Jacek Zieliński: Już dawno temu oduczyłem się nosić głowę w chmurach

Rozmawiał Przemysław Franczak
Cracovia jest 13. klubem w karierze trenerskiej Jacka Zielińskiego. Pracę zaczął w 1993 roku w Siarce Tarnobrzeg – swo im pierwszym klubie także w roli piłkarza
Cracovia jest 13. klubem w karierze trenerskiej Jacka Zielińskiego. Pracę zaczął w 1993 roku w Siarce Tarnobrzeg – swo im pierwszym klubie także w roli piłkarza Fot. Andrzej Banaś
Rozmowa. Wzorowy uczeń, który stał się wzorowym trenerem. Teraz mówią o nim: cudotwórca, bo z Cracovią jeszcze nie przegrał meczu. 53-le tni Jacek Zieliński dziś po raz pierwszy poprowadzi ją w wielkich derbach Krakowa

– Dużo brakowało, żeby w derbach prowadził Pan Wisłę, a nie Cracovię?

– Teraz to już nieistotne, ale...

– Niedużo.

– Pracuję w Cracovii, więc chyba jednak dużo. Ale było coś na rzeczy.

– Oferta z Wisły pojawiła chwilę wcześniej niż z Cracovii. Podobno brakowało tylko podpisów na kontrakcie.

– Nie, to przesada. Stało się, jak się stało, a ja na pewno nie żałuję, że potoczyło się to wszystko w taki sposób. Jestem bardzo zadowolony, że trafiłem do Cracovii. Widocznie było mi to pisane i cieszę się, że tak fajnie wszystko się kręci.

– W sumie nie pytam o to, żeby podgrzewać atmosferę przed derbami, bo w tej historii coś innego jest interesujące. Ona pokazuje, że w życiu trenera często decyduje przypadek.

– Może nie przypadek, ale detale, szczegóły. Zakrętów bywa sporo, w tym zawodzie rzeczywiście trudno cokolwiek planować. Czasem o twoim być albo nie być w klubie decyduje jedna sytuacja w meczu, sekundy, centymetry.

– To fascynujące czy irytujące?

– To zależy, z której strony barykady się jest. Ale już dawno do tego przywykłem, chyba nic mnie w tym zawodzie nie zaskoczy. To trudna, ale fajna praca.

– Powtarza Pan często: trzeba twardo stąpać po ziemi. Od zawsze Pan taki był, czy musiał się tego nauczyć?

– Człowiek w miarę upływu lat nabiera doświadczeń, mądrości życiowej i u mnie takie podejście pojawiło się z czasem. Na początku swojej pracy podchodziłem do sukcesów bardzo optymistycznie, nieraz hurraoptymistycznie, ale potem życie wielokrotnie zweryfikowało plany i marzenia. Nauczyłem się więc, że nigdy nie wolno fruwać w chmurach. Zdaję sobie sprawę z tego, że – jak mówił Michał Probierz – najpierw podrzucają cię w górę, a za chwilę zapominają złapać. Żyję chwilą, cieszę się z tego, co jest, ale zdaję sobie sprawę, że każdy kolejny mecz jest coraz trudniejszy. Tak do tego podchodzę. A jednocześnie cały czas staram się rozwijać.

– Najtrudniejsze doświadczenie?

– Okres pracy w Ruchu Chorzów. To był dla mnie taki dziwny czas, że w zasadzie czego bym dotknął, to szło pod górkę.

– Dziś Pan wie, dlaczego?

– Wiem, ale zostawiam to dla siebie. Wyciągnąłem wnioski i chyba moja praca w Cracovii pokazuje, że były to dobre wnioski. W Chorzowie od początku miałem ciężko. Trafiłem na trudny okres, Ruch bronił się przed spadkiem, były poślizgi w wypłatach, protesty zawodników. Wiele rzeczy się złożyło. I to ja podjąłem decyzję, że odchodzę. Jak mi nie idzie, nie będę trzymał się kurczowo stanowiska. Zrezygnowałem z pieniędzy z reszty kontraktu, rozstaliśmy się w zgodzie. Inna sprawa, że do dzisiaj pewne rzeczy nie zostały wobec mnie uregulowane. Niestety, takie jest życie.

– Ten zawód uczy pokory.

– Zdecydowanie. Najgorsze, co można zrobić, to zachłysnąć się sukcesem. Ze szczytu bardzo szybko się spada. I nie ma tam przystanków po drodze, tylko leci się na sam dół. U nas nie ma ciągłości, zaufania do trenerów jak na Zachodzie, dlatego ta nasza praca trwa zdecydowanie krócej. Czy to dobrze? Ja mam inne zdanie na ten temat.

– Największy żal ma Pan do Lecha Poznań? W sumie dużo udało się Panu tam zrobić.

– Nie miałem żalu o samo zwolnienie, bo zdawałem sobie sprawę, że to może się zdarzyć, tym bardziej że nie szło nam w lidze. Miałem natomiast żal o moment, w którym podjęto taką decyzję. Dzień przed meczem z Manchesterem City (w Lidze Europy – red.). Takich rzeczy polskiemu trenerowi po prostu nie powinno się robić. W mojej karierze trenerskiej może już nie być takiej możliwości, ale o tym nikt tam nie myślał.

– Tu nie zna się dnia ani godziny. Na rodzinie takie życie na huśtawce się nie odbija?

– W mojej rodzinie akurat wszyscy żyją piłką nożną, interesują się moimi meczami, więc na pewno ten stres trochę się udziela. Trudno się od tego odizolować. Ale też ja nigdy nie ciągnąłem rodziny za sobą, gdy wyjeżdżałem do pracy. Zresztą teraz moi synowie są już dorośli, mają swoje życie, żona mieszka w naszym domu w Tarnobrzegu, tam pracuje. Ale zawsze czułem ich wsparcie. Dom rodzinny to mój azyl.

– W polskiej piłce mało jest osób, które nie zostałyby poranione, mniej lub bardziej, odłamkami afery korupcyjnej. O swoim, drobnym na tle innych, przypadku mówi Pan tak: przede wszystkim rodzina to mocno przeżyła.

– Bo tak było. Ale dziś ta sprawa jest poza mną, zresztą została umorzona (ze względu na epizodyczny udział w zdarzeniu – red.), o czym napisało się małym drukiem na siódmej stronie gazety. Trudno. Zrobiłem głupotę, ale rozpamiętywanie tego przecież już nic nie zmieni. Trzeba z tym żyć i tyle. Nie wracam do tego.

– 20 lat w zawodzie...

– 22. W sumie realizować się mogłem dzięki żonie, wzięła na siebie dom, wychowanie synów.

– Nie miał Pan wrażenia, że coś umyka?

– Wiele rzeczy mi umknęło, skoro praktycznie od 2002 roku jestem cały czas poza domem. Synowie pokończyli szkoły, studia, podjęli pracę, to wszystko odbywało się obok mnie. Patrzyłem na to z daleka. Ale taką wcześniej podjąłem decyzję, że ruszam w Polskę i jeśli mam się spełnić w pracy trenerskiej, to trzeba na siebie postawić, zainwestować. Ale synowie zawsze mogli i mogą na mnie liczyć, a ja na nich. Mamy bardzo dobry kontakt.

– Typ otwartego ojca?

– Nie narzucałem im niczego. Mogli chodzić własnymi ścieżkami.

– Młodszy, Tomek, który teraz jest dziennikarzem w Tok FM, kiedyś rzucił futbol dla hip-hopu.

– Nie miałem nic przeciwko temu. Nie było tak, że wiązał z piłką wielkie nadzieje, a w muzykę był mocno zaangażowany. Wspólnie z kolegą nagrał bardzo fajny hiphopowy hymn Siarki Tarnobrzeg, który mnie – i nie tylko mnie – bardzo się podoba. Może niekoniecznie wszystko, co tworzył, musiało mnie wciągać, ale parę fajnych kawałków było.

– Pan karierę podobno zaczynał na Wembley.

– No, tak, mieliśmy swoje Wembley w Tarnobrzegu, niedaleko cmentarza. Sami o nie dbaliśmy, sami pielęgnowaliśmy, zbudowaliśmy bramki, uszyliśmy siatki i malowaliśmy linie. To było takie słynne boisko w mieście, bo rozgrywane były na nim mecze osiedle na osiedle. Tam się, można powiedzieć, wychowałem.

– To boisko jeszcze istnieje?
– Częściowo. Został po nim mały plac. Teoretycznie dałoby się na nim grać w piłkę, ale rzadko tam teraz dzieciaki przychodzą.

– Pan jest sentymentalny?

– Bywam. Ale to nie tak, że ja widzę to boisko, to od razu się wzruszam. Często tam zresztą bywam, bo moi rodzice mieszkają nieopodal. Jak przechodzę, to zawsze człowiek trochę pomyśli o tym, co było, wrócą wspomnienia. Inne czasy.

– Karierę trenerską kiedy Pan dla siebie wymyślił?

– Już idąc na studia wiedziałem, że chcę być trenerem. Byłem jednak w takiej specyficznej sytuacji, bo w liceum, zresztą nie tylko w liceum, bardzo dobrze się uczyłem...

– Prymusi w szkołach czasem miewali ciężko...

– Ja nie, bo przy okazji zawsze uprawiałem mnóstwo sportu, grałem we wszystko, co było możliwe. Mnie to w każdym razie nie przeszkadzało w nauce. Wtedy mieliśmy taki system, że najlepszy uczeń w całej szkole miał automatyczny wjazd na dowolny kierunek na dowolną uczelnię w kraju, a druga osoba w rankingu, którą byłem ja, na dowolne studia techniczne.

– Szykowała więc się jakaś politechnika.

– A tego chciałem uniknąć. I ku wielkiemu niezadowoleniu mojej wychowawczyni zrezygnowałem z tego przywileju i normalnie zdawałem egzaminy na AWF.

– Łobuziak z czerwonym paskiem?

– Nie byłem wielkim łobuziakiem, tylko normalnym chłopakiem z wszystkimi plusami i minusami wieku dojrzewania. Uwielbiałem jednak też czytać, a na naukę zwracałem dużą uwagę i pilnowałem tego bardzo.

– A trener też z czerwonym paskiem?

– Jeszcze nie zrobiłem nic takiego, żeby dać sobie takie świadectwo

– Mistrzostwo z Lechem to za mało?

– No to powiedzmy, że wystawiłbym sobie dobre świadectwo. Do paska jednak jeszcze daleko.

– Trener Zieliński polubiłby piłkarza Zielińskiego?

– Pewnie tak, byłem zawodnikiem, który nie dyskutował, robił swoje. Nie sprawiałem kłopotów.

– Takich piłkarzy Pan lubi?

– Nie tylko. Lubię też zawodników niepokornych, bo do piłki trzeba mieć charakter. Z takim też sobie radziłem.

– Jaka jest najważniejsza cecha, poza odpowiednim warsztatem, dobrego trenera?

– U każdego pewnie inna.

– A pańska?

– Trzeba zapytać piłkarzy.

– Pytałem. Często padało słowo: sprawiedliwy.

– Staram się taki być. Zasada jest prosta: grają najlepsi i tego się trzymam.

– Sam Pan o sobie mówi: choleryk.

– Bo jestem. Zdarza mi się wybuchnąć. Choć akurat teraz nie mam powodu, żeby wybuchać. Nie jestem jednak typem człowieka, który w szatni rzuca butami i butelkami, ale potrafię krzyknąć i dosadnie powiedzieć o pewnych rzeczach.

– Czas leci i nim się Pan obejrzał, to stał się jednym z najstarszych trenerów w ekstraklasie.

– No, zleciało. Patrzyłem ostatnio na swój ranking. Mam chyba 209 meczów w ekstraklasie jako trener, niezły wynik jeśli chodzi o średnią zdobytych punktów. Nie ma się czego wstydzić.

– Gdzie jest granica wieku emerytalnego dla trenera?

– Nie ma co wyznaczać takiej granicy. Z tym wiekiem jest różnie. Są 50-latkowie wypaleni totalnie, a są ludzie po 70-tce, którzy dalej mają mnóstwo wigoru i zapału do pracy. Takim przykładem jest Orest Lenczyk, z którym niedawno spotkałem się na konferencji trenerów i w dalszym ciągu rozsadza go energia, chęć do pracy. To jest fajne.

– I Pan też taki będzie?
– Chcę pracować do momentu, do którego będzie mi to sprawiało przyjemność. Na razie wigoru, dzięki Bogu, mi nie brakuje.

– „Nie cieszyć się za bardzo po zwycięstwach, nie rozpaczać po porażkach”. Podpisuje się Pan?

– Zdecydowanie.

– Trudno tego nauczyć piłkarzy?

– Są różne charaktery, ale jak się trafi na drużynę, która zaufa trenerowi, to jest to do zrobienia. W Cracovii mamy właśnie taki zespół, który nie podnieca się po kolejnych zwycięstwach, tylko robi swoje. Jakieś drobne niepowodzenia nie wybijają nas z rytmu.

– Ale na razie żadnych niepowodzeń nie było. Jest Pan trzy miesiące w Cracovii i jeszcze żadnego meczu nie przegrał!

– Dopiero trzy miesiące. Co to jest? Ja właściwie zaczynam. O jakich my seriach mówimy?

– Nie lubi Pan tych odniesień w mediach do magii, czarodziejskich różdżek

– Nieee, śmieję się z tego. Wiem, jak wygląda praca trenerska, ile trzeba włożyć wysiłku, poświęcić czasu. Ludziom tak czasem się wydaje: piłkarz, trener, to mają klawe życie, bez żadnych obowiązków. A w naszym wypadku nie ma wakacji, weekendów wolnych, życia rodzinnego. Ja się tak nie podniecam tymi tekstami o magii, uzdrowicielu, już nie takie hasła o sobie czytałem, o innych trenerach też. Wiem, że ludzie szybko o tym zapominają.

– Ale cały czas siedzi się na medialnym widelcu.

– Jeśli ktoś sobie z tym nie radzi, to będzie mu ciężko w tym zawodzie. W Polsce jednak za dużo mówimy o presji. Nie przesadzajmy. To jest zwykłe, sportowe życie.

– Jose Mourinho powiedział kiedyś tak: „Presji w piłce nie ma. Presję odczuwają biedni ludzie, którzy muszą nakarmić rodzinę”.

– Zgadzam się, bardzo mądre słowa. Presję to mogą mieć ludzie, którzy zarabiają 1300 złotych, a mają sporą rodzinę do wykarmienia.

– Czasem jednak w waszym zawodzie można ostro dostać po tyłku.

– Taki urok tej pracy, więc trzeba robić wszystko, żeby po nim nie dostać. Choć zdarza się czasem, że dostaje się bardziej po wygranych meczach niż po przegranych. Były takie kluby i takie mecze, gdy człowiek musiał gęściej tłumaczyć niż po porażkach. Bo zawsze znajdzie się ktoś, komu coś się nie będzie podobać.

– A z tymi seriami bez porażek nie jest przez przypadek tak, że podświadomie zaczyna się czekać na pierwsze potknięcie?

– Ja już pierwsze potknięcie miałem, przegraliśmy w sparingu, więc zaliczone [śmiech].

– Teraz cytat z Arsene’a Wengera, po przerwanej serii zwycięstw Arsenalu: „Jeśli codziennie jesz kawior, trudno nagle znów przerzucić się na kiełbasę”.

– [śmiech] Coś w tym jest. Ale snu mi to z powiek nie spędza, nie odcinam jak w wojsku centymetra, odliczając dni bez porażki. Spokojnie do tego podchodzimy. Będzie okazja ograć następnego przeciwnika, to to zrobimy. Ale ja wyznaję zasadę małych kroków. To nie tak, że nagle będziemy uprawiać trójskok i skakać po podium. Trzeba...

– …twardo stąpać po ziemi?

– Właśnie.

Wideo

Materiał oryginalny: Jacek Zieliński: Już dawno temu oduczyłem się nosić głowę w chmurach - Dziennik Polski

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

a
as

dziś po raz pierwszy?

Dodaj ogłoszenie