Śnieg, mróz im nie straszny. Zamieć zresztą też!

Halina Gajda
Dwadzieścia cztery godziny non stop. W śniegu, po lodzie, z wiatrem i pod wiatr. Kto pierwszy, kto więcej, kto szybciej. W Zamieci wzięło udział 170 zawodników z całej Polski. To jeden z najtrudniejszych zimowych ultramaratonów w kraju.

Punktualnie w samo południe padł sygnał. Wyruszyło ich 170. Cel był jasno określony - w dobę jak największą liczbę razy pokonać czternastokilometrową pętlę. Bieg uznawany jest za jeden z najtrudniejszych zimowych maratonów w Polsce, choćby z tego powodu, że przewyższenia na każdej pętli trasy sięgają 750 metrów. Zamieć to ultramaraton na Skrzyczne. Bieg dla prawdziwych twardzieli - nikt tam nie przygotowuje trasy ratrakami, nie odmiata zasp, nie posypuje piaskiem oblodzonych stoków - jak śnieg, to trudno, musisz sobie radzić, kijki są pomocne. Lód? Cóż, styczeń w Beskidach to nie urlop na Karaibach. Zamieć? Gogle sobie człowieku włóż, to ci śnieg w oczy sypał nie będzie. Mróz? Ciepłe gatki i skarpetki się na pewno przydadzą... Pośród tych "170 wspaniałych" byli gorliczanie Bartosz Malawski i Tomasz Barszcz. Obaj mocno zaprawieni w górskich eskapadach, bo jak zgodnie twierdzą - bieganie po płaskim jest... nudne. - Mieliśmy wszystko, co w zimie najgorsze. Albo - jak to woli - najlepsze - śmieją się.

Zmęczenia po nich nie widać ani krztyny, choć tak praktycznie dopiero wrócili. Bieg wystartował bowiem w minioną sobotę, finał miał w niedzielę. - Nieprzespana doba? To jeszcze nie powód do narzekania- mówią dalej, równie zgodnie. - Na odpoczynek wystarczyła jedna noc. Zresztą potem do pracy trzeba było wstać - śmieją się. Formuła biegu jest prosta: kto w jak najkrótszym czasie jak największą liczbę razy pokona trasę, ten zwycięża. Tomek "czternastkę" zaliczył osiem razy, Bartek - siedem. Obaj znaleźli się w czołówce ostatecznej listy. W sumie do zwycięstwa nie brakło im zbyt wiele - mistrz tegorocznej Zamieci pokonał trasę dziewięć razy. - Pierwsza runda była trudna ze względu na świeży śnieg. Druga i trzecia - całkiem przyjemna, bo trasa była już przetarta. Każda następna pętla - coraz bardziej wymagająca. To co przetarte zrobiło się zlodowaciałe, śliskie, twarde jak beton i pełne muld. I coraz bardziej niebezpieczne - opowiada Tomasz Barszcz.

Zasada jest taka, że każdy zawodnik, który chce mieć Zamieć zaliczoną, musi przynajmniej raz pokonać pętlę, ale nie musi biec non-stop. Może odpocząć, przespać się, napić gorącej herbaty czy kawy, zjeść coś. Może biec albo iść spacerkiem. Jak rozplanuje - jego sprawa, byle tylko nie oszukiwał, nie szukał skrótów, nie korzystał z pomocy osób trzecich, trzymał się wyznaczonej trasy, która raz biegnie drogą, potem przez łąkę, brzegiem potoku, po czym skręca w las. Różnorodnie - ale cały czas napiera w górę, żeby potem opadać w dół. Czasem wręcz na twarz. Są płaskie odcinki, ale i niemal pionowe. Na starcie nie ma po co stawać, jeśli nie ma się ze sobą telefonu komórkowego, folii NRC, gwizdka, bluzy z długim rękawem, latarki-czołówki z zapasem baterii, kurtki z kapturem chroniącej od wiatru, długich spodni, odpowiednich butów, rękawiczek i bandaża elastycznego. Organizatorzy nie dyskutują tutaj z nikim - nie masz, nie biegniesz. O rozmaitych procentowych wspomagaczach też nie ma mowy. - Gdy się ją pokonuje pierwszy raz, to jest nawet ciekawie. Rozgląda się człowiek, bo wszystko dookoła jest nowe, widoki też całkiem niezłe. Każda następna pętla jest coraz bardziej nużąca, bo wie się już na pamięć, co jest za tym krzakiem, tamtym drzewem, kolejnym zakrętem - opowiada Bartek.

Miejscami śnieg sięgał ud. Zdarzało się, że zbieg był w zasadzie zjazdem. Najczęściej na sankach zwanych pośladkami. Pewnie łatwiej byłoby na plastikowym jabłuszku, ale jakoś nikt o tym wcześniej nie pomyślał. - Po takim doświadczeniu z przyjemnością wpada się do bazy na łyk jakiegoś energetycznego napoju, łapie się batona i dalej w drogę fikać kolejne koziołki - śmieją się. W bazie na zawodników czekały też łóżka, byli masażyści, którzy brali w fachową opiekę podstawione pod nos obolałe kończyny. Bartkowi udało się nawet zdrzemnąć. Pierwsze okrążenia to bieg niemal w grupie, z każdym kolejnych zawodników jest mniej. W końcu odległości pomiędzy kolejnymi są tak duże, że praktycznie jest się samemu na trasie. - Nie ma lepszego doświadczenia niż bieg nocą przez las, gdy nie ma się nikogo przed sobą, nikogo za sobą - mówi Tomasz. - A wschód słońca? Oj, ten zapierał dech w piersiach - podkreśla.

Kilkunastostopniowy mróz podczas Zamieci to dla nich żaden problem. Gorsze przeżyli. Na swoim koncie mają Ultra Trail du Mont Blanc - UTMB - bieg wokół Mont Blanc. Dla biegaczy górskich jest jak dla kolarza Tour de France albo dla muzułmanina Mekka. Morderczy, wiodący prawie 170-kilometrowa trasą wokół wspomnianego szczytu przez trzy kraje: Francję, Szwajcarię i Włochy. Zawodnicy mają do pokonania dziesięć przełęczy położonych na wysokości ponad 2000 m n.p.m., co w sumie daje 9400 metrów różnicy wysokości na podejściach. Już samo ukończenie jest uznawane za mistrzostwo - tam każdy marzy nie tylko o jakimkolwiek miejscu w generalnej klasyfikacji, ale i o kamizelce finiszera, czyli namacalnym dowodzie, że się TAM było. Nie ma zapisów. Na udział trzeba sobie w pewnym sensie zasłużyć, czyli uzbierać potrzebne punkty. Zdobywa się je, startując w mniejszych ultramaratonach odbywających się na całym świecie. Co więcej, to że ma się tych punktów bardzo wiele, nie jest przepustką do przygody, bo organizatorzy przyjęli zasadę losowania: zawodnicy zgłaszają akces do udziału i tym samym stają się kulką w bębnie wielkiej maszyny, która wyrzuca dokładnie dwa i pół tysiąca szczęśliwców. - Co roku o start ubiega się jakieś dziesięć tysięcy zawodników, od Australii, przez Azję po obie Ameryki. Przewyższenia, wysiłek sięgający zenitu. Impreza nie dla amatorów - przyznają. Trasę pokonali - Tomasz w 38 godzin, Bartosz - w 42. Polak-rekordzista pokonał trasę w nieco ponad 28 godzin.

- Po drodze spotykaliśmy osoby, które ze zmęczenia i wysiłku zasypiały na siedząco, wymiotowały - opowiadają. W nogach mają też Mistrzostwa Europy w Rajdach Przygodowych, po Beskidzie Niskim. Przyszło im nie tylko biegać po ośnieżonych stokach, ale i zjeżdżać na linie zawieszonej między kasztelem a jakimś ogromnym drzewem po drugiej stronie rzeki. Zważywszy, że lina miała z osiemdziesiąt metrów długości, a miejscami wisiała kilkanaście metrów nad ziemią, zadanie do łatwych nie należało. Na powtórkę pod Mont Blanc się nie wybierają - przynajmniej na razie. Dbając o kondycję, biegają dwa-trzy razy w tygodniu, po kilkanaście, czasem kilkadziesiąt kilometrów. W planach mają Rzeźnika w dwóch wersjach - na 80 i 135 kilometrów.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie