Marta Honzatko: Wkurzają mnie...

    Marta Honzatko: Wkurzają mnie te krakowskie propozycje grania za darmo

    Paweł Gzyl

    Gazeta Krakowska

    Aktualizacja:

    Gazeta Krakowska

    Marta Honzatko z mężem Maciejem Półtorakiem, także aktorem, i dziećmi
    1/2
    przejdź do galerii

    Marta Honzatko z mężem Maciejem Półtorakiem, także aktorem, i dziećmi
    ©fot. Anna Kaczmarz / Polskapresse / Dziennik Polski

    O problemach z krakowskim środowiskiem teatralnym, emigracji zarobkowej i aktorskiej rodzinie opowiada Marta Honzatko, aktorka i wokalistka.
    Pani od dziecka marzyła, żeby zostać aktorką?

    Moje marzenia aktorskie skrystalizowały się w ósmej klasie szkoły podstawowej. Do tego stopnia, że chociaż nigdy nie byłam wcześniej w Krakowie, wiedziałam, że właśnie tam chcę studiować. Ale najpierw chciałam być weterynarzem. Miałam jednak na pieńku z panią od biologii. Z polskiego były same piątki.

    Nie rozczarował Pani Kraków?

    Rozczarował - ale dopiero kiedy skończyłam studia.
    Rynek pracy dla aktorów jest tutaj bowiem bardzo trudny. Kraków jest zamknięty na nowości. Ta hermetyczność ma oczywiście swoje plusy - przykładem tego choćby Piwnica pod Baranami, w której występuje cała nasza rodzina z dziada pradziada. Ciężko jest jednak dostać się do teatru, ciężko przebić się z czymś nowatorskim. Rekompensuje to na całe szczęście życie towarzyskie, które kwitnie tu chyba jak nigdzie indziej.

    Z czego wynika ta hermetyczność krakowskiego środowiska teatralnego?

    Nie potrafię tego dokładnie rozpracować, bo gdybym potrafiła, to byłabym już tutaj w jakimś teatrze. Próbowałam do jednego z nich dostać się wszelkimi drogami, uruchomiłam wszystkie możliwe kanały - i nic z tego nie wyszło. A przecież nie mam powodu, by czegokolwiek się wstydzić.

    Nawet występ w filmie, słynnym "Czarnym czwartku" nie pomógł?

    Raczej zaszkodził. To był wspaniały film - ale wszyscy w środowisku aktorskim wiedzą, że Antoni Krauze ma prawicowe poglądy. Dlatego po zagraniu w jego filmie żadna agencja aktorska nie chciała mnie wziąć pod swą opiekę.

    Ale za to zagra Pani główną w nowym filmie Krauzego - "Smoleńsk".

    Właśnie, że nie. Dostałam angaż dwa lata temu. Niestety - zdjęcia utknęły z powodu braku funduszy. Kiedy pojawiła się możliwość ich wznowienia, byłam w zaawansowanej ciąży. Producent nie chciał mnie takiej w swym filmie. Dlatego zaangażowano inną aktorkę.

    Po studiach związała się Pani z kabaretami - Lochem Camelot, potem z Piwnicą pod Baranami. Bardziej ciągnie Panią w tę stronę?

    Na etapie szukania własnej drogi artystycznej te występy były bardzo rozwojowe. Oswajały ze sceną i publicznością, uczyły pracy w zespole i odnajdywania się w sytuacjach podobnych do tych, które pojawiają się w teatrze. Potem jednak przestało to być dla mnie atrakcyjne. Może dlatego, że w moim życiu pojawiły się dzieci? Odechciało mi się włóczyć po nocach, przesiadywać w piwnicach do rana i grać za darmo.

    Jak to grać za darmo?

    To typowo krakowskie podejście do sztuki: artysta powinien pracować za darmo. Upominanie się o pieniądze jest wręcz nie na miejscu. Bo trzeba się cieszyć, że ktoś daje nam możliwość wystąpienia na scenie we wspaniałym grodzie Kraka!

    Ta Piwnica trafiła się dlatego, że Pani mąż jest synem Michała Półtoraka z zespołu Anawa?

    Myślę, że w dużej mierze tak. Inaczej nawet nie miałabym co o tym marzyć.

    Tak naprawdę niezbyt mi Pani tam pasowała.

    Bo próbowałam być tam trochę inna - piwniczne ramy nieco mnie ograniczały. Nie mogłam przeforsować swoich pomysłów, więc zaczęłam się dusić. W końcu ówczesny dyrektor, Marek Pacuła, "zawiesił" mnie, twierdząc, że nie ma między nami porozumienia. Do tego był jeszcze wkurzony za to, że występuję też w Lochu Camelot, a oba te kabarety prowadzą z sobą odwieczną wojnę. "To jest precedens. Tak nie może być. Musi pani wybrać" - usłyszałam. "Nie stawiajcie mnie w takiej sytuacji" - broniłam się. Ale nie udało się. Zresztą może dobrze, bo to nie była moja bajka. Prywatnie bardzo jednak cenię Piwnicę, a spotkania za sceną - wręcz ubóstwiam.

    Dzięki temu pojawił się Honzator.

    Najpierw była Honzatko Rozmontowana. To był mój projekt solowy. Ponieważ jednak wkład pracy muzyków, którzy ze mną go współtworzyli był ogromny, poczułam wewnętrznie, że trzeba zmienić szyld. I myślę, że moi koledzy ucieszyli się nową nazwą, ponieważ są bardzo zaangażowani w nasze granie. Ja to doceniam, bo wiem, jak trudno dziś namówić muzyków na bezinteresowną współpracę. A przecież nieraz się zdarzało, że nie dostawaliśmy pieniędzy ani za koncerty, ani za nagrania. Dlatego to już nie jest Honzatko Rozmontowana, tylko Honzator.

    Podobno ojcem tego projektu był Michał Zabłocki.

    Osiem lat temu pracowałam z nim przy projekcie Pan Kazimierz. Ponieważ dobrze nam szło, zapytałam czy nie napisałby specjalnie dla mnie jakichś piosenek. Siedzieliśmy przy barze, a on mówi: "Właśnie o tym samym pomyślałem!". Napisał teksty, ja szukałam kompozytora. Przypomniałam sobie o Olku Brzezińskim. I on trafił absolutnie w dziesiątkę.

    Nie krępuje się Pani śpiewając perwersyjną "Kawkę"?

    (śmiech) No, gdybym tak się zaczęła zastanawiać nad głębią tej piosenki, to pewnie przestałabym ją śpiewać. Myślę, że interpretacja jest dowolna i każdy może sobie dopowiedzieć, co mu się żywnie podoba.

    Gracie wszędzie, gdzie zapraszają?

    Właściwie tak. Niedawno wystąpiliśmy w Pszczynie w... restauracji. Trochę się baliśmy, wiadomo, nikt nie chce grać do kotleta. Kiedy jednak przyjechaliśmy na miejsce, okazało się, że jest tam bardzo porządna scena, ludzie uważnie słuchają, a nawet jeśli coś tam z sobą rozmawiają, to nam to zupełnie nie przeszkadza. Było tak energetycznie, że nie chciano nas wręcz ze sceny wypuścić! Co ciekawe - bilety były droższe niż w Krakowie, a do tego każdy musiał coś do jedzenia zamówić.

    Granie z zespołem to ciężki kawałek chleba?

    Przepraszam, że znowu będę mówić o pieniądzach, ale najbardziej wkurzają mnie propozycję grania za darmo. A w Krakowie to się często zdarza. Nie potrafię tego zrozumieć - przecież koncerty to nasza praca, do tego wszyscy mamy wyższe studia. Ja żyję wyłącznie z muzyki i z teatru. Nie mogę więc sobie pozwolić na granie za darmo. Dlatego w pewnym momencie rozwoju zbuntowaliśmy się przeciw temu. Niestety - okazało się, że jest tak strasznie dużo zespołów na rynku, iż kiedy my odmawialiśmy, od razu znajdowali się inni chętni, aby wystąpić za darmo.

    Nie myśleliście, aby pokazać się w jakimś talent-show?

    Pokazaliśmy się w "Must be the Music". Ciągle czekamy na emisję odcinku z nami. Niestety - oni nie informują wcześniej, kiedy się pojawi. Dostaliśmy co prawda trzy razy "tak", jest więc szansa na finał. Ostatecznie zadecyduje jednak producent.

    W jury zasiada Piotr Rogucki z Comy. To też aktor i wokalista. Znacie się?

    To mój kumpel z grupy! Studiowaliśmy cztery lata i przeżyliśmy mnóstwo niezwykłych historii. Zadzwoniłam do niego z informacją, że się zgłaszamy do programu. A on tylko: "Weź z sobą dzieci. To dobrze wypada w telewizji". I przed naszym występem powiedział jury, że mnie zna. "Daję im z góry swoje tak, bo Marta zawsze była lepsza ode mnie" - rzucił. Bardzo miłe.

    To ciekawe: rocka śpiewa nie tylko Pani i Piotr, ale też Paweł Małaszyński. Ten ostatni powiedział mi kiedyś, że przez wiele lat jego zespół Cochise traktowano jako "fanaberię znanego aktora". Pani też ma podobny problem?

    Na razie nie. Bo jesteśmy za mało znani. Dlatego poszliśmy do talent-show. Jeśli ktoś się nie pokaże w telewizji - to w dzisiejszych czasach nie ma szans się przebić. To smutne, ale prawdziwe.

    Stawia Pani teraz na karierę muzyczną?

    Obie sfery mojego życia artystycznego są dla mnie ważne. Bo mam przecież etat w teatrze w Częstochowie. Uwielbiam występować na scenie. Ostatnio wskoczyłam w Centrum Kultury Katowice do musicalu "Prześliczna wiolonczelistka", w którym śpiewam piosenki Skaldów i gram rolę tytułową. To zupełnie inna estetyka niż dramat. Musiałam się mocno przestawić. Najpierw wypruwałam flaki w teatrze, a teraz fruwam w skowronkach w musicalu.

    Pani kolega Artur Gotz powiedział mi, że nie wyobraża sobie udanego małżeństwa aktorów. Jesteście wyjątkiem?

    (śmiech) A ja sobie nie wyobrażam mieć męża spoza sceny. Na pewno by mnie nie rozumiał. Nie jesteśmy dla siebie z Maćkiem zagrożeniem, więc nie ma między nami rywalizacji. Raz tylko byłam zazdrosna - kiedy pojechał z Piwnicą do USA, a ja nie. Ale potem ja pojechałam z "Czarnym czwartkiem" do Stanów, a nawet do Indii, więc się wszystko wyrównało.

    Kiedy powiedziałem w redakcji, że będę robił z Panią wywiad, młoda koleżanka szepnęła: "Ale ona ma przystojnego męża". Często się Pani spotyka z takimi reakcjami?

    (śmiech) Tak.

    I nie jest Pani zazdrosna?

    E, w tym zawodzie? Aktorzy z natury są ekspresyjni. Inaczej się witamy niż inni ludzie, inaczej bawimy, przytulamy z koleżankami i kolegami. I my oboje z mężem to rozumiemy. A jakbym miała za męża lekarza albo prawnika, to ciągle musiałabym się mu tłumaczyć! Po co mi to?

    ***

    Marta Honzatko
    Aktorka filmowa i teatralna. Jest absolwentką Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej im. Ludwika Solskiego w Krakowie.
    Śpiewa też aktorski rock alternatywny. Grała główną rolę w filmie Antoniego Krauzego "Czarny czwartek", za którą otrzymała nagrodę na Festiwalu Filmowym "Listopad".

    Czytaj treści premium w Gazecie Krakowskiej Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecamy

    Wideo