Jak się żyje w mieście, które na całym świecie jest symbolem Zagłady? Rozmowa z reporterem Marcinem Kąckim

Anna Piątkowska
Anna Piątkowska
Napis „Arbeit macht frei” - symbol Holokaustu, okrucieństwa, zła. Stał się znakiem niemal tak rozpoznawalnym, jak logo Coca-Coli. Niektórzy mieszkańcy Oświęcimia mają już dość tej symboliki Fot: Adam Wojnar/Polska Press
Jak prowadzić normalne życie w mieście, w którym „największy symbol ludzkiego okrucieństwa znajduje się między kościołem, Żabką a boiskiem”? Reporter Marcin Kącki zapytał o to mieszkańców Oświęcimia. Nam opowiada o tym, co usłyszał.

FLESZ - Znamy stawki za połączenia międzynarodowe

Jak narodził się pomysł reportażu o Oświęcimiu?
Przez przypadek. W 2015 roku pojechałem tam na zaproszenie Cafe Bergson promować książkę „Białystok. Biała siła, czarna pamięć”. Pamiętam, że kiedy przemierzałem trasę między dworcem a Cafe Bergson, łapałem się za głowę, jak mało o tym mieście wiem. Poczułem też wstyd. Wracając ze spotkania zobaczyłem banner „Life Festiwal Oświęcim” zapowiadający koncert na żywo Elton Johna. Od kogoś usłyszałem, że grupa osób chce odczarować to miasto. Dowiedziałem się, że ma 800 lat, że przed wojną rabin i ksiądz żyli w komitywie, że te trudne relacje pełne różnych incydentów i zawiłości były wówczas poukładane. Zrozumiałem, że nic nie wiem o tym miejscu i że życie tu z pewnością nie jest łatwe, pełne historycznych zawiłości.

Mam przekonanie, że nie ty jeden widziałeś Oświęcim przez pryzmat obozu.
Półtora roku, które spędziłem w Oświęcimiu to ciągłe zdziwienie i wstyd. Wtedy też zdałem sobie sprawę, że to nie jest tylko mój problem. To jest nasz społeczny problem wynikający z tego, że bardzo mocno tkwimy w pewnym kapitale kulturowym pełnym symboli i kodów. Te kody są jak pieczątki. I Oświęcim jest taką pieczątką, która nie toleruje przypisów i aneksów albo nie istnieją żadne przypisy i aneksy, a wówczas trzeba je zrobić.

Mówisz o postrzeganiu Oświęcimia jako symbolu jakim jest w powszechnym odbiorze, jako osoba z zewnątrz, ale jeden z twoich bohaterów przyznaje, że kiedy chciał zorganizować koncert rockowy, sam się zastanawiał czy w Oświęcimiu wypada. To zmaganie samych mieszkańców w symbolem miasta, w którym żyją a chęcią i koniecznością normalnego życia pojawia się w twoim reportażu nieustannie.
Przyjechałem tam, jako reprezentant Polski, która traktuje Oświęcim jak symbol śmierci, więc tego nie wypada, tamtego nie wypada, nie można prania powiesić na balkonie, bo to kala pamięć. Myślę, że każdy, kto chce w Oświęcimiu zrobić coś, co jest normalne w Kołobrzegu, Szamotułach, Biłgoraju musi się zmierzyć z tym, że w Oświęcimiu to już nie jest normalne, bo zdeterminowane przez ten kod zagłady. Taki był los dyskoteki w dawnej garbarni, taki był los inwestycji niemieckiej, ale firma się wycofała, kiedy zdała sobie sprawę z tego, że to jest Auschwitz. Przez wiele lat nie powstawał tam McDonald. Taki był los wielu inicjatyw. To jest nieustanny konflikt między potrzebą kultywowania martyrologii, a potrzebą życia i nieumiejętność znalezienia balansu między tymi dwoma potrzebami.

Wiesz jak znaleźć ten balans?
Nie. Rzecznik miasta Marek Tarnowski opowiadał, jak wyglądają spotkania rzeczników prasowych, na których w zasadzie wszyscy mają prosto, a on musi wszystko dzielić włos na czworo, żeby znaleźć balans. Musi zostać wykonana ogromna praca, by ten balans znaleźć, bo można naruszyć bardzo wiele interesów związanych z pamięcią, kapitałów kulturowych, kodów i symboli. To jest balansowanie na linie.

Mieszkańcy Oświęcimia, których spotkałeś mówią, skończmy z historią, chcemy żyć normalnie, chcemy myśleć o przyszłości. Czy Oświęcim, żeby żyć normalnie, musi przełamać te kody kulturowe?
Tego nie wiem. Pytanie, co by oznaczało przełamanie tych kodów i co to znaczy żyć normalnie, jeśli największy symbol ludzkiego okrucieństwa znajduje się między kościołem, Żabką a boiskiem. Auschwitz nie jest położone w centrum miasta, ale jednak jest obok kościoła, osiedla Pileckiego, wzdłuż cięgnie się droga, zraz potem jest rondo. Niektórzy mieszkańcy chodzili na skróty przez obóz, bo tak było szybciej, ale ten skrót został zamknięty po kradzieży napisu „Arbeit macht frei”, gdy wzmocniono ogrodzenia, postawiono kamery. Problem w tym, że Auschwitz-Birkenau to są obozy, materialne pomniki, z artefaktami. To nie jest symboliczny głaz jak np. Pomnik Pomordowanych Żydów Europy w Berlinie, na którym zresztą ludzie robią sobie pamiątkowe zdjęcia. Stąd też powstał pomysł Yolocaustu - fotografik przerabiał selfie turystów, które umieszczał na tle zdjęć z nazistowskich obozów zagłady, żeby pokazać, że to jest profanacja. To zatem problem wielu podobnych miejsc.

W Muzeum Auschwitz-Birkenau mamy stosy okularów, włosów i bucików, rysunków, pamiątek, napisów. Jest ścieżką zbrodni z krematoriami i komorami. Człowiek wychodzi stamtąd w poczuciu beznadziei i potrzeby, żeby piętnować przyczyny, które do holocaustu doprowadziły. Jeśli stawiamy obok tego miasto, które chce normalnie żyć to pytanie, czy to miasto w ogóle ma szanse rozwoju. Nie wiem, czy można poprowadzić Oświęcim inną drogą. Muzeum z pamięcią sobie dobrze poradziło, konserwuje ją i ostrzega przed tym, co się zdarzyło, z drugiej strony stało się miejscem potężnej turystyki, które w mieście budzi gniew i frustrację, a stąd nie daleko do postaw antysemickich.

Powołam się na bohatera „Oświęcimia”, który mówi, że napis „Arbeit macht frei” jest tak rozpoznawalny jak Coca-Cola.
Auschwitz jest brandem - można dyskutować, czy to dobrze, czy źle nazwane - ale tak się stało. To marka turystyczna z zapleczem logistycznym, z gastronomią, z pamiątkami. W 2018 roku Muzeum przyciągnęła około 2 milinów turystów i pracuje nad tym, by było ich jeszcze więcej. Jest w tym oczywiście cel edukacyjny, ostrzegawczy, ale skala turystów jest olbrzymia. Po Krakowie jeżdżą meleksy z ofertą: Wawel, Auschwitz, Energylandia, Wieliczka - dziwne, że to nikogo nie razi. Możesz zwiedzić Wawel, Wieliczkę, potem jedziemy do Auschwitz oglądać jak mordowano i kremowano ludzi, a potem na najwyższe rollercoastery w Europie, które są zaledwie kilka kilometrów pod Oświęcimiem, a z tych najwyższych widać obóz. To pokazuje jak muzeum Auschwitz wtopiło się w takie atrakcje turystyczne. A jakby spojrzeć na to nieco inaczej i postawić znak równości między atrakcja turystyczną i słowem holocaust, to już budzi niesmak.

Czy jednak tożsamości mieszkańców w dużej mierze nie determinuje obóz?
To było jedno z pytań, które sobie zadałem pisząc tę książkę. Kim jesteś, gdy mieszkasz w takim miejscu. Miałem w sobie taką myśl, że skoro ktoś mieszka tak blisko piekła, to jest na to piekło w jakiś nadzwyczajny sposób uwrażliwiony. Spodziewałem się, że mieszkańcy Oświęcimia są przeczuleni na punkcie ksenofobii, przemocy, wykluczeń wszelkich, nienawiści. Postrzegamy Oświęcim jako miejsce, w którym może już być tylko dobro, że po takiej nauczce w dziejach ludzkości nie możemy mieć tam do czynienia z najmniejszym przejawem zła.

Zaskoczyło cię, że tak nie jest?
Zaskoczyło mnie, że tak myślałem. Mieszkańcy Oświęcimia są tacy sami jak inni. Oświęcim nie różni się wiele od każdego innego miasta, które ma w sobie ksenofobię, nienawiść, ale też tolerancję, miłość, aktywistów, którzy działają na rzecz ruchów tolerancyjnych. Michał Bilewicz z Centrum Badań nad Uprzedzeniami zrobił wraz zespołem badania, które opisuję w książce. Pokazują lekką tendencję takich zachowań ponad normę i myślę, że to jest związane właśnie z obozem. Z tym, że ta pamięć, którą jest Auschwitz wpływa negatywnie na niektórych mieszkańców, zwłaszcza tych o niskim kapitale kulturowym, edukacyjnym, podatnych na spiskowe teorie i działania ruchów nacjonalistycznych. Pojawiają się głosy, że to „żydostwo robiące interes na holocauście i na naszym mieście”, a my Polacy nic z tego nie mamy. Ale też od kilku lat widzimy przyzwolenie władz państwowych na to, żeby takie narracje się pojawiały, więc ludzie też poczuli się śmielej. Nie tylko w Oświęcimiu, o tym jest przecież „Białystok”, widać to w Warszawie, Poznaniu, Wrocławiu. Ta książka jednak jest o ludziach, którzy wbrew przeciwnościom, z pasji i fascynacji potrafią czynić dobro w miejscu, które się źle kojarzy.

Ja, podobnie jak ty, postrzegałam Oświęcim jako miejsce-symbol, że już nigdy nie zdarzy się takie zło, dlatego bardzo zaskoczył mnie fakt pogromu na romskich mieszkańcach, o którym piszesz, a który miał miejsce w Oświęcimiu niecałe 40 lat po wojnie.
Może pogrom odbył się tam właśnie dlatego, że ludzie mieli dosyć jakiejś narracji, że nie było miejsca na edukację, tolerancję? Tam się pojawiło pewne napięcie, bo pojęcie obcości ma w Oświęcimiu nieco inną definicję. Tam ludzie są wtłoczeni w ciasne imadło wymagań związanych właśnie z miejscem. Przyjaciele Romów, sąsiedzi wzięli pochodnie i przyszli podpalić ich domy, być może zabić tych romskich sąsiadów. I gdyby nie ZOMO, które szykowało się już na stan wojenny - paradoksalnie - to doszłoby do masakry.

Tylko, że w przypadku pogromu nie mówimy o nikim z zewnątrz. Roman Kwiatkowski, Rom, który o pogromie opowiada, mówi wprost, że przyjaciel, z którym dzień wcześniej pił piwo kolejnego dnia chciał podpalić jego dom. Tu nie pojawia się nikt obcy, wydarzenia mają miejsce w kręgu mieszkańców miasta.
Obóz od 1945 roku szukał swojej struktury, po wojnie były różne pomysły, od „zburzyć i zaorać”, przez „postawić szkołę”, po „wielki pomnik”, aż w końcu uznano - zostawiamy tak jak jest, żeby to jeszcze mocniej przemawiało do wyobraźni. Muzeum się zmieniało - jeśli chodzi o wielkość. Obóz był olbrzymi, gdy działał - tysiące hektarów, a jako muzeum stopniowo ten zasięg ograniczano, ale zawsze wokół niego była strefa ochronna, mniej więcej kilometr. Wokół niej nie wolno było budować, prowadzić działalności, by nie profanować pamięci. Ta strefa została do dziś, choć nie jest już taka duża. Powodowała jednak, że wokół wszystko wymierało, ludzie tracili domy, a to rodziło napięcia między mieszkańcami, a muzeum od lat 50. Już sama idea powstania Muzeum i przyjazdu pierwszych strażników, dawnych więźniów, wzięła się z potrzeby ograniczenia szabru na terenie obozu. Okoliczni mieszkańcy po prostu budowali sobie po wojnie domy z baraków obozowych. Ale często nie była to kradzież, a odzyskiwanie materiału budowlanego - baraki powstały z ich domów, które zburzyli hitlerowcy. A potem ustalono, że będzie Muzeum, strefa i znów wybuchł gniew. To paradoks, że upamiętnienie symbolu okrucieństwa człowieka wobec człowieka spowodowało kolejną złość.

W latach 90. w Oświęcimiu powstało stowarzyszenie, które również walczyło z Muzeum, by ograniczyć strefę. To były ostre konflikty, rady osiedlowe mówiły: dosyć tego, jesteśmy u siebie, chcemy wywieszać pranie na balkonie, chcemy mieć anteny satelitarne, chcemy normalnie żyć. Cały czas zakłócany był balans między potrzebą życia, a pamięcią.

Dotychczas mówiliśmy o ludziach, którzy żyją w mieście, ale w Oświęcimiu ludzie mieszkają także na terenie obozu. Dla mnie to był szok.
Dla mnie też. Idę alejką, a tu jedno, drugie, trzecie okno z firanką i kwiatkami na parapecie. Pomyślałem, że to ponury żart, ale dowiedziałem się, że tam mieszkają ludzie, dzieci więźniów. Po wojnie byli więźniowie przyjeżdżali do Auschwitz, żeby zostać strażnikami obozu, pilnować, by nie rozkradano artefaktów. Potem urodziły im się dzieci, niektóre nad Bramą Śmierci i też zostawały pracownikami Muzeum. Jedna z bohaterek opowiada o ślubie rodziców, byłych więźniów obozu, a potem pracowników. Wesele mieli obok krematorium, przechodzili przez bramę „Arbeit macht frei”. Kiedy słyszysz, że dla kogoś Auschwitz to był plac zabaw, że brał z wystawy miski, talerze i w wieżyczce obozu bawił się w domek dla lalek, to najpierw się zastanawiasz, czy to aby już nie metafizyka. Za chwilę jednak myślisz, kim ty byś był, gdybyś tam był jako dziecko? Szukałbyś dzieciństwa. Szukamy go przecież nie tam, gdzie chcemy, tylko tam, gdzie możemy. Dla nas dzieciństwem był trzepak, czego dziś nie zrozumie żadne dziecko, bo ma playstation i internet. My zagospodarowaliśmy trzepak, a oni zagospodarowali wieżyczkę w obozie. Tak zostało zdeterminowane ich dzieciństwo.

Dzieciństwo to jedno, ale mieszkanie w willi komendanta Auschwitz Rudolfa Hoessa, to już jest świadoma decyzja.
Niektórzy zostali tam po prostu ulokowani po wojnie. Dużego wyboru nie mieli, a potem się z tą rzeczywistością oswoili. Jedna z bohaterek oprowadzając mnie po mieszkaniu pokazuje widok z okien: z kuchni krematorium, z salonu szubienicę Hössa, z łazienki druty kolczaste. I na koniec mówi, że jest zadowolona, bo inni mają tylko jedno okno z widokiem na szubienicę. Powinniśmy to potępić czy zrozumieć? A może zadać pytanie: czy aby nie postrzegamy tego przez kody kulturowe i symboliki, i jakie są tego skutki? W przypadku mieszkańców obozu nie ma żadnych negatywnych skutków, to są ludzie, którzy po prostu tam pracują, ale to tak silny kontrast, że wywołuje w nas bunt.

Twoim bohaterowie mówią, że nie chcą już żyć przeszłością, bo to zatruwa, ale dziś zatruwa ich realnie fabryka produkująca "czarną zimę".
Kiedyś ta fabryka tak zanieczyszczała okolicę, że zimą śnieg był czarny. Jedna z moich bohaterek opowiada, że miała specjalną szczotkę, by śnieg był biały.. To pokazuje dalszy ciąg zdeterminowanej historii, w której ludzie ciągle nie mogą zaznać spokoju, bo fabrykę zbudowali hitlerowcy, a dziś jest spółką notowaną na giełdzie.

Nie masz wrażenia, że mieszkańcy są zdeterminowani przede wszystkim, żeby tam trwać? Czy przy tylu ciągłych niesprzyjających okolicznościach nie jest łatwiej spakować walizkę i zamieszkać w innym miejscu?
To jest właśnie symbolika życia. Ludzie byli w stanie trwać w obozie, widząc, jak obok byli gazowani ich przyjaciele, umierali z głodu, z brakiem nadziei. Tego oczywiście nie można w żaden sposób porównywać z dzisiejszym losem jakichkolwiek mieszkańców, ale jednak smog, walka o możliwości rozwoju, bezrobocie, wyludnianie i wiele innych przyczyn to duże problemy miasta. A może im więcej przeszkód, tym bardziej człowiek chce normalnie żyć? Wielu bohaterów mojej książki stanowi dowód na to, że wola życia jest zawsze najsilniejsza.

We wstępie przytaczasz miejską legendę, jakoby Oświęcim był miejscem przeklętym.
To jest oczywiście prowokacja literacka, ale przecież ta legenda nie powstała bez powodu, a dla niektórych mieszkańców stanowi próbę metafizycznego zrozumienia wielu niepowodzeń. Mówimy o mieście nękanym przez zabory, w którym zaborcy decydują o likwidacji klasztorów. Od XVI-XVII wieku osadzają się tam Żydzi, ale jest komitywa między kościołem a nimi. Tak jak później Oświęcim staje się drzwiami do krematorium, tak w XIX wieku był oknem na świat, staje się centrum szmuglowania ludzi na Zachód. To miasto jest jak gąbka, do ostatniej kropli nasączone historią, jest amalgamatem skrajnych przeżyć. Miastem, które po drodze dostaje jeszcze obóz koncentracyjny, zakłady IG Farben trujące przez wiele lat PRL-u. A jak mówi jeden z bohaterów, być może tkwi jeszcze na bombie ekologicznej.

Pojechałeś do Oświęcimia zadać mieszkańcom pytanie, jak wam się tu żyje. Odpowiedź zajęła czterysta stron, gdybyś miał ją jakoś skondensować, co byś odpowiedział?
Myślę, że znalazłem tam inne pytanie: jak chcielibyśmy żyć. Wbrew, mimo tego, ponadto albo przy okazji. Oni sobie zdają sprawę z tego, że to jest teren z bardzo silnym piętnem i to jest dla nich wyzwanie.

Jaki dostajesz feedback od czytelników?
Moje książki to nie są kołysanki do snu, podejmuję tematy, które wgryzają się w historie bohaterów, często pełne intymności, bebeszenia tego, co się dzieje wokół nich. Widzę proces podobny do tego, który przechodziły Poznań i Białystok po ukazaniu się moich reportaży, proces, który opisał Roland Barthes, z jednej strony oburzenia, wkurzenia, potrzeby poszukiwania dowodów, które kończą się często wzruszeniem ramion: no i co z tego, albo próbą rozwiązania pewnych trudnych spraw.
Wyobraź sobie, że jesteś na swoim osiedlu, siadasz z grupą przyjaciół na balkonie i narzekacie: nie ma zieleni, nikt nie sprząta, przydałby się jakiś ośrodek kulturalny. I nagle przychodzi ktoś z zewnątrz i mówi: u was nie ma zieleni, nikt nie sprząta, przydałby się jakiś ośrodek kulturalny. Z jednej strony widzicie potrzebę zmiany, ale z drugiej jest brak akceptacji dla konstruktywnej krytyki z zewnątrz, mówicie mu: idź narzekaj na swoje osiedle. I ta książka taki proces przechodzi.

Co byś poradził turystom? W najbliższym czasie chyba nie będziemy podróżować daleko więc może czas na Oświęcim?
Auschwitz odwiedza około 2 milinów turystów, z czego tylko promil wszedł do miasta w drodze choćby do Centrum Żydowskiego i Cafe Bergson. Chciałabym, żeby po tej książce turysta, który pojedzie szlakiem Wawel, Wieliczka, Auschwitz poszedł też do miasta, zobaczył Centrum Żydowskie, które zbudowało fantastyczną multimedialną projekcję przedwojennego Oświęcimia, zrobiło restaurację w domu ostatniego żyda oświęcimskiego, by przeszedł się pięknymi bulwarami Soły. W Oświęcimiu jest Centrum Dialogu, są klasztory, jest zamek.

A co byś zmienił w Oświęcimiu?
Jeśli weźmiemy pod uwagę, że Oświęcim był w połowie żydowski i że zostało bardzo dużo pamiątek po Żydach, że to był punkt przerzutowy do Ameryki w XIX wieku, a także miejsce, w którym przecinały się szlaki kolejowe budowane z myślą o uprzemysłowieniu, że to jest miejsce, gdzie jest dawny IG Farben, to nie da się nie dostrzec, że to jest multihistoryczne miejsce, które mogłoby wzbogacić ludzi. Wiele osób uważa, że po 1940 roku przyjechali hitlerowcy i założyli miasto na potrzeby holocaustu, a przecież Oświęcim ma 800 lat. Życzyłbym włodarzom i mieszkańcom miasta, żeby tak jak w Auschwitz-Birkenau jest symbolem okrucieństwa, tak Oświęcim mógłby się stać wielkim ośrodkiem kultu życia. Mógłby pokazać, że przed śmiercią coś było i po śmierci też coś jest, że zdarza się w historii jakiś niezwykły determinant, który sprawia, że ludzie dochodzą do krańców, ale potem życie znowu się odradza.

Czytaj także

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3