"Nikt nie miał takiego dzieciństwa jak ja w Morskim Oku"

    "Nikt nie miał takiego dzieciństwa jak ja w Morskim Oku"

    Marek Lubaś-Harny

    Gazeta Krakowska

    Aktualizacja:

    Gazeta Krakowska

    Patrycja Łapińska
    1/15

    Przejdź do
    galerii zdjęć

    ©fot. Wojciech Matusik

    Miejsce magiczne, miejsce ciężkiej pracy i pięknych wspomnień. Jesteśmy w schronisku w Morskim Oku, którym gosp odarzy już trzecie pokolenie rodziny Łapińskich. Latem tego roku stery od mamy, która przepracowała tu czterdzieści lat, przejęła Patrycja Łapińska. Poznała też pilnie strzeżoną tajemnicę receptury słynnej "litworówki", nalewki z Morskiego Oka.
    W połowie grudnia, choć pogoda wyjątkowo piękna, w tygodniu w Morskim Oku pojawia się niezbyt wielu gości. Przed paru dniami były zaledwie trzy osoby. Można więc trochę odetchnąć, bo sezon był wyjątkowo wyczerpujący. Zwłaszcza dla Patrycji Łapińskiej, obecnej gospodyni, która od niedawna podtrzymuje rodzinną tradycję.

    - Pamiętam, że kiedy w roku 1997 Ojciec Święty odwiedził Morskie Oko i spytał mnie, które to ja jestem pokolenie Łapińskich, z wrażenia zapomniałam języka w gębie i nie umiałam do trzech zliczyć…

    Rzeczywiście, aż trudno uwierzyć, że w najsławniejszym i chyba najtłumniej odwiedzanym schronisku w Polsce gospodarzy już trzecie pokolenie rodziny. Łapińscy są tu nieprzerwanie od zakończenia wojny, niezadługo stuknie więc siedemdziesiąt lat, jak związali swoje losy z Morskim Okiem.

    Szkoła przetrwania
    Patrycja Łapińska, którą w obowiązkach wspomaga młodszy brat Jakub, z konieczności objęła schroniskowe stery latem tego roku. Mama Maria, która w schronisku przepracowała ponad czterdzieści lat, a samodzielnie kierowała nim przez prawie trzydzieści, musiała zatroszczyć się o swoje zdrowie i na gospodarstwie zostawiła córkę.

    - Miałam tu prawdziwą szkołę przetrwania - mówi Patrycja. - Mama wyłączyła się w czerwcu, spadły na mnie urzędowe sprawy, którymi się wcześniej nie zajmowałam: skarbówka, sanepid, straż pożarna, cała papierkowa robota. A do tego przeżywaliśmy istne oblężenie, takich tłumów, jak w minione wakacje, jeszcze chyba nie było nigdy. Ale mama z daleka pomagała mi rządzić i dałam radę. Chociaż wiele jeszcze musiałam się nauczyć, nawet robić litworówkę. Ta słynna nalewka z Morskiego Oka, której receptura jest pilnie strzeżoną tajemnicą, największe wrażenie zrobiła ponoć niegdyś na księciu Karolu. Brytyjski następca tronu, kiedy już odzyskał głos, miał stwierdzić: "Oh, very strong drink, really very strong".

    Moje miejsce na ziemi
    Patrycja nigdy nie miała wątpliwości, że Morskie Oko jest jej miejscem na ziemi.

    - Kiedy dziś obserwuję szkolne wycieczki, to widzę, że dzieci ledwo spojrzą na Morskie Oko i zaraz zaczynają szukać komputera z internetem. Ja tu się nie nudziłam nigdy. Całe dnie spędzałam z kuzynami na powietrzu. A jaka frajda była, kiedy Morskie Oko zamarzało i można było nałożyć łyżwy.

    Pamięta też, jak kiedyś, zanim wokół schronisk pozakładano elektryczne pastuchy, wieczorami do okien zaglądały niedźwiedzie. Tłukły się wtedy z mamą garnkami, miskami, aż intruz sobie poszedł.

    - Raz miałam bliskie spotkanie - wspomina. - Niedźwiedź przyszedł na podwórko i wylizywał puszkę, a ja myślałam, że to nasz pies Topaz. Był stary, głuchy, sądziłam, że mnie nie usłyszał. Podeszłam, kopnęłam tę puszkę i dopiero wtedy mało nie zemdlałam z wrażenia. Na szczęście, niedźwiedź się bardziej przestraszył niż ja. Dopiero, kiedy uciekł, Topaz wylazł z jakiejś dziury.

    Dawne wspomnienia pomagają sprostać dzisiejszym codziennym obowiązkom. Przecież nie chodzi tylko o to, żeby turystów przyjąć pod dach i nakarmić. To nie jest schronisko, jakich wiele, to legenda, której trzeba sprostać.

    Kawał historii
    Dziadek Czesław był chodzącą legendą już w roku 1945, kiedy objął schronisko po zakończeniu niemieckich rządów w Morskim Oku. Nie było taternika, który by nie słyszał o jego dokonaniach. Kiedy pojawiał się na werandzie, młodsi od razu milkli, z nabożeństwem łowiąc każde słowo najbardziej znanego ze sławnych Pokutników.

    Pokutnicy to kawał historii polskiego taternictwa. Przed wojną byli pionierami techniki hakowej w zdobywaniu tatrzańskich ścian, a swe umiejętności doskonalili na wapiennych skałach podkrakowskich dolinek, które nazywali z dużą przesadą "Alpami Bolechowickimi".

    Dziwacy z Krakowa, łażący po skałach i pobrzękujący żelastwem, budzili sensację. Zdaniem starszych gospodarzy, mieli źle w głowie. Być może z tego powodu zabobonne babiny z Bolechowic i Kobylan ochrzciły ich mianem "pokutników".

    Paradoksalnie, największe osiągnięcia taternickie Łapińskiego i jego towarzysza wspinaczek Kazimierza Paszuchy, także Pokutnika, przypadają na lata okupacji, kiedy Niemcy zakazali Polakom wstępu w Tatry, a oni obaj ukrywali się po rozbiciu tajnej organizacji "Orzeł Biały". Pokonali wtedy po raz pierwszy techniką hakową ściany Kazalnicy i Mnicha. Z tej ostatniej strącili przy okazji wielką drewnianą swastykę, zawieszoną tam na linach przez niemieckich strzelców górskich.

    Rządziła babcia
    Dziadek był autorytetem, ale schroniskiem rządziła żelazną ręką babcia Wanda, przez taterników zwana Dziunią. Starsi bywalcy wspominają, że mógł ktoś sobie być najsławniejszym alpinistą, a jeśli rano zszedł do jadalni nieogolony, wrzątku nie dostał.

    - Chodziłam z babcią wyłapywać waletowiczów - wspomina wnuczka. - Tylko popatrzyła i już wiedziała, kto waletuje. Z babcią żartów nie było. Albo płacicie, albo do widzenia.

    Wanda i Czesław Łapińscy rządzili w Morskim Oku 30 lat. Był to czas rozwoju taternictwa i początków polskich sukcesów w Himalajach. Spośród późniejszych sławnych himalaistów, niemal wszyscy odsiedzieli swoje tutaj na werandzie, snując górskie opowieści i śpiewając przy gitarach. Aż czasem Dziunia nie wytrzymywała i goniła ich, żeby zrobili miejsce gościom, którzy chcieli zjeść schabowego i uczciwie zapłacić.

    W hołdzie dla taty
    O tym, że po Wandzie i Czesławie Łapińskich rządy w schronisku przejmie ich najmłodszy syn Wojciech, było wiadomo wcześniej, zanim to nastąpiło w roku 1980. Tu wyrósł, tu złapał taternickiego wirusa, nie wyobrażał sobie innego życia. A urodzona w Bochni Maria Łapińska dopóki za niego nie wyszła, nie wyobrażała sobie życia tutaj. W wakacje po oblanej za pierwszym razem maturze przyjechała popracować w schronisku i już została.

    Szczęście małżeńskie trwało dwanaście lat. W roku 1980 przejęli schronisko, niewiele ponad pięć lat później Wojciech już nie żył. Jego śmierć była szokiem, nikt się nie spodziewał, że temu silnemu mężczyźnie, taternikowi, w trzydziestym szóstym roku życia serce odmówi posłuszeństwa.

    - Oskarżałam schronisko, że to ono zabiło Wojtka - wspominała nieraz Maria Łapińska. - Ten kierat, jakim było jego prowadzenie w połowie lat osiemdziesiątych. Te nerwy, ten pęd, to ciągłe użeranie się. W pierwszym odruchu zaczęłam krzyczeć, że nigdy tu nie wrócę.

    I nie byłoby dłużej Łapińskich w Morskim Oku, gdyby nie dziesięcioletnia wówczas Patrycja. - Tak, to prawda - mówi dzisiaj. - Wymusiłam na mamie przyrzeczenie, że tu zostaniemy, bo gdybyśmy odeszli, to by była jakby zdrada taty. Nie dopuszczałam do siebie myśli, że mogłabym mu to zrobić. Tata był dla mnie najukochańszym człowiekiem. Dobrze mnie rozumiał, labę robił mi często, a żeby mamy nie denerwować, wymyślał, że się auto popsuło albo że droga nieprzejezdna.

    Maria Łapińska dotrzymała słowa danego córce. Pomogli żyjący jeszcze wówczas teściowie, pomógł brat Andrzej, himalaista, który do dziś jest w schronisku zaopatrzeniowcem. A przede wszystkim podtrzymywała na duchu Patrycja, dzielnie znosząc trudy dojeżdżania zimą do szkoły.

    - Do dziś dokuczają mi odmrożenia z czasów, kiedy mama woziła mnie do autobusu skuterem śnieżnym. Nienawidziłam tego wczesnego wstawania, więc się zdarzało, że mama musiała gonić autobus na skuterze. Ale za to nikt nie miał takiego dzieciństwa jak ja w Morskim Oku.

    W nowych czasach
    Czasy się zmieniły. Pojawiło się na świecie czwarte pokolenie, ale dziś trudno byłoby już wychowywać dzieci w schronisku. Patrycja mieszka w Zakopanem i co dzień dojeżdża do Morskiego Oka. Latem to nie problem, zimą gorzej. Wprawdzie do Włosienicy drogę odśnieża gmina, ale o ostatnie półtora kilometra do schroniska trzeba zadbać własnymi siłami. Kiedy popada, mąż Maciej doczepia pług do terenówki i przeciera.

    Jeszcze się nie zdarzyło, żeby do schroniska nie dało się dojechać. Chyba, że Żlebem Żandarmerii zejdzie na drogę lawina, wtedy trzeba się przebijać łopatami albo czekać na wirnikowy pług z Zakopanego. No i strach trochę. - Tyle się w dzieciństwie napatrzyłam na ofiary lawin, że teraz mam istną fobię lawinową - nie kryje Patrycja.

    Obyczaje zmieniają się. W Wigilię w schronisku nie ma już takich klimatów, jak kiedyś, kiedy święta spędzała tu brać taternicka. - Pamiętam, że tata zawsze najpierw szedł na salę, łamać się opłatkiem z gośćmi, a my jedliśmy wieczerzę w biurze, w gronie rodziny i przyjaciół. Potem taty zabrakło, goście też przestali przyjeżdżać na święta. Od paru lat wracają, ale wciąż nie ma tłumów. Tak, że w tym roku nawet postanowiliśmy z mężem wyrwać się w święta na narty do Włoch na lodowiec. Najazd zacznie się na sylwestra i wtedy będziemy już z powrotem, w pełnej gotowości.Bo sylwestry w Morskim Oku to też stara tradycja szampańskiej zabawy, choć nie dla gospodarzy. - Może dlatego moje córki wcale się nie palą, żeby mnie z kolei kiedyś zastąpić - uśmiecha się Patrycja Łapińska.

    Kto następny?
    Najstarsza Marynia myśli o karierze projektantki mody, więc chodzi w Krakowie do liceum o profilu artystyczno-medialnym. Młodsza Zosia jest dopiero w gimnazjum, ale już wie, że będzie pisarką. Najmłodsza Hania chodzi do przedszkola i jeszcze nie wie, kim będzie, ale co do prowadzenia schroniska, to też kręci głową, że nie. Może więc najmłodszy z czwartego pokolenia Łapińskich Jan Wojciech, syn Jakuba? Ale on ma dopiero pół roku, więc uroków Morskiego Oka jeszcze nie zdążył poznać.

    Dlaczego morskie?
    Nazwa "Morskie Oko" jest tłumaczeniem z języka niemieckiego. Wcześniejszą, używaną przez górali nazwą, był Biały Staw.
    Morskie Oko nazywano także Rybim Jeziorem lub Rybim Stawem, gdyż należy do nielicznych zarybionych w sposób naturalny jezior tatrzańskich.

    Schronisko znajduje się na wysokości 1410 m n.p.m. Zbudowane zostało w 1908 roku przez Towarzystwo Tatrzańskie. Po remoncie kapitalnym w latach 1988-1992 schronisko ma 77 miejsc noclegowych. Budynek schroniska został w 1976 roku uznany za zabytkowy i jest prawnie chroniony.

    Artykuły, za które warto zapłacić! Sprawdź i przeczytaj
    Codziennie rano najświeższe informacje z Krakowa prosto na Twoją skrzynkę e-mail. Zapisz się do newslettera!
    "Gazeta Krakowska" na Twitterze i Google+

    Czytaj treści premium w Gazecie Krakowskiej Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecamy

    Wideo