchać i obrócić samochód o 360 stopi mieszcząc się w połowie boiska do siatkówki, a następnie precyzyjnie pokonać nim tor przeszkód. Oczywiście dalej pchając. Pierwsze podejście Wisły to porażka. Cracovii się udaje z całkiem niezłym czasem. Jesteśmy pewni zwycięstwa. Kolejne ekipa Wisły rzutem na taśmę wyprzedza nas o kilka sekund. Wyją - Armia Białej Gwiazdy. Nas się boi każdy!. Szlag nas trafia. Pchamy, udaje się, ale w gorszym czasie. - Mieliście ich, a jest tylko remis. Powinniście być na siebie nieźle wkurw...i - wytyka nam Filip. Po każdej konkurencji jest podsumowanie. Rozmawiamy o plusach, minusach i o tym kto zawalił. Mobilizujemy się. Mimo tej wpadki idzie nam nieźle więc spięć nie ma. W Wiśle gorsze nastroje. Trzeba jednak przyznać, że kibice Cracovii to przy większości Wiślaków King Kongi.

Ledwo docieramy do domków, a znów nas wzywają. Do ręki dostajemy kompas i mapę. Mamy dojść do miejsca następnego zadania. Podają azymut 60 stopni i odległość. Na geografii w szkole wszyscy spali, albo mieli same lufy. Jakaś gospodyni tłumaczy co to azymut. Pędzimy przez las. W pewnym momencie część chce skręcać w prawo. Nie dociera do nich, że azymut to linia prosta. Kłótnia. Wyzywanie od najgorszych. Czubek rzuca w tych co się odłączyli taką wiązankę epitetów, że strażnikowi miejskiemu zabrakłoby bloczków mandatowych. Nie możemy jednak zostawić buntowników, bo nie mają radia i się zgubią. Dopiero po czasie wracają do nas busem. Idziemy dalej prosto. Docieramy na most nad Dunajcem. Wisła już tu jest od dawna. Punkt dla niej.

Wspinanie się z pontonu na most po linowej drabince. Kilkadziesiąt metrów do góry z uwiązanym kompanem na linie. Drabina po lewej całkiem, całkiem. Ta po prawej zrobiona z gałęzi, a szczeble rozmieszczone tak jak zęby kibica po ostrej bijatyce. Wisła była pierwsza, więc trzy razy będzie mieć lepszą drabinę. My dwa. Zaczynają się zawody. Patrzymy z brzegu na pierwsze pary. Jest jak na meczu. Ryk kibiców niesie się nad wodą. Leci pełny repertuar przyśpiewek obu klubów. Mi na kompana trafia się Andżelika. Mam iść pierwszy. Boję się, że skopię dziewczynę po twarzy. Widziałem jak po łbie od kolegi dostał Czubek. Zebrał chyba z pięć kopniaków.

Gotowi. Start. Ruszam z kopyta. Szczeble chwytam rękami, podciągam się, a równocześnie odbijam nogami. Jakoś idzie. Andżelika niczym rącza antylopa za mną.W połowie drabiny kryzys. Ręce słabną, a Andżelę muszę wciągać. Bidusia nie ma za co się chwycić. Moje wielkie giry (numer 46) zakrywają szczeble. Sam sobie zgotowałem ten los. Choć dziewczyna bynajmniej nie przypomina mocarnej, bawarskiej kucharki to jakieś 60 kilo waży. Chyba cudem udaje mi się wyjść. Wygrała Wisła, ale nikt pretensji nie ma.

Po południu ubrani w pianki stoimy w rzece. Pięcioosobowe drużyny mają w rwącym potoku, pod prąd, przenieść ciężki wojskowy zasobnik. Wisła decyduje kto pierwszy i wybiera nas. Chcą podpatrzeć błędy. Woda zimna jak cholera. Ruszamy z kopyta. Ciężar nurkuje pod taflę. Opór wody nas porywa. Ciężko zaprzeć się na śliskich kamieniach. Pięć razy wpadam głową w nurt rzeki. Zamraża mi nerwy w mózgu. Kilkadziesiąt metrów dalej meta wyznaczona przez reflektory zaparkwanego jeepa. Gruchot nie chce sie przybliżać. Udaje się nam jednak przebrnąć przez największy prąd. Dalej jest łatwiej, ale ręce opadają z sił. W końcu docieramy do jeepa. Padam na jego maskę. Ta parzy, bo silnik na chodzie. Nieważne. Muszę poleżeć. Czas 5 minut. Szok! Wydawało mi się, że to cała wieczność. Ekipa Wisły blada. Zrozumieli swój błąd. Teraz zasobnik jest namoknięty jak zużyty pampers.

Wiślacy odważnie startują, ale już po paru metrach dopada ich kryzys. Zamierają w miejscu skąpani w spienionym nurcie. Ciągna, ciągną i nic. Małego "Krzaka", 16-letniego kibica Wisły prąd rzuca na wszystkie strony jak Tajson Gołotę na ringu. Ola dostaje skurczu. Jeden z instruktorów wynosi ją na rękach z wody. Nie dojdą. Udaje się to następnej drużynie Cracovii. Druga ekipa Wisły podejmuje jeszcze walkę, ale osłabiona brakiem jednego zawodnika, który odpuścił, rezygnuje.

Wisła popłynęła. Wygrywamy. Podobnie jak paro godziny nocny marszobieg przez las. Bohaterką zostaje Andżelika, która mimo zwichniętej kostki dociera do mety. Wcześniej wymiękło paru kibiców Wisły. Ola nie szczędzi im ostrych słów. Nawet niedźwiedź z lasu trzęsie się ze strachu. Ta laska to dynamit. Wraz z Piotrkiem o głosie Marlona Brando z Ojca Chrzestnego są kołem napędowym Białej Gwiazdy.

Rano dają nam chwilę wytchnienia. Pojedynki na gąbczaste pałki, pchanie wypełnionej drużną przeciwną furgonetki i tor przeszkód. Wszystko po to, aby przyładować nam wieczorem. Meldujemy się na misję w moro, z wymalowanymi twarzami. Krem nivea połączony z popiołem z ogniska. Zabieramy plecaki oraz zasobnik ze sprzętem i prowiantem. Do tego GPS i krótkofalówkę.

Wywożą nas do lasu. Musimy się kryć i unikać straży granicznej, która trenuje na nas łapanie imigrantów. Chowamy się w krzakach. Mamy czekać na współrzędne następnego zadania. Mija godzina. Później kolejna. Mróz przeszywa nam kości. Słyszymy jak w oddali Wisła karczuje las. Powariowali. Chcą palić ognisko, albo budować szałas. A może mają rację. Może zadane przyjdzie nad ranem kiedy będziemy już soplami lodu. Nie wiemy co robić. Nagle dostajemy współrzędne. Pędzimy przez pola. Docieramy nad jezioro Czorsztyńskie.

Tu czekają na nas sflaczałe pontony. Zabieramy się za ich pompowanie. Trzeba się namachać. Wskakujemy i płyniemy na kolejny namiar. Początkowo zupełnie nie możemy się zgrać w wiosłowaniu i kręcimy piruety jak baletnica. Chłopaki tracą nerwy. Ja też. Lecą epitety. Nagle na horyzoncie wyłania się wyspa. Opływamy ją z prawej. GPS nagle wariuje wskazuje inny kierunek. Opływamy z lewej. Mamy dopłynąć do instruktorów. Mylimy ich ze strachem na wróble. Wiosłujemy z powrotem. W końcu docieramy do właściwej kamienistej plaży. Bicepsy bolą. Liczę na odpoczynek. - Ubierać Alpinistykę i cisza. Jesteśmy na terenie wroga.

Czas zdobyć zamek - mówi Grzesiek. Pędzimy pod zboczę góry. Wpinają nas w linę. Mamy wyjść po niemal pionowej ścianie. Rwę trawę, korzenie, liście. Byle było się na czy podciągnąć. Tuż przed oczami but towarzysza. Od rozkwaszenia kichawy dzielą mnie milimetry. Pod mundurem mam Niagarę z potu. U szczytu góry ruiny czorsztyńskiego zamku. Trzeba się wspiąć po ścianie na rzygacza. Chłopaki radzą sobie jak Tarzany. Ja rzucam się na ścianę i zaraz od niej odpadam spadając na jakieś deski. Druga próba. - Przecież nie byłeś miękkim chu..m robiony - dopinguje Bolek. Już nie mogę. Poziom adrenaliny jednak daje kopniaka. Zapieram się nogą o wystającą cegłę wieży i wystrzeliwuję na rzygacza.

FAIR KIBIC EXTREME - ZDJĘCIA

Jestem panem świata jak Di Caprio na dziobie Tytanica. Jezioro spowite we mgle. Lęku wysokości już się wyzbyłem. Schodzę skaczą na linie i odbijając się od ściany nogami jak komandos. Znów nas gdzieś wywożą i każą czekać. Tym razem rozpalamy ognisko na skraju lasu. Od wiatru osłaniają nas gałęzie wielkiego drzewa. Jedni śpią, inni pilnują ogniska. Na zmianę. Po paru godzinach trzęsąc się z zimna odbieramy następny namiar. Teraz zjazd na linach po 40-metrowej skalnej ścianie. Mija 12-sta godzina zadania. Wywieszony jęzor zaplątuje mi się w nogi. W życiu nie byłem tak wyczerpany.

Wracamy na śniadanie. Parę godzin snu i mecz piłki nożnej. Chyba było 7 - 2 dla Cracovii. Pakujemy się i jedziemy do jury krakowsko-częstochowskiej. Bus pęka w szwach od decybeli kibicowskich przyśpiewek. Wisła i Cracovia bluzgają na siebie w gorących rytmach. Łączy ich tylko szlagier "PZPN, PZPN j..ać, j..ać PZPN". Na miejscu zjeżdżamy do głębokiej na 70 metrów jaskini. Później kolejne kilkadziesiąt metrów czołgamy się jeszcze niżej. Moje cielsko ledwo przeciska się przez zwężenia. Udaje mi się dotrzeć na samo dno i wrócić. Możliwe, że poszerzyłem brzuchem parę szybów niczym rasowy sztygar.

Wracamy do Krakowa. Całe zawody wygrała Cracovia. O punktację nie pytajcie. Załóżmy 1 - 0 dla mnie, bo przeżyłem te pięć dni. Niezaprzeczalnie Fair Kibic Extreme jest alternatywą dla kibiców, którzy szukają upustu dla nadmiaru adrenaliny. - Nie zajmujemy się bandytami. Odciągamy od nich prawdziwych kibiców pokazując, że o barwy klubu można walczyć inaczej niż na pięści. - mówi Adam Młot, pełnomocnik prezydenta miasta ds. bezpieczeństwa imprez masowy, inicjator Fair Kibic Extreme. Program działa od 2007 roku. Rocznie bierze w nim udział ok. 100 kibiców. Z nich wyłaniani są liderzy, którzy w przyszłości sami, już bez pomocy urzędu, będą organizować wyjazdy i zawody.

Wybierz małopolską miss internetu. Zobacz zdjęcia pięknych dziewczyn!
Polecamy w serwisie kryminalnamalopolska.pl: Okolice Krakowa: usiłował uprowadzić 9-letnią dziewczynkę
Maciej Szumowski stał się legendą. Idź jego drogą. Wejdź na szumowski.eu

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Komentarze 7

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

w
woody
szkoda gadać.....................................................
z
zenon
dzizaz jaki hardcore im tam robią, ktoś na to jedzie z własnej woli??
m
matematyk
Mi tam się wydaje, że są bardzo aktywni. W imię klubu. Na mecze pewno chodzą, kibicują, przyśpiewki śpiewają, szaliki noszą, na forum może też piszą. W stowarzyszeniu może ich nie ma, ale przecież tymi wyjazdami tworzą nowe. Osobne dla Wisły i Cracovii. To rywalizacja, a nie bratanie się. Czy musi być monopol na stowarzyszenia? A to dopiero początek. 100 kibiców na rok. W trzy lata odkąd to wystartowało już 300. Cracovia istnieje od 1906 roku. Dajmy temu czas i szansę.
s
s
wiesz....szkoda, że osoby z grona kibiców które działają przy swych klubach, należą do stowarzyszeń kibiców, działają w fundacjach, udzielają się na forum, czy organizują doping albo nie są spokojnymi kibicami jakoś nie chcą w czymś takim uczestniczyć........ok. ktoś się zgłosił i pojechał miło i aktywnie spędził czas niech ma. Ktoś dostał dotację i zarobił niech ma. Ale nie wmawiajcie mi, że tam byli aktywni kibice udzielający się aktywnie w życiu kibicowskim
K
K-biz
O co wam chodzi? Moim zdaniem zajefajna sprawa. Przecież oni się tam nie cmokają po zadach tylko walczą o punkty. Nie ma być pokojowo, jeno bez mordobicia. Popieram
w
ww
ehh....cóż młodzież krkowska podszywająca się pod oddanych kibiców Wisły i Cracovii otrzymała darmową wycieczkę zorganizowaną z pieniędzy podatników.......szkoda, że kibice którzy działają w różnych organizacjach dwóch klubów jakoś nie aplikują do takich pokazówek "dofinansowanych"
j
ja
A szalik z antygwiazdą, to niesamowicie pokojowa sprawa.
Wróć na gazetakrakowska.pl Gazeta Krakowska
Dodaj ogłoszenie