Marek Motyka. Na Wiśle dostałem zakaz na 6 lat [CZ. V, OSTATNIA]

Bartosz Karcz
Marek Motyka
Marek Motyka fot. Andrzej Banaś
- Zremisowaliśmy z "Białą Gwiazdą", ale ten mecz sprawił, że stałem się przy Reymonta osobą przeklętą, co do dzisiaj mnie boli.

Czytaj także:Motyka: Piłka nożna stała się dla mnie ucieczką od ojca alkoholika [WYWIAD, CZ. I]

Motyka: 30 tysięcy i samochód [WYWIAD CZ. II]

Marek Motyka. Poniżany w szatni [WYWIAD CZ. III]

Marek Motyka. Kładę głowę za Staszka [WYWIAD CZ. IV]

Po odejściu z Wisły wyjechał Pan do Norwegii, ale dość szybko musiał wracać do Polski, bo Pański klub, Brann Bergen, zbankrutował. Zgadza się?Nie do końca. Walczyliśmy o mistrzostwo, ale, niestety, przegraliśmy tę walkę. To spowodowało zmiany w klubie, bo wycofała się część sponsorów. Zaczęło się cięcie kosztów i z tego powodu rozwiązałem kontrakt. Wróciłem do Polski, miałem propozycję ze Śląska Wrocław. Pojawiła się jednak oferta z Hetmana Zamość. Dla mnie korzystna, bo pieniądze dostałem takie same, ale mogłem mieszkać w Krakowie, a przyjeżdżać tylko na mecze. Pograłem tam trochę. Zostałbym dłużej, ale przyszedł trener Gąsior i nie zgodził się, żebym dalej dojeżdżał tylko na mecze.

Po Hetmanie znów pojawił się Pan w Krakowie.
Tak, i znów poszedłem do Wisły, gdzie chciałem zakończyć karierę. To były czasy Piotra Voigta i usłyszałem, że będą stawiać na młodszych. Zwrócił się jednak do mnie Lucjan Franczak, który prowadził Cracovię.

Pan, wiślak z krwi i kości, nie miał oporów, żeby pójść do Cracovii?
Miałem. Przeważyła jednak chęć gry w piłkę. Grałem w Cracovii półtora roku. Najpierw spadliśmy do III ligi. Liczyłem, że wrócimy na zaplecze ekstraklasy, ale nie udało się, bo w klubie były ogromne problemy finansowe. Trenowaliśmy na Błoniach, nie było sprzętu. Z bliska przyjrzałem się jednak tym wychowankom "Pasów", którzy mimo tych wszystkich problemów oddawali całe serce klubowi. Nabrałem do nich dużego szacunku i do Cracovii również. Zawsze będę powtarzał, że Wisłę kocham, ale Cracovię szanuję.

Cracovia była ostatnim etapem Pana zawodowej kariery piłkarskiej?
Tak, choć z grą jeszcze wtedy nie skończyłem. Najpierw musiałem jednak rozstać się z Cracovią, która winna mi była pieniądze. Niestety, niektórzy działacze nie zachowali się wtedy fair, próbowali ode mnie wyłudzić pieniądze. Ostatecznie zostałem grającym trenerem Kalwarianki. Później były: Garbarz Zembrzyce, Wawel, Hutnik i BKS Bochnia. Wreszcie wróciłem do Wisły, gdzie trenowałem rezerwy. Chciałem zapracować sobie na możliwość przejęcia pierwszego zespołu. Była nawet szansa, żebym został asystentem Henryka Kasperczaka. Sprawa była zaawansowana, ale gdy do tego nie doszło, postanowiłem odejść. I wtedy trafiłem do Szczakowianki Jaworzno. Jesień 2002 roku była rewelacyjna. Zaczynaliśmy z Wisłą, z którą zremisowaliśmy 1:1. W rewanżu z "Białą Gwiazdą" również był remis, 2:2, ale ten mecz sprawił, że stałem się przy ulicy Reymonta osobą przeklętą, co do dzisiaj bardzo mnie boli. Przez sześć lat nie mogłem przychodzić na stadion Wisły, było to dla mnie poniżające. Zrobiono mi koło tyłka po tamtym meczu. Nagadano głupot Bogusławowi Cupiałowi, że kazałem piłkarzom kopać wiślaków.

Wie Pan kto to zrobił?
Wiem, tak zwani koledzy...

Nie mógł Pan w ogóle wchodzić na stadion?
Mogłem chodzić na trybuny, ale nie na lożę honorową. Uważałem, że za dwanaście lat gry dla Wisły to miejsce na loży mi się należy.

Próbował Pan wyjaśnić tę sytuację?
Nie miałem dostępu do pana Cupiała, któremu przedstawiono swój punkt widzenia. Nie miałem możliwości na to odpowiedzieć. Z czasem dowiedziałem się, że chodzi o ten mecz, którego nie przegrałem. Ktoś wymyślił, że kazałem swoim piłkarzom wręcz łamać kości wiślakom. To dla mnie było śmieszne. Skończyło się tak, że po jakimś czasie szedłem na mecz na Wisłę, a gdy podchodziłem do bramy, to ochroniarz mówił do mnie, że ma niezręczną sytuację. "Panie Marku, ja pana pamiętam z boiska, ale ja mam dwoje dzieci. Jak pana wpuszczę, to mnie z pracy zwolnią" - stwierdził. Uniosłem się ambicją. Oglądałem Wisłę w telewizji. Serce mi krwawiło, ale co mogłem zrobić?

Jak to się stało, że ten zakaz został Panu cofnięty?
Przez przypadek. Byłem trenerem Polonii Bytom. Kilka dni później Wisła miała grać mecz w europejskich pucharach. Przed rozpoczęciem naszego spotkania stałem przed wejściem, a tu wychodzi prezes Cupiał, prosto na mnie. I mówi do mnie: "Żebyś mi znowu chłopaków nie pokopał, bo za trzy dni mamy ważny mecz". Zapytałem, czy jest w stanie poświęcić mi choć raz dziesięć minut. Popatrzył i mówi: "Słucham". A ja na to: "Panie prezesie, sześć lat blokuje mi się wejście na stadion. Nie wiem, z jakiej przyczyny. Jestem w stanie przynieść panu płytkę z nagraniem tego meczu ze Szczakowianką, przeanalizować każdą kontrowersyjną akcję i dać odpowiedź na pytanie, czy w grze moich piłkarzy była złośliwość, chęć zrobienia komuś krzywdy. A to, że ktoś przegrał rywalizację i później tak się tłumaczył, to nie moja wina. Pan jednak nie chciał wysłuchać mojej wersji i z tego powodu jest mi przykro. Ja w tym klubie orałem dwanaście lat, gdy pana jeszcze tutaj nie było. Ja też jestem częścią tego klubu, a pan mnie traktuje jak śmiecia". Prezesowi Cupiałowi ta szczerość przypadła do gustu, bo powiedział do mnie: "Podobasz mi się, będziesz u mnie kiedyś trenerem". Zapytał mnie też, czy przyjdę na następne spotkanie. Ostatecznie na ten kolejny mecz nie dotarłem, ale prezes Cupiał pamiętał o swojej obietnicy, bo wiem, że gdy zwolnił trenera Kasperczaka po raz drugi, to byłem kandydatem do przejęcia Wisły. Bogdan Basałaj przekonał jednak wtedy prezesa Cupiała do zatrudnienia Roberta Maaskanta. Zdzisiu Kapka zadzwonił do mnie na polecenie prezesa Cupiała, żeby mnie przeprosić, bo ten zdecydował się na wariant holenderski.

Muszę jeszcze zapytać Pana o legendarną już "szarańczę", czyli specyficzny sposób rozegrania rzutu rożnego. Skąd ten pomysł?
Ludzie śmieją się z tej nazwy. Trzeba jednak zapytać zawodników, co oni o tym sądzą. Spodobało im się to. Strzeliliśmy po stałych fragmentach w lidze w ten sposób sześć bramek i zadedykowałem je stacji Canal Plus, w której drwiono sobie z "szarańczy".

Na koniec zostawmy piłkę. Ludzie żartują, że jak chce się Pana spotkać, to wystarczy wyjść na krakowski Rynek. Kraków, obok Wisły, rzeczywiście stał się taką wielką Pańską miłością?
Wychowywałem się w Żywcu do 15. roku życia. Od tego momentu jestem w Krakowie. Gdziekolwiek byłem na świecie, zawsze największą satysfakcję, wręcz dumę, sprawiało mi to, że mieszkam w Krakowie. Tutaj zostanę do końca życia. Tutaj mam wielu przyjaciół, rodzinę. Wie pan, miałem różne okresy w życiu. Kiedyś nawet myślałem, że jakieś fatum nade mną wisi. Mama zmarła, gdy byłem dzieckiem. Później babcia. Siostra Kasia zginęła w wypadku samochodowym w wieku 22 lat. Miałem problemy z córką, która ciężko chorowała i przez długi czas nasze życie toczyło się od jednego szpitala do drugiego. Na szczęście teraz jest już lepiej. Mimo tych wszystkich przeżyć ciągle wierzę, że wiele jeszcze przede mną. Jako piłkarz zrealizowałem się. Grałem w ukochanym klubie, osiem razy wystąpiłem w reprezentacji Polski. Teraz chcę dać z siebie wszystko w Limanovii. Żeby do tego rodzina była zdrowa, to nic więcej do szczęścia nie będzie mi potrzebne.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie