W Wielką Sobotę, wraz z innymi znowu rozkołysze dzwon Zygmunta

Barbara Sobańska
Katarzyna i Witold Szczygłowie są małżeństwem od 15 lat. Pobrali się zaraz po maturze
Katarzyna i Witold Szczygłowie są małżeństwem od 15 lat. Pobrali się zaraz po maturze ADAM WOJNAR
Niegdyś mieszkańcy Świątnik Górnych mieli przywilej służenia w katedrze na Wawelu. Posługiwali, chronili ją i dzwonili, także dzwonem Zygmunta. Dziś na Zygmuncie dzwoni 36 dzwonników. Tylko jeden z nich jest ze Świątnik. To Witold Szczygieł. O dzwonieniu oraz o swojej rodzinie i małej ojczyźnie opowiada wraz z żoną Katarzyną - Barbarze Sobańskiej

Katarzyna Szczygieł
Pracuje w dziale edukacji Muzeum Stanisława Wyspiańskiego w Krakowie

Mąż prawie codziennie prawi mi komplementy i dzięki temu mam niezłą samoocenę. Poznaliśmy się w technikum Polskiego Górnictwa Naftowego i Gazownictwa w Krakowie. Chodziliśmy do jednej klasy. Siedzieliśmy obok siebie na egzaminie wstępnym, a potem na maturze - to czysty przypadek, takie mieliśmy szczęście. W klasie były tylko cztery dziewczyny. Mieliśmy fantastycznych nauczycieli. Dużo jeździliśmy w góry, PGNiG finansowało te wyjazdy. Łączyła nas "paczka górska" i miłość do gór. Jednak przez cztery lata niespecjalnie przepadaliśmy za sobą. Dopiero w piątej klasie coś zaiskrzyło.
Pobraliśmy się zaraz po maturze. Zamieszkaliśmy w Świątnikach z rodzicami Witka. I tak jest po dziś dzień. Rok później przyszedł na świat syn Kubuś. Witek poszedł na studia po roku, ja po dwóch. Wybrałam polonistykę, bo miałam w technikum wspaniałą polonistkę. Witek zdecydował się na historię, bo to zawsze była jego pasja.

Studiowanie z małym dzieckiem nie było łatwe. W czasie sesji mieliśmy dyżury przy synu. Witek uczył się do 22, a ja po. Oczywiście niezastąpieni byli wtedy rodzice męża, którzy bardzo poświęcali się, żebyśmy mogli w spokoju studiować. A teraz jestem na kolejnych pięcioletnich studiach - historii sztuki. Sprawia mi to ogromną przyjemność i radość. Mąż zajmuje się więcej dziećmi, oczywiście przy mocnym wsparciu babci, zwłaszcza kulinarnym. Co drugi weekend spędzam na uczelni, do tego dochodzą wyjazdy, bo zwiedzamy muzea w całej Polsce. Jeszcze w technikum, przechodząc ulicą Kanoniczą, marzyłam, by pracować w Muzeum Wyspiańskiego. I jak widać marzenia się spełniają. To niesamowite.

Dawno nie byliśmy na wspólnych wakacjach, ale gdy się mieszka w małym miasteczku, nie jest to szczególny kłopot. Mamy ogromny ogród, więc nie musimy wyjeżdżać na łono przyrody, jak ludzie z wielkiego miasta, którzy łakną zieleni. Ale gdy skończę studia i dzieci podrosną, planujemy razem zwiedzić Wschód. W tym roku chcemy wyrwać się do Lwowa i Kamieńca Podolskiego. To będzie pierwszy wyjazd bez dzieci, a jesteśmy małżeństwem już 15 lat. Taki spóźniony miesiąc miodowy.

Mąż nadal chodzi po górach z synem i absolwentami gimnazjum, w którym pracuje. Witek swoją pasją do historii zaraża młodzież. Od lat organizuje wyjazdy i rajdy. Syn złapał bakcyla. Założył z kolegami z klasy gimnazjalnej grupę rekonstrukcji historycznej związaną z powstaniem warszawskim. Zainspirowała ich lokalna historia - dwóch braci ze Świątnik Górnych walczyło w tym powstaniu, jeden przeżył, drugi nie. Chłopcy kupili sobie panterki, broń, oczywiście niestrzelającą. I biorą udział w różnych uroczystościach, np. 11 listopada, jeżdżą po szkołach w gminie i prowadzą lekcje "żywej historii". Zarabiają w ten sposób na umundurowanie. Ważne, że ich to kręci, że im się chce. Pomysły syna najczęściej finansuje Przemek, ojciec chrzestny i brat Witka. Siedmioletnia córka Marysia biega za chłopakami po ogrodzie w wojskowej furażerce i jako sanitariuszka służy pomocą. Trochę z niej chłopczyca, zawsze z rozczochranymi włosami i o krok za bratem. Jeśli zechce iść do technikum mechanicznego, nie zdziwimy się.

Witold Szczygieł
Nauczyciel historii i WOS-u w gimnazjum w Świątnikach Górnych, współtworzył w Świątnikach Muzeum Ślusarstwa, któremu szefuje, jest dzwonnikiem na Wawelu - dzwoni na Zygmuncie

Jestem rodowitym świątniczaninem. Świątniki to moje miejsce na ziemi. Pracuję w świątnickim gimnazjum, opiekuję się lokalnym Muzeum Ślusarstwa. Prywatnie interesuje mnie XVII-wieczne uzbrojenie polskie i sztuka orientu, ale kolekcjonuję nepalskie noże kukri. To pomysł syna. Zawsze fascynowali nas Gurkhowie, którzy pod flagami imperium brytyjskiego zasłynęli jako najbitniejsi wojownicy świata, używając w walce właśnie tych słynnych zakrzywionych sztyletów.

Wawel jest dla mnie najważniejszy. I oczywiście dzwonienie na Zygmuncie. Jestem zobowiązany do kultywowania tej tradycji, podtrzymywania pamięci o naszych przodkach. Niegdyś mieszkańcy Świątnik Górnych mieli przywilej służenia w katedrze na Wawelu. Posługiwali, strzegli jej i dzwonili.
"Zygmunta" rozdzwaniamy w święta kościelne, państwowe i w czasie ważnych wydarzeń, jak np. przyjazd papieża. Jest nas 35. Ja jestem jedyny ze Świątnik. Gdy trzeba dzwonić, wici rozsyła SMS-ami jeden z dzwonników. Jest też harmonogram na cały rok, ustalony przez księdza proboszcza. Czterech najstarszych dzwonników to nasi prowadzący. Najstarszy - Wojtek Bochnak, to wspaniała postać, żywa legenda oraz historia Muzeum Narodowego i Krakowa. Dzwoni już ponad 40 lat. Ja dopiero 10 i tylko dwa razy zdarzyło mi się opuścić dzwonienie. Aby uruchomić dzwon, potrzeba jednocześnie 12 dzwonników.

To spory wysiłek, więc w czasie dzwonienia zmieniamy się. Dzwonnikiem jest się do końca życia. Do dzwonienia dopasowujemy urlopy, wyjazdy, święta. Dzwonienie wielkanocne rozpoczęliśmy w Niedzielę Palmową. Zadzwonimy w Wielką Sobotę, Wielką Niedzielę i Wielki Poniedziałek. Potem w maju, co tydzień. Sylwestra od lat spędzamy z żoną w domu, bo rano w Nowy Rok dzwonię na Wawelu. Tego ranka często jestem jedynym kierowcą na drodze ze Świątnik do Krakowa. Czasem zdarza mi się spotkać policyjny patrol. Kasia nie narzeka, że nie chodzimy na bale. Rozumie, że dzwonienie to moja wielka pasja i miłość. Kasia jest ogromnie cierpliwa i wyrozumiała. Pod wieloma względami jesteśmy charakterologicznym przeciwieństwem.

Dzwonnicy to bardzo zżyta grupa ludzi w różnym wieku, o różnych zawodach. Przyjaźnimy się. To jest najfajniejsze. Zawsze możemy na siebie liczyć - zwłaszcza w chwilach trudnych. Praca na dzwonnicy to tylko część naszego życia, reszta to głęboka przyjaźń. Po dzwonieniu idziemy zawsze wraz z rodzinami do "Literatów" na Kanoniczą. Cały ogródek jest zajęty przez familie dzwonników. Oj, wtedy dopiero się zaczyna - dyskusje, polityka, śmiechy i anegdoty, a prym wodzi Rysio Frankowicz.

Żona była kilka razy zobaczyć jak wygląda dzwonienie, syn również. Córka trochę się boi, bo w czasie dzwonienia cała antresola, na którą trzeba wyjść, huśta się wraz z obserwatorami. Przeraża ją to.
Na co dzień pracuję w szkole. Zbieram także dokumenty i pamiątki dotyczące Świątnik. Gromadzę to w naszym muzeum, a zbieram z pomocą wielu ludzi dobrej woli i uczniów.

Muzeum istnieje od roku. Część zbiorów zachowała się z Izby Regionalnej założonej przez pana Marcina Mikułę, resztę zbieramy z uczniami na świątnickich strychach, dostajemy od starszych oraz tych, którzy wspierają nas i doceniają naszą pracę. Ludzie przekazują do muzeum ważne dokumenty i pamiątki związane z rzemiosłem, które przez ostatnie lata znacznie się zmieniło. Świątniczanie są bardzo życzliwi i serdeczni, a zbiory muzeum to przecież ich mocno osadzone w historii Polski korzenie.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie