Łabuzowie - smutne lato leśnych ludzi

Redakcja
- Ciasno jest, i owszem - przyznaje pani Grażyna. - Ja zwykle śpię w kucki. Mąż ma jeszcze gorzej: hamulec, sprzęgło, nie ma nawet jak nóg wyprostować
- Ciasno jest, i owszem - przyznaje pani Grażyna. - Ja zwykle śpię w kucki. Mąż ma jeszcze gorzej: hamulec, sprzęgło, nie ma nawet jak nóg wyprostować Krzysztof Hawrot
Udostępnij:
Tam wśród drzew coś jest! Między pniami majaczy niewyraźny, czerwony punkcik. Odbija się od zieleni lasu. Jeśli podejść bliżej i wdrapać się na górkę, okazuje się, że to samochód! Od siedmiu tygodni mieszka w nim rodzina Łabuzów - pisze Katarzyna Janiszewska.

Cisza. Słychać tylko jak spadające szyszki uderzają o leśne poszycie - i łagodny szum liści. Przez korony drzew przebijają się leniwie promienie słońca. Coś jednak nie pasuje do tego leśnego obrazka. Do drzew, przywiązane powrozami stoją krowy i konie. Dwa psy na łańcuchach ujadają, gdy tylko ktoś próbuje się zbliżyć. Wokół kręci się gromadka kociąt. Na ziemi leżą garnki. Na sznurach przeciągniętych między pniami suszy się pranie: koszulki, spodnie.

Wygląda, jakby ktoś rozbił tu obozowisko, a cały dobytek zgromadził wokół czerwonego cinquecento. I w zasadzie tak właśnie jest.

Józef i Grażyna Łabuzowie mają już tylko siebie i dwie córeczki: Gabrysię i Wiktorię. Całą resztę: dach nad głową, dobytek, kilka ton zboża stracili, kiedy przyszła wielka woda. W pierwszej kolejności ratowali zwierzęta: 20 sztuk bydła i sześć koni. Zamieszkali z nimi w lesie, w Słupcu pod Szczucinem. Bo gdzie indziej mieli przenieść takie stado?

- W naszej okolicy było zagrożenie powodziowe - opowiada pani Grażyna. - Wał pękał. Niby go łatali, ale nie było już szans. Kazali się ewakuować. We wtorek o godz. 5.30 mąż usłyszał, że straż jedzie. Wybiegł na pole boso, w majtkach, pyta: co się dzieje. A oni mówią: Józek, bierz najważniejsze rzeczy, papiery, zwierzęta i uciekaj. Idzie gorsza woda niż w 1997 r. Rozbeczałam się, nie wiedziałam, co robić. Sąsiad przyjechał nam pomóc zabrać zwierzęta. Tosiek trochę się na początku śmiał z tej wody. Ale mówię mu: niech się nie śmieje, jak mówią, to mówią. Do 20.30 nam zeszło, żeby sprowadzić na górkę bydło. Po kolana chodziliśmy w wodzie. Bardzo nam pomógł. Gdyby nie on, to konie by się potopiły. Najpierw ratowaliśmy krowy. A on, żeby konie też brać, na jego odpowiedzialność.

Sypialnia

Na początku stali niżej. Woda jednak zaczęła podchodzić pod samochód. Strażacy ich wypchnęli, ale teraz nie mają jak zjechać. Więc czerwone cinquecento stoi między drzewami. To sypialnia Łabuzów. Gdzieniegdzie części garderoby, buty upchane pod samochodem. Przednie siedzenia porozkładane, leżą na nich koce. Z tyłu kołdra i kilka maskotek - miejsce dla córki, 5-letniej Gabrysi. Starsza o dwa lata Wiktoria zgodziła się chwilowo zamieszkać u cioci.

- Ciasno jest, i owszem - przyznaje kobieta. - Ja zwykle śpię w kucki. Mąż ma gorzej: hamulec, sprzęgło, nie ma nawet jak nóg wyprostować. Córka na tylnej kanapie. Okna nie ma jak uchylić, bo komary tną. Kręgosłup rano boli, człowiek cały połamany. Ale nie narzekam, już się nawet przyzwyczaiłam. Tyle że strach jest. Pełno krzaków, boję się, czy kto z nich nie wyskoczy. Dawniej, to pies był przy aucie i pilnował. Ale niszczył samochód i trzeba go było przewiązać dalej, do drzewa. Strasznie jest, kiedy ulewa przyjdzie i burza. Wokoło drzewa. Nie wiadomo co człowieka spotka. Wczoraj do trzeciej nad ranem nie mogłam zasnąć. Tak się jakoś podenerwowałam.
Dzień w lesie

Józef Łabuz pojechał traktorem do sąsiedniej wsi, pomagać przy zwożeniu siana. Często znika, nie wiadomo gdzie. Już trzecią noc go nie ma. Więc 26-letnia Grażyna Łabuz zostaje sama "na gospodarce". Drobna, ale energiczna i silna. Nie załamuje się, nie użala. A przecież nie jest jej lekko.

- No i tak. Budzę się o siódmej - opowiada dalej. - Córka o 9.30 - lubi długo pospać, nie żałuję jej, bo rośnie. Mąż wstaje najwcześniej, o 4.30. Wystarczy, że koń zarży i już jest na nogach. Mnie tam nic się nie śni. Za to córce śnią się Mikołaje. Rano tylko buty naciągam, bo śpimy w ubraniu, przykryci kocami. Za potrzebą do lasu ucieknę, ho, ho, daleko, żeby nikt nie widział. Później krówki sobie doję. 10 minut mi schodzi. Ta ceglata mięciutka, to mleko samo leci. Gorzej z tą burą, bo kopie. Co udoję, daję cielątkowi, psom, kotom. Późno jem. Tu nie ma nawet jak kanapki przygotować. To schodzę do sąsiada. Biorę chleb, konserwę, pomidorki. Na co córka ma smak. Wracam, daję sianko krowom i koniom, żeby nie były głodne. Na taczce wożę wodę, w beczkach, po 20 litrów. Do oporu poję, a pić się chce. Z 600 litrów wody schodzi. Ciężko tak pod tą górkę, kilkanaście razy dziennie. Na nogi nie można już wytrzymać. Ale wkładam słuchawki w uszy, puszczam muzykę i idę jak z procy. Nie myślę o tym, tylko sobie śpiewam...

Pani Grażyna, oparta o drzewo, uśmiecha się i wyjmuje z kieszeni telefon: z radiem i mptrójkami, żeby pokazać - jedyny jej umilacz czasu.
- Na obiad zachodzę czasem do sąsiadki. Dziś był makaron z rosołem, mięsko pieczone, ziemniaki nowe, posypane koperkiem, omaszczone i buraki ćwikłowe. Czasem zjem tylko kanapkę, albo siostra męża przywozi obiad. Córka Gabrysia ma tu kolegę i z nim się całymi dniami bawi. Najpierw, przez cztery tygodnie, obie dziewczynki były u siostry. Później do lasu przyjechała Wiktoria. Gabrysia bardzo tęskniła, płakała, że chce do mamy. Zrobiliśmy podmiankę. Ja bym wzięła je obie, ale gdzie będą spały, jak tu taka ciasnota? Obie bardzo to przeżywają. Bały się, że się mama z tatą utopią.

Nuda

Pani Grażyna oprowadza nas po swoim królestwie. Z dumą pokazuje konie: to Kalineczka, tam Masia i beczki, w których wozi im wodę. Właśnie jednym szybkim plaśnięciem unieszkodliwiła bąka, który usiadł jej na ręce.

- Myjemy się u pani Marysi, pod prysznicem - wskazuje na dom u podnóża górki. - Można iść pod kościół, tam są kontenery, ciepła woda, wszystko jest. Pranie robię na ceratce. Wodę nalewam do wiaderka, słoiczkiem polewam po ciuszkach i sobie gniotę. Później spłukuję proszek i wieszam na sznurze. Koszulkę można tak uprać. Ale dżinsy, jak się ubrudzą, to już trudniej. W "cieńkusiu" trzymamy ubrania, koce, buty, środki czystości, moje kosmetyki. Ale nie lubię się malować. Tylko tyle, co na niedzielę. Rzęsy i usta błyszczykiem. Tak o siedemnastej daję sianko i poję. Doję za widoku, żeby komary nie cięły. Po ósmej zaczynają gryźć. Kolację idę zrobić do sąsiada. Córce herbatkę załaduję, jak się jej chce pić. Dzień się strasznie wlecze. Nudno. Telewizor jest, ale nie podpięty. Radia ani jednego, wszystko pozalewane. W aucie już nie słucham, bo dwa razy akumulator się rozładował. Mąż później krzyczał. Pokrzyczy, pokrzyczy i mu przechodzi. Wieczór nam schodzi na rozmowie i idziemy spać.
Dom do rozbiórki

Dom na Kępie, w którym mieszkali, nadaje się do rozbiórki. Tynki pękają, opadł sufit. Jednym słowem: ruina. Z wielkiej wody Łabuzowie uratowali: dwa traktory - trzeci stał na kapciu, mieli kupić dętkę, ale nie zdążyli, więc go zalało. Zdołali zabrać auto, dwa wozy, rozrzutnik, lawetę, wózek na bydło, ubrania i trochę zabawek. Więcej nie udało się wynieść. Segmentu, pralki, lodówki nawet nie było już gdzie postawić.

- Mąż się przejął, bo to jego dom rodzinny - tłumaczy zatroskana Grażyna. - Józka poznałam w szóstej klasie i tak się jakoś złączyliśmy. Za mąż poszłam, jak miałam 19 lat, a on 38. Nauczył mnie orać, traktorem jeździć. Pierwsza osoba, która mnie nauczyła żyć. Wszystko sobie zapamiętałam i teraz wiem, że jakby co, to dam sobie radę. Mama była przeciwna, mówiła, że mnie wykończy życie na gospodarce. Ciężko jest…
Łabuzowie mieli 20 hektarów pola, teraz wszystko zalane. Uprawiali ziemniaki, jarzyny, czosnek, kukurydzę, pszenicę, owies, jęczmień.

- Nie wiem, z czego się utrzymamy - martwi się kobieta. - Aby znów wyjść w pole, to minimum dwa lata. Liczyliśmy, że na koniach zrobimy interes. Że kupimy młode tanio, uchowamy, sprzedamy i będzie dużo pieniążków. Wszystko na nic. Za parę groszy musieliśmy sprzedać. W domu to też dobrze nie było. W jednym pomieszczeniu mieszkaliśmy, jedliśmy, spaliśmy. W drugim teściowie. Paliłam pod blachą. Miałam balijkę, co dzieci kąpałam, jak były małe. My z mężem myliśmy się w misce. Wody trzeba było nagrzać. Ubikacja na zewnątrz. Podłogi nie było, tylko goła ziemia, klepisko. To karygodne, żeby tak żyć. Mąż obiecywał, że zrobi, wyremontuje. Ale na obiecankach cacankach się skończyło. Tyle tylko, że wszystko było na miejscu. Miałam ugotowane, uprane.

Inwentarz

Przez ten czas, kiedy żyją w lesie, część zwierząt musieli sprzedać. Zostało 10 krów i dwa konie. Na transakcji skorzystał handlarz, który je odkupił. Wiedział, że rodzina jest zdesperowana i potrzebuje każdego grosza. To przez wzgląd na inwentarz Łabuzowie nie mogą normalnie zamieszkać.

- Gdzie teraz z tym wszystkim pójdziemy - pyta pani Grażyna. - Tu mają wydeptane, naobornione. No i cień jest. A w domu studnia zapchana, woda nie pójdzie, to i nie ma jak stajni zmyć. Cały czas trzeba ich pilnować. Tego konia to ledwie dziś uratowałam. Legnął sobie, kopyta zaplątały mu się w sznurek, prawie by się udusił. W stajni zwierzęta są spokojne. Ino ospy we wiaderku im dam i zaraz przychodzą. A tu, jak się urwie, poleci byle gdzie, szkody narobi. I po co mi to, później słuchać awantur? Tu mam przynajmniej cicho, nikt się nie kłóci. Bo tam, gdzie mieszkam, mam strasznie niedobrych sąsiadów. Przeszkadza im, że zwierzęta beczą, rżą. Podają na policję. Nie myślimy tu zimować. Byle było gdzie bydło sprowadzić.

Józef Łabuz: Ludzie śmieją się z nas i nie wierzą, że można mieszkać w lesie. Ale nie mamy wyjścia. W naszym domu nie da się już mieszkać. W każdej chwili grozi mu zawalenie, a smród też jest nie do zniesienia.
Będzie pomoc

Sołtys Krzysztof Padykuła mówi, że nic nie stoi na przeszkodzie, aby Łabuzowie wrócili z lasu do wsi. Na podwórku przed domem czeka na nich kontener, a stajnia wysprzątana, bydło można wprowadzać. - No i czemu nie chcą wracać? - zastanawia się. - Dziwne są ludzie. Józek to porządny chłop. Nie przepuszcza pieniędzy, pijaństwa też nie ma. Tylko jakiś niezaradny. Ten dom, że się tak rozpadł, to też jego zaniedbanie. Można być biednym, ale schludnym. I uparty ten Józek, wszystko po swojemu chce robić. Mówię mu: sprzedaj konie, będziesz mógł dom wyrychtować. Dwa lata się nie odzywał, że mu uwagę zwracam. Pracowici są oboje. Ale można dużo pracować i nic z tego nie mieć.

Sołtys zapowiada, że pomoc będzie. Pieniądze ze sprzedaży papierów wartościowych gmina przeznaczy na zakup sprzętu AGD. - Będziemy dzielić: temu lodówkę, tamtemu pralkę. Ale niech się sytuacja najpierw unormuje, bo na razie nie mają gdzie tego nawet postawić - dodaje.
Władze Szczucina obiecały wybudować nowe budynki. W jednym z nich mogliby zamieszkać Łabuzowie. Osiem kilometrów od ich starego domu. - Nie wiem, co mąż na to - zastanawia się pani Grażyna. - Tam, gdzieśmy mieli dom, nie dostaniemy zgody się budować, bo to teren zalewowy. Możemy niby trochę dalej, na własne ryzyko. Ale jak nas podtopi, nic nie dostaniemy. Ani darów, ani żadnej pomocy. Nic. Teraz też mieliśmy nie dostać kontenerów. Ale ich przekabaciłam i są. Już się nie mogę doczekać, żeby mieć swoje miejsce do spania, gotowania, prania, do życia. Dłużej tu nie wytrzymam. Co przeszłam, to przeszłam. Muszę to zagryźć w sobie.

Współpraca: Łukasz Jaje

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie