18+

Treść tylko dla pełnoletnich

Kolejna strona może zawierać treści nieodpowiednie dla osób niepełnoletnich. Jeśli chcesz do niej dotrzeć, wybierz niżej odpowiedni przycisk!

Wodecki: w życiu wszystko jest po coś

Maria MazurekZaktualizowano 
Koncert Zbigniewa Wodeckiego podczas Jarmarku św. Dominika w Gdańsku. fot. Przemek Świderski
Wszyscy znają moje "Chałupy welcome to" i "Pszczółkę Maję". Mało? Każdy wykonawca chciałby nagrać choć dwie piosenki, które po tylu latach ludzie znają i lubią. Kiedy śpiewam "Pszczołę", to przenoszę ludzi na chwilę w czasy ich dzieciństwa. I to jest piękne - mówi Zbigniew Wodecki w rozmowie z Marią Mazurek.

Na Off Festivalu podbił Pan serca słuchającej muzyki alternatywnej młodzieży. Okrzyknęli Pana pierwszym hipsterem, czyli młodym człowiekiem, który deklaruje niezależność wobec głównego nurtu kultury masowej. Tymczasem widzę, że Pan nawet smartfona nie ma. Tylko jakąś starą, zdezelowaną nokię.
Ja nawet nie umiem obsługiwać komputera, a co dopiero smartfona! W komórce ledwo nauczyłem się wysyłać SMS-y i nastawiać budzik, z czego jestem ogromnie dumny. Cóż, jednak mam te 63 lata i nie wszystkie nowinki ogarniam. Mam za to w kieszeni notes, na którego mówię iPad.

Ale facebooka Pan ma. Sprawdzałam.
Mam? A, tak... menedżer mi go prowadzi.

Skąd w ogóle pomysł, żeby zagrać na młodzieżowym Off Festivalu, z młodzieżową grupą Mitch&Mitch, dla młodzieżowej publiczności?
To był pomysł Macia Morettiego, lidera Mitch&Mitch. Zaproponował, że wrócimy do mojego debiutanckiego albumu "Zbigniew Wodecki". Połechtało mnie, że tak młody człowiek odgrzebał mój album sprzed prawie 40 lat, zainteresował się nim i jeszcze miał pomysł na nowe aranżacje.

Ryzykowne.
Dlatego długo miałem wątpliwości, czy wystąpić, czy ta scena to jest miejsce dla mnie.

Te wątpliwości początkowo były również po stronie publiczności.
Dlatego miałem tremę. Nie, jeśli chodzi o warstwę muzyczną - tu wiedziałem, że więcej umiem, niż oni oczekują. Ale nie wiedziałem, jak przyjmą takiego sędziwego faceta jak ja, w dodatku przedstawiciela komercji. Ta trema przeszła po pierwszych trzech utworach. Zobaczyłem, jak bawi się publiczność. I już wiedziałem: kurczę, ten Macio Moretti to miał intuicję.

Czyli ci młodzi ludzie, mimo że wgapieni w swoje smartfony, nie są jednak beznadziejni?
Są wgapieni w smartfony, bo są ciekawi świata, nowinek technologicznych, możliwości, które za nimi idą. Tyle że to jest życie w chmurach, a to prawdziwe toczy się gdzieś obok. Poza tym co się stanie, jeśli ktoś w końcu wyłączy im jakiś przycisk, jeśli zepsuje się jakiś satelita? Okaże się, że ci ludzie nie potrafią nawet pisać długopisem, nie potrafią przyszyć guzika czy zrobić bez pomocy internetu kiełbasy! Na szczęście muzycy mają to do siebie, że grają na prawdziwych instrumentach, żyją w prawdziwym świecie. Dlatego dobrze dogaduję się z młodymi muzykami. W muzyce nie ma podziału: stary, młody. To szaleństwo muzyków nie dotyczy.

Niektórzy z nich komponują przecież muzykę na komputerze.
To nie jest komponowanie piosenki, lecz jej robienie. Oczywiście są dostępne wspaniałe programy, które mogą ułatwić życie. Ale tylko jeśli są pomocą, dodatkiem. Dla mnie podstawa to i tak ołówek, gumka i pisanie w papierze nutowym.

Czy przez te 40 lat odbiorcy muzyki zmienili się?
Odnoszę wrażenie, że kiedyś słuchacze byli bardziej wymagający. Dziś bardziej niż słuchać chcą machać, skakać, tupać. Chcą po prostu się bawić. Może właśnie dlatego 40 lat temu powstawały piosenki, które śpiewa się do dzisiaj. Myśli pani, że o ilu współczesnych piosenkach będzie się pamiętać po kilku dekadach? Zapewniam, że o niewielu.

Co jeszcze się zmieniło?
Wszystko. Nastały czasy aparatów w komórkach i bycie rozpoznawalnym zaczęło być krępujące. Nie ma mowy o intymnym spacerze, a nawet o tym, żeby spokojnie zjeść w kawiarni jajecznicę. Zaraz zjawi się jakaś wycieczka i chce zdjęcia sobie ze mną robić. I po jajecznicy.

Bardzo to Panu przeszkadza?
Przeszkadza. Ale z drugiej strony... brakowałoby mi tego.

Tęskni Pan za PRL-em?
Jak tu nie tęsknić! W czasach mojej młodości tworzył się big-beat. To, co ci młodzi ludzie dziś odkrywają, ta muzyka alternatywna, nie jest dla mnie żadną nowością. Ja to przerabiałem, gdy miałem 15-16 lat. Później zjawił się u mnie młody student architektury i zaproponował wspólne tworzenie zespołu. Nazywał się Marek Grechuta. Szybko trafiłem też do Piwnicy pod Baranami. No i zacząłem grać z Ewą Demarczyk. Ile się najeździłem z nią za granicę! To było wtedy coś. Czasy przecież były takie, że się nie jeździło. A my odwiedzaliśmy największe sale koncertowe: Zurych, Genewa, Paryż. Nawet Kuba! Przez to wyrzucili mnie ze szkoły muzycznej. Bo jeśli miałem wybór: wybrać się na zajęcia z literatury albo wybrać się na koncert do Paryża, no to jasne, że wybierałem Paryż.

Trochę szczęścia Pan w życiu miał.
No, ba! Szczęście towarzyszyło mi od urodzenia, bo urodziłem się w Krakowie, a to już ułatwiało sprawę. Rodzice byli muzykami, wychowywałem się w środowisku cyganerii krakowskiej. No i to, że spotkałem Marka Grechutę, Wiesława Dymnego, Piotra Skrzyneckiego - ludzi, którzy dzisiaj są już przecież legendami. Posągami.

Posągami, ale jednak krakowskimi. Nie marzył Pan o tym, żeby stąd wyjechać? Spróbować za granicą?
Miałem takie propozycje. I z Niemiec, i ze Stanów. Proponowali mi nagranie płyty, duże pieniądze, wielką sławę. Ale gdzie jest moje miejsce, jak nie w Krakowie?

Co takiego jest w tym mieście, czego nie ma gdzie indziej?
Co takiego jest w Krakowie? Kraków. Tu czuć ducha dawnych lat. Każda brama to historia. Poza tym Kraków to jedna wielka kawiarnia. Dobrze zrobiłem, że nie wyjechałem. W Krakowie dużo się wtedy działo.

Dziś nie dzieje się dużo?
Dziś wszędzie dzieje się tak dużo, że aż nie dzieje się nic. Wszystko jest tak łatwo osiągalne. Świat się skurczył. Można nagrać gitarę w Tokio, a bęben w Ciechocinku. Wszystko to jest jakieś takie płytkie, szybkie, prowizoryczne.

Może gdyby urodził się Pan 40 lat później, uważałby Pan inaczej.
Chyba jestem bardziej na tamte, moje czasy. Choć cholera wie.

Brzmi, jakby Pan nie przepadał za dzisiejszym światem.
Tego nie powiedziałem. Bo ja nawet nie mam czasu się nad tym zastanawiać. Pracuję za czterech. Ale wychodzę z założenia, że wszystko jest w życiu po coś. Po coś wywalili mnie ze szkoły, po coś poznałem Marka Grechutę i Ewę Demarczyk, po coś zostałem w Krakowie. Gdyby czegoś zabrakło, nie przeprowadzałaby pani teraz ze mną wywiadu. Skoro siedzi tu pani teraz i zadaje pytania 63-letniemu gościowi, to chyba znaczy, że nie było z tym moim życiem najgorzej.

Po co Panu był do szczęścia Taniec z gwiazdami?
Telewizja - bo było też kilka innych programów wcześniej - to była przygoda, która pomogła mi w tamtym czasie się utrzymać. Kiedy zaproponowano mi posadę jurora w Tańcu z gwiazdami, stwierdziłem: co mi szkodzi? Dobrze, żeby w telewizji było trochę więcej mojej gęby, bo to przekłada się i na częstotliwość zleceń, i na stawki.

Publiczność domaga się od Pana zawsze dwóch piosenek: Pszczółki Mai i Chałupy welcome to. To nie męczące?
To że większość ludzi zna tylko dwie moje piosenki?

Tak.
Każdy chciałby nagrać choć dwie piosenki, które po tylu latach ludzie znają i lubią. Może mnie to nużyć, ale kiedy śpiewam Pszczołę, to przenoszę ludzi na chwilę w czasy ich dzieciństwa. I to jest piękne.

Przez Chałupy przylgnęła do Pana łata najbardziej znanego naturysty w Polsce.
A ja byłem na plaży naturystów tylko raz, i to jeszcze w Bułgarii!

Co Pana w Polsce wkurza?
Łatwiej byłoby wymienić to, co nie wkurza. W skrócie: wkurza mnie to, że już od dawna w Polsce mogłoby być znacznie lepiej. Mogłaby być działająca służba zdrowia, mogłyby być wprowadzone dobre programy dla szkół. Demokracja mnie wkurza.

Wolałby Pan monarchię?
Żeby pani wiedziała. Co to za demokracja, że raz na cztery lata idzie się do urn i wybiera 460 posłów? Po co zresztą aż tylu! No i jest ten jeden dzień wyborów, a potem zaczyna się dbałość tych 460 wybrańców o własne interesy.

Na kogo Pan zagłosuje w następnych wyborach?
Odpowiedź na dziś: najchętniej oddałbym pustą kartkę.

Zbigniew Wodecki
Piosenkarz, muzyk instrumentalista, kompozytor, aktor i prezenter telewizyjny. Rocznik 1950. Przygodę z muzyką rozpoczął w wieku pięciu lat. Od końca lat 60. związany z kabaretami Piwnica pod Baranami i Anawa. Akompaniował Ewie Demarczyk. W 1972 r. zadebiutował jako piosenkarz na festiwalu w Opolu. Juror w polskiej edycji Tańca z gwiazdami.

Wideo

Materiał oryginalny: Wodecki: w życiu wszystko jest po coś - Gazeta Krakowska

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 2

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.
w
wawa

wolałabym usłyszeć "wciąż jest w śpiące" i wkrótce się obudzi

zgłoś
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3