Fakt jest jednak faktem, że dla Cracovii i Wisły - rozumianych jako klubowe struktury - głównym polem rywalizacji stały się od kilku lat zapowiadające derby plakaty. Nie o nawiązanie, niestety, do ambitnej polskiej szkoły plakatu w nich chodzi, bo to są raczej dzieła z gatunku „grafik płakał, jak projektował”. Naczelną zasadą konkurencji jest bynajmniej wartość artystyczna, lecz to, kto kogo bardziej zignoruje i przemilczy jego istnienie.
Na afiszu, którym Wisła reklamuje sobotni mecz przy Reymonta, nie ma więc nie ani nazwy Cracovii, ani jej logo, ani nic, co by mogło sugerować, że słowo „derby” nie odnosi się np. do spotkania „Białej Gwiazdy” z Garbarnią. Tak, wiem, „Pasy” robią podobnie. Oba kluby są siebie warte.
To nie jest ani złośliwe, ani dowcipne, ani inteligentne, lecz żałosne i słabe. Warto postawić sprawę jasno: jeśli owe plakaty oddają intelektualny oraz moralny stan ich autorów i zleceniodawców, to niedaleki jest on od wrażliwości kibola krzyczącego na stadionie „jazda z kur...mi”.
Żałować wypada, że oba kluby nie ścigają się na to, kto ma lepszy system szkolenia, większe zyski z transferów, efektowniejszy styl gry (akurat w tym przypadku są podobieństwa, bo w obu drużynach trenerzy próbują implementować obcą tutaj kulturowo taktykę „kopnij-biegnij”). Zamiast tego znaleziono sobie bezmyślną rozrywkę w chlastaniu się marketingową maczetą. „Bo oni zaczęli”. Tak, zawsze oni. W wypominaniu win cofniemy się do 1906 roku. Ktoś jednak powinien to przerwać.
Mądry głupiemu ustępuje - mawiali kiedyś rodzice do kłócących się dzieci. To nie jest dobra zasada, ale tutaj sprawdziłaby się idealnie. No to jak? Znajdzie się ktoś mądry po którejś ze stron Błoń?
Follow https://twitter.com/dziennipolski