Jest najstarszym stażem czynnym gorlickim ogrodnikiem. Jeszcze w połowie lat siedemdziesiątych próbował rozsmakować gorliczan w brokułach i kapuście pekińskiej. Bez sukcesu. Efekt był taki, że trochę zjadł z rodziną, resztę spałaszowały króliki i krowy. W rodzinnym ogrodzie próbowali rozmnażać palmy. Z niezłym rezultatem. Cztery czy pięć dekad temu mieć w domu palmę - czytaj: pospolitego fikusa - było, jak wiano od dobrej panny.

Z Romanem Oleszkowiczem spotykam się w rodzinnej kwiaciarni. Jest już po zamknięciu, można swobodnie rozmawiać. Ogrodnik patrzy na flakony wypełnione kwiatami. Wzdycha, kiwa głową i wspomina.

- Teraz człowiek jedzie na giełdę i od ręki dostaje najbardziej egzotyczne kwiaty i rośliny - mówi z dezaprobatą. - Kiedyś trzeba było sobie to wszystko wyhodować własnymi rękoma - dodaje z naciskiem.

Wzorem był ogród u hrabiego Skrzyńskiego

Przygodę z ogrodnictwem zaczął jeszcze ojciec Jan. Jako pierwszy w mieście zajął się nim nie na zasadzie hodowania marchewki, cebuli i grochu, ale kwiatów, głównie doniczkowych. Na zdjęciu, mniej więcej z lat pięćdziesiątych tata Jan, stoi w szklarni wypełnionej hortensjami.

- O, a ten mały obok, to ja - śmieje się pan Roman. - Miałem może ze sześć, może z siedem lat, gdy te hortensje kwitły, jak oszalałe - dodaje.

Rodzinne gospodarstwo sięgało, jak to się zwykło mówić, od krańca do krańca, czyli od centrum miasta do samej Stróżowianki, gdzie teraz obwodnica biegnie. Po wodę do upraw jako dziecko chodził do Ropy, niedaleko miejsca, gdzie wpada do niej Sękowka. Jan Oleszkowicz sztuki hodowli kwiatów uczył się u samego hrabiego Skrzyńskiego.

- Pamiętam, jak do taty przychodziły po te donice z hiacyntami wszystkie przedwojenne gorlickie damy - wspomina. - On zaś witał je słowami: całuję rączki, sługa uniżony - uśmiecha się. I dodaje: od czternastego roku życia towarzyszyłem rodzicom w tych pracach. Zresztą, nie było innego wyjścia. Po podstawówce poszedł do szkoły naftowej. Skąd się wzięła - sam dzisiaj nie wie. Skończył i poszedł do pracy w rafinerii.

Hodował konwalie dla narzeczonej do bukietu ślubnego

Oleszkowicz sprowadził do Gorlic gerbery. Pamięta, że na początku zbyt wiele ich nie było. Trzeba było więc na nie chuchać i dmuchać na wszystkie sadzonki, żeby się nie zmarnowały.

- Wie pani, co z tego kwiatowego prekursorstwa wyszło - pyta, śmiejąc się. - Jak zakwitły, to ludzie nie chcieli kupować, bo mówili, że to ogrodowe rumianki są, nic więcej - dodaje.

Jak już kwiatową nowinkę przełknęli - kościoły Od Brunar po Tuchów na każdą Wielkanoc były ustrojone kwiatami od Oleszkowiczów. - Po nasiona modnych na ów czas goździków chado, jeździło się do Pewexu w Warszawie. Piękna to była odmiana. Ogrodowa, na krótkiej nóżce z pełnym kwiatem - opowiada. - A, teraz mi się przypomniało, jak mama hodowała wieprzki. Za żywiec można było dostać cebulki tulipanów i hiacyntów - dodaje.

Praca zawodowa zabiera czas, na ogrodnictwo było go coraz mniej. W końcu musiał wybrać: albo - albo. W rafinerii wiercił w ziemi za ropą. Uznał, że zamiast wiercić, będzie ją przekopywał. Łopatą we własnym ogrodzie. Oznaczało to powrót do ogrodnictwa. Nie zastanawiał się długo. Pożegnał rafinerię. - 24 lutego 1974 roku moja żona w bukiecie ślubnym miała konwalie - mówi dosyć tajemniczo.- Sam je wyhodowałem. Sam, własnymi rękoma - podkreśla z dumą.

Pytany skąd miał sadzonki, zdradza mało znaną opowieść: otóż górka, gdzie dzisiaj jest między innymi Pomnik Tysiąclecia, była jak jedna wielka konwaliowa łąka. Nikomu nie wolno było wtykać tam nawet nosa. Zresztą, nikt specjalnie nie próbował. - Ja mogłem - mówi z dumą. - Właścicielka posiadłości pozwalała mi postawić stopę pośród kwiecia, a nawet wziąć sobie kilka sadzonek. Tylko ona i ja. Nikt więcej tam nie miał prawa bywać - wspomina jeszcze.

Kapusta pekińska? Kto widział coś takiego?

Z brokułami i kapustą pekińską było tak, że ktoś rodzinie przysłał nasiona. Z tego, co pamięta, ze Stanów Zjednoczonych. Na kolorowych, zupełnie innych, niż wtedy w Polsce opakowaniach, były jakieś obrazki. Można się było domyślić, że finalnie uprawa ma tak właśnie wyglądać. - Posialiśmy to wszystko w tunelu, pielili, podlewali, pilnowali - snuje opowieść. - Zupełnie intuicyjnie to się wszystko odbywało - przyznaje szczerze.

Z nasion wyrosły dorodne brokuły i wspomniana kapusta. Ta ostatnia miała ze czterdzieści, a może i więcej centymetrów wysokości. Wycięli wszystko ładnie i poszli na targ. Dumni - patrzcie, co mamy, nikt takiego w Gorlicach jeszcze nie ma - liczyli na niezły zysk. - I w tym, że nikt jeszcze nie miał, tkwił cały problem. Ludzie owszem przyglądali się, ktoś dotknął, ale nawet jednego brokuła nie kupili. Pamiętam, że w domu kosztowało się amerykańskiego warzywa, ale jakoś nikt się nie dał porwać na smak - dodaje ze śmiechem.

Skończyło się na tym, że kapustę zjadły krowy, a brokuły chrupały króliki. - O tyle było naszego amerykańskiego gospodarowania - śmieje się.

Palma w domu oznaką majętności

Kto pamięta lata sześćdziesiąte i siedemdziesiąte, osiemdziesiąte zresztą też, a szczególnie domy ówczesnych notabli czy co bardziej majętnych obywateli, ten doskonale wie, że oznaką statusu społecznego była... palma. Rosła sobie w wielgachnej donicy w najbardziej eksponowanym miejscu w domu.

- Palmę dostać, to jak dziewczynę z bogatym wianem - porównuje. Cóż się dziwić, że każdy egzotyczną zieleninę trzymał w pokoju gościnnym. Na palmach można było zarobić niezłą kasę. - Pamiętam, że te palmie nasiona najpierw trzeba było moczyć. Potem wsadzało się do ziemi i chuchało i dmuchało: żeby za sucho nie było ani mokro broń Boże też - opisuje.

Tak mniej więcej po roku, wyjmowało się nasionko delikatnie niczym skarb największy i lekko nacinało skorupkę, żeby ziarenko miało szansę wykiełkować. No, a potem, to jeszcze z pięć lat trzeba było skakać koło roślinki. - A jaka duma, jak się udało - zamyśla się.

Palmy hodowane w przydomowych szklarniach, bądź co bądź, po amatorsku, nie było jedynymi eksperymentami. Te cztery czy pięć dekad demu, nikt nie słyszał o inspektach, rozsadach, nasionach. Na grządkach zostawiało się kapustę, która w końcu wykwitła - zbierane pieczołowicie nasiona lądowały w skrzynkach. To samo było z pomidorami, ogórkami czy nawet cebulą. - Potem, jak już nowinki ogrodnicze dotarły do Polski, takim centrum zaopatrzenia były krakowskie Bronowice - wspomina jeszcze. - Ładowałem do plecaka czekoladę, kawę i koniak Napoleon i jechałem po holenderskie tulipany. Inną miarą, ich nie dostał - zaznacza.

KONIECZNIE SPRAWDŹ:

FLESZ: Black Friday: okazja czy ściema?