Trener Radwańskiej Tomasz Wiktorowski o swojej współpracy z...

    Trener Radwańskiej Tomasz Wiktorowski o swojej współpracy z najlepszą polską tenisistką: Agnieszka mówiła o mnie "trener Budda"

    Zdjęcie autora materiału

    Hubert Zdankiewicz

    Sportowy24

    Aktualizacja:

    Sportowy24

    Tomasz Wiktorowski i Agnieszka Radwańska
    1/23
    przejdź do galerii

    Tomasz Wiktorowski i Agnieszka Radwańska ©Andrzej Banas

    Trener Agnieszki Radwańskiej Tomasz Wiktorowski opowiada nam o swojej współpracy z najlepszą polską tenisistką i kulisach zakończenia przez nią kariery. Wspomina sukcesy, współpracę z Martiną Navratilovą i obala mit, że nie chciało jej się grać dla Polski. Zdradza nawet, jaką Aga wymyśliła mu ksywkę i mówi, że razem z czołowym polskim deblistą Marcinem Matkowskim powołał do życia fundację wspierającą młodych tenisistów J.W. Tennis Support Foundation.
    Był Pan zdziwiony decyzją Agnieszki, czy wiedział Pan od dawna, że zakończy karierę?
    Od dawna nie wiedziałem, niemniej rozważaliśmy wszystkie możliwe opcje na kolejny rok. Agnieszka dostała od nas wszystkie obiektywne informacje, które mogliśmy jej przekazać. Sama zresztą tak naprawdę wiedziała najlepiej, co się wydarzyło w tym roku i na pewno czuła, co może się wydarzyć w kolejnym. Do wyboru były trzy opcje.
    Pierwsza to normalne rozpoczęcie treningów i przygotowywanie się do wylotu w styczniu na Antypody. Druga to zamrożenie rankingu i powrót do gry wiosną, chociaż raczej nie na część sezonu rozgrywaną na ziemi. Lepszym pomysłem byłaby trawa.

    A trzecią opcją było zakończenie kariery…
    Dokładnie. Innych możliwości w jej sytuacji nie było. Opcję pierwszą odrzuciliśmy już pod koniec października. Żeby być gotowym na Australię musielibyśmy zacząć przygotowania już w połowie listopada, a to nie wchodziło w grę. Nie tylko ze względu na stan zdrowia Agnieszki. Takie przygotowania to złożony proces. Trzeba ustalić miejsce – czy w Polsce, czy za granicą – opracować szczegółowy plan, dobrać sparringpartnerów i td. W październiku już wiedzieliśmy, że to się nie wydarzy. Zostały więc dwie opcje, obie równie prawdopodobne, więc nie mogę powiedzieć, że byłem zaskoczony, bo brałem pod uwagę taki scenariusz. Choć ostateczną decyzję Agnieszka podjęła sama.



    Na ile była to konsekwencja problemów ze zdrowiem i wyeksploatowanego organizmu, a na ile tego, że mogły po prostu pozmieniać jej się życiowe priorytety?
    To złożona sprawa. Przede wszystkim należałoby sobie zadać pytanie, w jaki sposób Agnieszka grała w tenisa. W jej przypadku to za każdym razem była walka, każdy mecz, każdy punkt, trzeba było wybiegać, wypracować. Podczas większości meczów Aga pokonywała średnio dystans 10-15 procent dłuższy, niż jej rywalki. Wywierała presję na przeciwniczkach tym, że po pierwsze nie psuła, po drugie była w stanie odgrywać piłki zagrane z dużym ryzykiem. Nierzadko takie, które były już uznane za zdobyty punkt. To było dla nich strasznie frustrujące i prędzej czy później owocowało jakąś serią błędów. Aga nie bazowała na prędkości i punktach zdobywanych bezpośrednio – winnerów zagrywała 6 do 8 w jednym meczu, w swoich najlepszych czasach 10-12. Była za to praktycznie jedyną dziewczyną w zawodowym cyklu, która potrafiła sprawić, że rywalki zaczynały grać gorzej. Pod tym względem przypominała mi trochę Bernarda Tomicia – oczywiście tylko pod względem stylu rozgrywania punktów. Gdy pojawiała się frustracja u przeciwniczki Aga dokładała zagrania wzdłuż linii, slajsy, skróty, dojścia do siatki. Albo zagrywała nagle coś takiego, że rywalce opadała szczęka, a ona wygrywała kolejny konkurs na zagranie miesiąca.



    Do takiego grania trzeba mieć – kolokwialnie mówiąc – końskie zdrowie.
    Dokładnie, a my większość 2017 i cały 2018 rok mieliśmy stracony pod względem przygotowania motorycznego. Próbowaliśmy temu zaradzić, odejmując trochę intensywności z treningów i podnosząc ich jakość, ale nie przyniosło to zamierzonych efektów. Do tego styl gry Agnieszki wymagał ogromnej koncentracji – musiała cały czas przewidywać co zrobi rywalka. Żeby móc tak grać, trzeba czuć się komfortowo – wtedy czyta się mecz. W momencie, gdy ktoś czuje się gorzej lub wręcz jest nieprzygotowany, przestaje czytać grę. Traci pewność siebie. To złożone pojęcie, teraz je upraszczam na użytek tej rozmowy. Dodam, że mówiąc o sferze mentalnej nie mam na myśli dylematów, czy się czegoś chce, czy nie chce. Agnieszka chciała dalej grać, pomimo wszystkich problemów i podziwiam ją za to. W przeszłości również miała problemy i wiele razy podejmowała rękawicę. Walczyła, mimo bólu. Próbowała. To my musieliśmy ją czasem przyhamowywać, żeby nie przesadziła.

    Niektórzy mają nadzieję, że Agnieszka odpocznie rok, dwa. Podleczy się i kiedyś jeszcze wróci na korty, tak jak Martina Hingis, albo Kim Clijsters.
    Ja nie mam. Na takie granie jak Clisters Aga nie ma warunków, a Hingis po pierwszym powrocie była daleka od poziomu, jaki wcześniej prezentowała. Zdawała sobie z tego sprawę, dlatego za drugim razem wróciła już tylko do debla. To wynikało również z tego, że damski tenis się zmienił. Kiedyś w światowej czołówce było mnóstwo dziewczyn opierających swoją grę na technice i cierpliwości. Były też te silne fizycznie, ale słabsze technicznie, które jednak – kolokwialnie mówiąc – potrafiły wyrąbać sobie drogę. W ostatnich latach pojawia się za to coraz więcej tenisistek, które mają jedno i drugie. Potrafią utrzymać prędkość wymiany, a równocześnie mają pełen repertuar zagrań. Gdy się spojrzy na pierwszą pięćdziesiątkę, czy nawet setkę rankingu WTA, to mało jest w niej dziewczyn, które nie są kompletnie wyszkolone technicznie. Do tego są świetnie przygotowane fizycznie, a to jest właśnie element, który podniósł przez ostatnią dekadę poziom damskiego tenisa, tak jak wcześniej zrobił to z męskim.

    Podsumowując – nie jest to środowisko przyjazne Agnieszce i jej stylowi gry.
    Zdecydowanie nie jest. Ona te silne fizycznie, ale słabe technicznie rywalki potrafiła zniechęcić do gry w tenisa. Obnażała wszystkie ich słabości, a one doskonale o tym wiedziały. Taka Marion Bartoli – przy całym dla niej szacunku – kompletnie sobie z Agą nie radziła. Nie tylko ona.

    Trochę się boję tego Wimbledonu, czyli Agnieszki Radwańskiej kariera prawie idealna - wzloty i upadki najlepszej polskiej tenisistki

    Tym bardziej można żałować, że w 2013 roku to nie Agnieszka, tylko Sabine Lisicki, była rywalką Bartoli w finale Wimbledonu.
    Nie lubię gdybania, ani rozpamiętywania tego co się nie udało. Nawet bez wielkoszlemowego tytułu Aga miała wspaniałą karierę. A wracając do pytania to powtórzę – nie wyobrażam sobie, żeby wróciła jeszcze kiedyś do zawodowego grania. Mogłaby wrócić, gdyby dysponowała inną mocą uderzeń. Wieku nie oszukasz, a Aga nie zrobi się młodsza, w przyszłym roku kończy 30 lat. Ciężko by jej było dojść do poziomu poruszania, jaki miała w latach 2010-2016, gdy grała swój najlepszy tenis. Nie powiem, że to niemożliwe, ale wymagało by to katorżniczej pracy i nie ma wcale gwarancji, że by się udało. Każdy ludzki organizm ma swoje limity, a myślę, że Aga sama sobie zdaje najlepiej sprawę z tego, jakie ma w tej chwili ograniczenia w postaci kontuzji i urazów przewlekłych, których się już nigdy nie pozbędzie. To też ogranicza jej możliwości. Teoretycznie mogłaby – wzorem Hingis – wrócić jako deblistka ale tego nigdy nie zrobi.

    Pamięta Pan, kiedy po raz pierwszy zobaczył Agnieszkę na korcie?
    Oczywiście, miała wtedy 14 lat.

    A pamięta Pan mecz, który rozegrała w 2005 roku podczas turnieju ITF w Warszawie. Jej rywalką była…
    Karolina Kosińska, ówczesna polska rakieta numer dwa...

    I ówczesna podopieczna Tomasza Wiktorowskiego.
    To prawda. Karolina była wówczas faworytką. Dopiero co dostała dziką kartę do J&S Cup (turniej WTA rozgrywany w Warszawie w latach 2002-2007) i zagrała na korcie centralnym z Danielą Hantuchovą…

    A potem na Ursynowie omal nie przegrała z pewną 16-latką z Krakowa.
    Faktycznie, niewiele brakowało. Karolina wygrała drugiego seta po tie-breaku, a w trzecim wyszła ze stanu 0:3. A ja dorobiłem się ksywki, która funkcjonowała przez wiele lat u Agnieszki i jej siostry.

    Jakiej?
    Trener Budda. Nazwały mnie tak dlatego, że przez cały mecz siedziałem z założonymi rękami. Być może było to również nawiązanie do mojej ówczesnej tuszy, ale przede wszystkim chodziło o te założone ręce i fakt, że przez cały mecz nie okazywałem żadnych emocji, pomimo przebiegu wydarzeń na korcie.

    W 2011 roku został Pan trenerem Agnieszki. Jak do tego doszło?
    Już wcześniej razem pracowaliśmy w reprezentacji Fed Cup. Jako kapitan regularnie podróżowałem, żeby oglądać w akcji Agnieszkę, Ulę i resztę dziewczyn z drużyny. Najwięcej właśnie Agę, bo była wówczas naszym numerem jeden i było pewne, że pozostanie nim na lata. Siłą rzeczy to jej poświęcałem najwięcej uwagi. Kiedy więc przyszedł moment, że potrzebny był dodatkowy człowiek w teamie Radwańskich, bo jej ojciec zdecydował, że chce trochę mniej podróżować, ja byłem naturalnym kandydatem. Zaczęło się od wyjazdów na pojedyncze turnieje, co ciekawe początkowo z Ulą. Z Agnieszką zacząłem podróżować od czerwca 2011 roku i tak już zostało.

    1 »

    Czytaj treści premium w Gazecie Krakowskiej Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecamy

    Wideo