Anna Kaczmarczyk została uhonorowana medalem Florence Nightingale - najwyższym oznaczeniem na świecie, przyznawanym przez Międzynarodowy Komitet Czerwonego Krzyża.

Odznaczenie jest przyznawane osobom, które wyróżniły się czynami wymagającymi poświęcenia i wyjątkowej odwagi w niesieniu pomocy ludności zarówno w czasie wojen jak i pokoju, ofiarom konfliktów, kataklizmów i katastrof, a także za wyjątkowe zasługi dla pielęgniarstwa, nowatorską i twórczą działalność na rzecz zdrowia publicznego i edukacji pielęgniarskiej.

"Była to trudna misja, tęsknota za rodziną, trudny teren"

W bieżącej edycji przyznanych zostało 39 Medali Florence Nightingale, osobom z 22 krajów. Po 10-letniej przerwie, kolejna Polka wkracza do tego grona.

Anna Kaczmarczyk od 2000 r. rozpoczęła służbę wojskową jako pierwsza kobieta na kompanii szturmowej w 6 Brygadzie Desantowo-Szturmowej w Krakowie. Tam też wykonując zawód pielęgniarki zdobyła doświadczenie wojskowe, uczestnicząc we wszystkich ćwiczeniach, szkoleniach poligonowych i desantowych (łącznie ze skokami spadochronowymi, których wykonało ok. 50), co dawało poczucie bezpieczeństwa wszystkim uczestnikom. Wraz ze swoją jednostką w 2001 roku służyła na Bałkanach w składzie Polskiego Kontyngentu Wojskowego SFOR w Bośni i Hercegowinie. Decyzja o wyjeździe dla Anny Kaczmarczyk nie była łatwa, bo w domu została dwójka małych dzieci. Na misji spędziła 13 miesięcy. Po powrocie postanowiła, że więcej na misję nie pojedzie. Specyficzne warunki pracy, tęsknota za rodziną, izolacja zrobiły swoje. Jednak gdy w 2009 r. „Czerwone Berety” ponownie wybierały się na misje do Afganistanu, bez chwili zawahania zgodziła się jechać z nimi. Wiedziała, że będzie tam potrzebna. Pomimo różnych problemów, także rodzinnych. W kwietniu 2009r. wylądowała na lotnisku w Bagram, a następnie została przetransportowana wraz z innymi do Ghazni, gdzie służyła rannym żołnierzom do końca października 2009r. w bazie wojskowej w środku pustyni.

Pamiętam dni w których były ostrzały bazy i nie zawsze można było zostawić pacjentów i biec do schronu… było wiele takich dni. Do dzisiaj niektóre sytuacje mam przed oczami, wracają wspomnienia, więcej tych złych niż dobrych

Pani Anna wspomina: „była to trudna misja, tęsknota za rodziną, trudny teren, ciężki klimat, izolacja i nieustannie, wszechpanujące zagrożenie. Mnóstwo rannych żołnierzy i ta bezradność, gdy mimo ogromnego wysiłku nie dało się żołnierza uratować, ból, przygnębienie i smutek i żałoba po stracie każdego z nich. Najgorsze było to, gdy żołnierz po wybuchu miny-aidika, patrząc przeraźliwym wzrokiem pytał, czy na pewno ma obydwie nogi i czy na pewno nie będą one amputowane oraz prośba, by zadzwonić do żony, do dzieci, że jest ranny ale żyje …. Pamiętam dzień, w którym mojemu koledze snajper przestrzelił obydwie ręce. Wymagał on stałej opieki medycznej w szpitalu wojskowym w Baggram. Wtedy dotarła do nas informacja o żołnierzach, którzy zginęli w Rosomaku…, pamiętam dni w których były ostrzały bazy i nie zawsze można było zostawić pacjentów i biec do schronu… było wiele takich dni. Do dzisiaj niektóre sytuacje mam przed oczami, wracają wspomnienia, więcej tych złych niż dobrych.” W szpitalu Ghazni Anna Kaczmarczyk udzielała pomocy nie tylko naszym żołnierzom, ale również żołnierzom wojsk koalicyjnych. Zaopatrywała również żołnierzy afgańskiej armii i funkcjonariuszy afgańskiej policji.

Po pomoc przychodziły afgańskie kobiety z córkami

Do szpitala przychodziły też po pomoc afgańskie kobiety z córkami i pani Anna sprawdzając je przed wejściem
na teren bazy nie zawsze była pewna czy to nie jest kobieta – samobójca, która pod swoimi szatami przenosi ładunki wybuchowe. Jednak chęć pomocy tym ciężko doświadczonym kobietom i ich dzieciom była silniejsza niż strach o własne życie. To czas o którym nigdy nie zapomni. Jak wspomina „do dzisiaj niektóre sytuacja mam przed oczami, te cierpiące twarze i czasem ta ludzka bezradność…, że mimo wszystko niestety nie dało się kogoś uratować, wspomnienia i twarze wracają do dziś.” Po powrocie z misji pani Kaczmarczyk pracowała przez 3 lata w Zespole Ewakuacji Medycznej jako pielęgniarka anestezjologiczna. Na co dzień zajmowała się ewakuacją drogą powietrzną rannych żołnierzy z rejonów misji. Najczęściej ewakuacje odbywały się na pokładzie samolotu Casa C-295, gdzie były zamontowane nosze LSTAT i dwa zestawy do intensywnej terapii.

Najwięcej ewakuacji i najcięższe przypadki to byli ranni żołnierze i pracownicy cywilni z Afganistanu. Była to bardzo
odpowiedzialna, satysfakcjonująca dla pani Anny praca: „…wielka ulga jak po kilku godzinnym locie, lądowaliśmy najczęściej w Warszawie i przekazywaliśmy pacjentów w stanie ciężkim, ale stabilnym …, świadomość, że można komuś pomóc, udzielić wsparcia nie tylko medycznego, ale również psychicznego. Bo tak naprawdę z reguły pierwszą osobą, która najczęściej dociera do rannego żołnierza na misji jest pielęgniarka i ten pierwszy kontakt jakże ważny jest dla tego rannego. Żołnierze na misjach mają ogromne zaufanie do pielęgniarek, ale też zapominają, że my również potrzebujemy wsparcia, że tęsknimy, że nie możemy tylko słuchać i wspierać, ale także potrzebujemy wsparcia. PTSD również dotyka pielęgniarki”.

Por. Anna Kaczmarczyk, Wojskowy Ośrodek Medycyny Prewencyjnej w Krakowie: wiem, że wyjazdy na misje to były dobre decyzje. Tylko rok nosiłam mundur, gdy przed moją jednostką postawiono nowe zadanie: wyjazd na misję w Bośni i Hercegowinie. Decyzja o wyjeździe nie była prosta. Byłam wówczas mamą dwójki małych dzieci, ale mimo obaw, zdecydowałam się pojechać ze swoją jednostką. Z wykształcenia jestem pielęgniarką, więc moje obowiązki na misji związane były z zabezpieczeniem medycznym kontyngentu. Początki służby w Bośni były ciężkie, przede wszystkim ze względu na tęsknotę za domem. Ale nie tylko. Byłam pierwszą kobietą w 6 Brygadzie Powietrznodesantowej i jedyną kobietą na misji. Prócz mnie w kontyngencie pracowały jeszcze dwie tłumaczki, ale tylko ja nosiłam mundur. Do moich obowiązków należało m.in. szczepienie żołnierzy, opatrywanie poszkodowanych i pomoc medyczna w nagłych sytuacjach. Poza tym prowadziłam nadzór sanitarno-epidemiologiczny i prowadziłam magazyn z lekami. Żołnierzy było wówczas dużo, więc naprawdę było co robić. Miałam wtedy obawy, czy spełniam oczekiwania swoich przełożonych. Ponieważ byłam jedyną kobietą – żołnierzem w kontyngencie, to nie miałam się na kim wzorować.

Kilka lat później, gdy podjęłam decyzję o wyjeździe do Afganistanu, byłam bardziej pewna siebie, miałam więcej doświadczenia zawodowego. Służba pod Hindukuszem bardzo mnie zaskoczyła. Przede wszystkim dlatego, że to była potwornie ciężka misja. Było wielu rannych i poszkodowanych żołnierzy, doświadczyliśmy wielu traumatycznych przeżyć. Do dziś, gdy wspominam tamte czasy, widzę lądujące w bazie śmigłowce Medevac, które przywożą rannych żołnierzy. Do dziś przed oczami stają obrazy rannych ciał. Podczas tej zmiany zginął kpt. Daniel Ambroziński, a dosłownie kilka dni wcześniej rozmawialiśmy podczas odprawy w sztabie...

Czułam się bardzo potrzebna, pomagałam ludziom, razem z całym zespołem ratowaliśmy im zdrowie i życie

W Afganistanie było bardzo niebezpiecznie i nieraz zastanawiałam się, czy podjęłam dobrą decyzję, by tam polecieć. Ale dziś wiem, że tak. Czułam się bardzo potrzebna, pomagałam ludziom, razem z całym zespołem ratowaliśmy im zdrowie i życie. Z czasem odeszłam z 6 Brygady i rozpoczęłam służbę w składzie Zespołu Ewakuacji Medycznej 8 Bazy Lotnictwa Transportowego. Na pokładzie C-295 M przywoziłam z misji rannych i poszkodowanych żołnierzy. Wspólnie z lekarzem walczyliśmy o życie żołnierza, którego w ciężkim stanie transportowaliśmy z Kosowa. Opiekowałam się też rannymi, których odbieraliśmy z wojskowego szpitala w Ramstein.

Zobacz też:
WIDEO: Magnes. Kultura Gazura - odcinek 9

Autor: Gazeta Krakowska, Dziennik Polski, Nasze Miasto