Wisła Kraków. Rafał Boguski: To, co udało mi się wywalczyć w Wiśle, przerosło dziecięce marzenia

Bartosz Karcz
Bartosz Karcz
Mecz z Lechem Poznań był 382 oficjalnym występem Rafała Boguskiego w barwach Wisły Kraków. Ostatnim na stadionie przy ul. Reymonta. „Boguś” strzelił w nich 65 goli.
Mecz z Lechem Poznań był 382 oficjalnym występem Rafała Boguskiego w barwach Wisły Kraków. Ostatnim na stadionie przy ul. Reymonta. „Boguś” strzelił w nich 65 goli. Anna Kaczmarz
- Przede wszystkim nie zmieniłem się za bardzo jako człowiek. Oczywiście jestem bogatszy o doświadczenie życiowe, ale generalnie pozostałem tym samym chłopakiem z Łomży, jakiego wychowali rodzice. Odniosłem jako piłkarz trochę sukcesów, stałem się w jakimś stopniu rozpoznawalny, ale zawsze starałem się być właśnie tym samym chłopakiem, który kiedyś przyszedł z ŁKS-u Łomża do wielkiej Wisły - mówi Rafał Boguski, który po 15 latach kończy grać dla Wisły Kraków.

WISŁA KRAKÓW. Najbogatszy serwis w Polsce o piłkarskiej drużynie "Białej Gwiazdy"

- Serce zabiło mocniej, gdy w sobotę wchodził pan na boisku w meczu z Lechem Poznań? Przeleciała przed oczami cała kariera w Wiśle Kraków?
- Może wszystko nie przeleciało, bo jednak byłem skupiony na tym, żeby wejść na boisko i pomóc drużynie. Gdy wchodziłem do gry, przegrywaliśmy 1:2 i chciałem coś dać od siebie Wiśle. Miałem jednak świadomość, że to jest ten ostatni raz. Serce zabiło mocniej, tego nie będę krył.

- Debiutował pan dokładnie 1 kwietnia 2006 roku. To dzień żartów, ale pańska kariera w Wiśle żartem nie była, bo jest znaczona pasmem sukcesów, choć i zakrętów nie brakowało.
- Gra w Wiśle i to, co udało mi się z nią wywalczyć, przerosło moje dziecięce marzenia. To były dla mnie niesamowite lata. I nie chodzi tylko o mecze, tytuły. Patrzę na to również z takiej ludzkiej strony i jestem niezwykle szczęśliwy, że mogłem na co dzień spotykać tak wspaniałych ludzi. Mogę tylko podziękować wszystkim. Paniom sprzątaczkom, ochroniarzom, pracownikom klubu, zawodnikom, trenerom i kibicom. Po prostu wszystkim.

- Powiedział pan już bezpośrednio po meczu z Lechem, że to, co najmilej będzie pan wspominał z tej kariery, to mistrzowskie tytuły, ich celebrację.
- Dokładnie tak, bo to najmilsze momenty, gdy po długim sezonie, po ciężkiej pracy piłkarz może świętować mistrzostwo. Nigdy nie zapomnę tych mistrzowskich fet, krakowskiego Rynku po brzegi wypełnionego naszymi kibicami. To było coś wspaniałego.

- Sprawdziłem kto grał w meczu z Polonią Warszawa, w którym debiutował pan w Wiśle. Radosław Majdan w bramce, bracia Brożkowie, Tomasz Kłos, Maciej Stolarczyk i młodziutki Jakub Błaszczykowski, który w jakimś stopniu spina klamrą to wszystko, bo zagraliście razem również w pańskim ostatnim meczu przy Reymonta, a Kuba przekazał nawet panu symbolicznie opaskę kapitana. Przez te wszystkie lata grał pan z setkami piłkarzy. Może ma pan jednak takiego jednego, o którym może pan powiedzieć, że to był ten najlepszy?
- Mam. Powtarzałem to już nawet chyba w kilku wywiadach, że tym numerem jeden jest dla mnie Paweł Brożek. Rozumieliśmy się na boisku w ciemno. Dla mnie to był prawdziwy zaszczyt, że mogłem występować u jego boku. Oczywiście było wielu wspaniałych piłkarzy, którzy przewinęli się przez te lata, których darzę ogromnym szacunkiem, ale w mojej klasyfikacji na czele jest Paweł.

- A rywale? Kto zrobił na panu największe wrażenie?
- Musiałbym chyba w tym miejscu wymienić całą jedenastkę Barcelony, z którą graliśmy w 2008 roku. Gdybym musiał jednak zdecydować się na tego jednego, to wskażę Xaviego Hernandeza. Geniusz! On na boisku nie zrobił jednego fałszywego ruchu. Przyglądanie się mu z bliska, z perspektywy boiska to była wspaniała sprawa.

- Tak się złożyło, że w tym ostatnim meczu na ławce Lecha siedział Maciej Skorża. To trener, z którym współpracę najbardziej pan ceni, czy wskaże pan jednak kogoś innego?
- Tak, z trenerem Maciejem wiążą się dla mnie najmilsze wspomnienia. Dwa tytuły mistrza Polski, mecze w europejskich pucharach. Świetny fachowiec. W sobotę zresztą przekonaliśmy się o tym kolejny raz… Tym razem boleśnie.

- Co panu trener Maciej Skorża powiedział po meczu, bo widziałem, że podszedł do pana?
- Nic szczególnego. Po prostu podziękowaliśmy sobie za to spotkanie. Pogratulowałem trenerowi zwycięstwa.

- Pańska kariera do pewnego momentu rozwijała się bardzo harmonijnie. Grał pan w Wiśle, zdobywał tytuły, występował pan w reprezentacji Polski, w której strzelił pan najszybszego gola w całej jej historii. Nadszedł jednak 10 maja 2009 roku, gdy po faulu Ariela Borysiuka, grającego wówczas w Legii Warszawa, nabawił się pan poważnej kontuzji. Wraca pan czasami do momentu, który mocno zahamował pańską karierę?
- Może nie myślę o tym codziennie, ale zdecydowanie mam poczucie, że to był moment, który miał bardzo duży wpływ na przebieg mojej kariery. Do tego dnia, do tej nieszczęsnej kontuzji czułem, że wszystko idzie w dobrym kierunku, że staję się coraz lepszym piłkarzem. Interesowały się mną kluby z zagranicznych lig, ale po tym urazie, który mocno mnie zastopował, miałem już kilka słabszych sezonów i z wyjazdu nic nie wyszło. Może jednak tak miało być. Bez tego pewnie nie byłoby tych kilkunastu lat spędzonych w Wiśle.

- Rozmawiał pan kiedyś z Arielem Borysiukiem o tej sytuacji, przepraszał pana?
- Spotkaliśmy się już wtedy, w 2009 roku po zakończeniu sezonu na Gali Ekstraklasy. Ariel podszedł do mnie i przepraszał. Paradoks całej sprawy polega na tym, że to nie on był głównym sprawcą tej kontuzji, tylko… zraszacz murawy, schowany pod nią. Tam był fragment boiska ze sztuczną trawą, osłaniający właśnie ten feralny zraszacz. Zblokowało mi w tym miejscu nogę, ona po wejściu Ariela nie odjechała, tylko została. Gdyby to się wydarzyło pół metra w bok, to pewnie nie doszłoby do aż tak groźnej kontuzji. Cóż, tak miało być… Takie było moje przeznaczenie i naprawdę te wszystkie lata, które spędziłem w Wiśle wynagrodziły mi fakt, że nigdy nie spróbowałem swoich sił w zagranicznej lidze.

- Po tych latach, kiedy rządziliście z Wisłą w lidze, przyszły znacznie trudniejsze. Klub był bliski upadku, ale pan pozostawał wierny „Białej Gwieździe” prawie do samego końca kariery.
- Gdyby to nie była Wisła, tej rozmowy dzisiaj by nie było, a klub po prostu nie wyszedłby cało z tego najgorszego zakrętu w swojej historii - jestem tego pewien. Wisła ma jednak ten atut, że zawsze miała świetną szatnię. Paweł Brożek, Arek Głowacki przez lata brylowali, potrafili zadbać o to, żeby każdy dobrze odnajdywał się w tej drużynie. Wielu piłkarzy, również tych z zagranicy powtarzało często, że w żadnym innym klubie nie czuli się tak dobrze, jak w Wiśle. Stąd brało się przez te lata takie przywiązanie do tego klubu. Coś, co w dzisiejszych czasach - umówmy się - nie jest standardem. A to przywiązanie do klubu wielu osób w tym najtrudniejszym momencie okazało się być kluczem do przetrwania Wisły w ekstraklasie. Tak to widzę dzisiaj z perspektywy tych kilku lat.

- Pozostawiając na moment mecze, są jakieś inne wydarzenia, które zostały w pana pamięci przez te wszystkie lata, a na wspomnienie których pojawia się u pana uśmiech na twarzy?
- Mógłbym długo wymieniać. To się wiąże z tym, o czym mówiliśmy przed chwilą. Jak jest dobra atmosfera w grupie młodych ludzi, to bywa naprawdę wesoło. Sytuacje z szatni, ze zgrupowań. Oj dużo tego było, choć takiej jednej, konkretnej sytuacji w tym miejscu teraz nie przytoczę.

- To może zapytam inaczej. Jak bardzo zmieniła się w Polsce piłkarska szatnia przez te piętnaście lat?
- Bardzo się zmieniła, naprawdę. Myślę, że z roku na rok pojawiał się w niej coraz większy profesjonalizm. Dzisiaj młodzi zawodnicy, którzy wchodzą do dorosłej piłki, są o wiele bardziej świadomi niż byliśmy my na początku swojej drogi. Wiedzą lepiej, co mają robić, żeby się rozwijać, żeby iść do przodu. Kiedyś tak to nie wyglądało. Młody jechał bardziej na umiejętnościach niż na takiej codziennej, systematycznej pracy na boisku i poza nim.

- Pan jak siebie wspomina z tego 2006 roku? Bo ja pamiętam taki obrazek ze stadionu Legii Warszawa. Chwilę wcześniej wygraliście 2:1, choć to Legia świętowała mistrzostwo. Rozmawialiśmy już dobre kilkadziesiąt minut po końcowym gwizdku. Drużyna pojechała do Krakowa, a pan czekał na brata, który miał pana zabrać do Łomży. I gdyby ktoś wtedy popatrzył, to nie wziąłby pana za piłkarza. Młody chłopak z plecaczkiem. Uśmiechał się pan, że schował pan w nim medal, pierwszy w karierze. Jaką przemianę przeszedł Rafał Boguski przez te piętnaście lat?
- Przede wszystkim nie zmieniłem się za bardzo jako człowiek. Oczywiście jestem bogatszy o doświadczenie życiowe, ale generalnie pozostałem tym samym chłopakiem z Łomży, jakiego wychowali rodzice. Odniosłem jako piłkarz trochę sukcesów, stałem się w jakimś stopniu rozpoznawalny, ale zawsze starałem się być właśnie tym samym chłopakiem, który kiedyś przyszedł z ŁKS-u Łomża do wielkiej Wisły. Byłem w tamtym czasie mocno wystraszony. Nawet nie wiedziałem jak mam zachować się w szatni przy tylu świetnych piłkarzach. W dodatku trenerem był Dan Petrescu, wielka gwiazda europejskiej piłki, co jeszcze bardziej potęgowało mój niepokój. A tamten wieczór pamiętam głównie z tego, że byłem nie tyle szczęśliwy z tego medalu, co przygnębiony. Zagrałem parę minut w końcówce, ale trenerowi Petrescu coś się w mojej grze nie spodobało i nawet nie podał mi ręki. Nie było to sympatyczne uczucie.

- To skoro wspomina pan o relacjach z trenerem, to życie zatoczyło chyba koło, bo w pańskim ostatnim sezonie w Wiśle relacje ze szkoleniowcami - najpierw Arturem Skowronkiem, a później Peterem Hyballą idealne nie były...
- Nie ma się co oszukiwać. Gdybym miał określić te relacje jednym słowem, to powiedziałbym, że były chłodne. Choć trenerowi Hyballi mimo wszystko jestem wdzięczny, że wpuścił mnie na te parę minut w meczu z Lechem, żebym mógł zagrać ostatni raz przy Reymonta. Doceniam to.

- Wcześniej, jeszcze rozgrzewając się przy bocznej linii, celebrował pan bramkę Jakuba Błaszczykowskiego wspólnie z nim i trenerem Kazimierzem Kmiecikiem. Odbiera pan ten gest kapitana jako sygnał, że w Wiśle nie będzie zgody na brak szacunku do klubowych legend?
- Dokładnie tak to odebrałem. Jestem zdania, że jeśli ktoś przychodzi do jakiegokolwiek klubu, to powinien szanować panujące w nim zasady, również ludzi, którzy przez lata tworzyli jego historię. Wydaje mi się, że to duży pozytyw, że w Wiśle takie właśnie obyczaje panują.

- Gest Jakuba Błaszczykowskiego można też odebrać już jako brak zaufania do trenera Petera Hyballi. To zresztą kolejny taki sygnał, bo przecież mocno na ten temat wypowiedział się Jean Carlos Silva w wywiadzie dla Interii, gdzie stwierdził, że został odsunięty od składu z przyczyn osobistych, a trener nie szanuje nikogo. Jest pan na co dzień w szatni. Jak pan to skomentuje?
- Moim zdaniem Carlos powiedział prawdę. Wszyscy wiedzą, że trener Hyballa chciał się pozbyć trenera Kmiecika ze sztabu, nie jest to żadną tajemnicą. A co do Carlosa, jego dyspozycji na treningach, to mogę powiedzieć, że na ten moment to jeden z najlepszych zawodników w zespole. Ma zatem prawo mieć takie poczucie, że o tym, że nie gra, decydują względy osobiste.

- Jest grupa kibiców, która stoi murem za Peterem Hyballą. Oni mówią m.in. tak - piłkarze to lenie, którzy nie chcą ciężko pracować i trzeba wyczyścić szatnię. Jak odniósłby się pan do tego?
- Jeśli ktoś tak twierdzi, to zapraszam na nasze treningi. Można przyjechać do Myślenic, stanąć obok i zobaczyć, jak pracują piłkarze. Mogę zapewnić, że bez względu na wiek, nikt się nie oszczędza. Czy to starzy, czy to młodzi, wszyscy pracują z takim samym zaangażowaniem i bez szemrania wykonują polecenia trenerów. To jest po prostu nieprawda, że nie chcemy ciężko pracować. W okresie przygotowawczym wszyscy pracowali bardzo ciężko i na początku roku wyglądaliśmy super jako drużyna. Pierwsze pół godziny z Piastem było wręcz oszołamiające. W każdym meczu staramy się dawać z siebie wszystko, ale czasami nie wszystko wychodzi tak, jakbyśmy chcieli, bo jest jakaś tego przyczyna…

- A jaka ona jest?
- Gdybym ja miał odpowiedzieć na to pytanie wprost, to powiedziałbym, że jest nią przemęczenie.

- Niektórzy, nawet dziennikarze, stawiają jednak tezę, że graliście ostatnio, jak to ujmują, na celowe zwolnienie Petera Hyballi…
- To jest taka bzdura, że nawet trudno mi to komentować. Nigdy nie spotkałem się w Wiśle z sytuacją, żeby ktoś specjalnie grał słabo, przegrywał mecze, żeby pozbyć się jakiegoś trenera. Takie idiotyzmy słyszałem już o czasach Dana Petrescu, że wtedy drużyna grała przeciwko niemu. A może czasami trzeba dopuścić do świadomości takie myślenie, że są momenty, gdy środki stosowane przez jednego czy drugiego trenera nie przynoszą takiego efektu, że zawodnicy grają na sto procent swoich możliwości, choć tego chcą.

- Czyli biorąc pod uwagę to, co ostatnio dzieje się w Wiśle, nie widzi pan możliwości, żeby Peter Hyballa pracował w Krakowie w nowym sezonie?
- Na szczęście nie ja muszę podejmować tego typu decyzje. Nie zazdroszczę właścicielom Wisły. Będę przyglądał się już temu wszystkiemu z boku, ale całym sercem będę Wiśle kibicował. Chciałbym, żeby grała ona już o coś więcej niż tylko o utrzymanie. Mocno wierzę, że to pójdzie w dobrym kierunku.

- Klub na razie pana nie pożegnał, ale wiem, że rozmawiał pan na ten temat z prezesem Dawidem Błaszczykowskim. Jak to ma wyglądać?
- Tak, mogę potwierdzić, że rozmawiałem z prezesem na ten temat. W planach jest towarzyski mecz w okresie wakacyjnym i wtedy zaproszą mnie oraz Łukasza Burligę, żeby pożegnać nas przy kibicach. Dla mnie to miła sprawa. Z niecierpliwością będę czekał na to wydarzenie.

- Ma pan świadomość, że przez ostatnie lata nie był pan ulubieńcem wszystkich kibiców. Wielu na pana pomstowało, pisali, że ma pan jakieś teczki na trenerów… Po tym jednak, jak okazało się, że kończy pan grę w Wiśle, pojawiło się wiele przychylnych komentarzy. Mnie wpadł w oko jeden, który chyba oddaje pańskie losy w tym klubie. Jeden z kibiców napisał, że z panem jest, jak ze starym dobrym małżeństwem. Mąż narzeka często na żonę, ale jak ona zniknie, to dopiero wtedy zdaje sobie sprawę, jak bardzo jej brakuje…
- Podoba mi się takie porównanie. Mam nadzieję, że kibice, również ci, którzy pisali te nieprzychylne komentarze, za jakiś czas jednak docenią mój wkład w grę Wisły przez te wszystkie lata.

- Kariery pan jeszcze nie kończy. Są pierwsze telefony z propozycjami?
- Telefonów nie było, ale dostałem SMS-a od trenera Dawida Szulczka, który teraz pracuje w Wigrach Suwałki. Napisał mi, że chętnie podjąłby ze mną współpracę…

- I byłby pan gotów wyjechać tak daleko od Krakowa?
- No daleko na pewno jest, ale nigdy nie mów nigdy. Ja czuję się dobrze i chciałbym jeszcze naprawdę pocieszyć się grą w piłkę.

Tutaj znajdziesz więcej informacji o Wiśle Kraków

EKSTRAKLASA 2021: wyniki, tabela, terminarz

UEFA przygotowała ściągę dla komentatorów

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie