Janusz Panasewicz opowiada o początkach kariery,...

    Janusz Panasewicz opowiada o początkach kariery, popularności i prawdziwej przyjaźni

    Rozmawiał Paweł Gzyl

    Gazeta Krakowska

    Aktualizacja:

    Gazeta Krakowska

    Znamy go jako frontmana słynnej grupy Lady Pank. Tym razem prezentując solową płytę "Fotografie" pokazuje zupełnie inne oblicze. Jej wydanie stało się dla nas pretekstem do rozmowy z Januszem Panasewiczem.
    Janusz Panasewicz poza Lady Pank występował i nagrywał m.in. z: Krystyną Prońko, Piotrem Zanderem, Robertem Gawlińskim i Perfectem (koncertowe "Niewiele

    Janusz Panasewicz poza Lady Pank występował i nagrywał m.in. z: Krystyną Prońko, Piotrem Zanderem, Robertem Gawlińskim i Perfectem (koncertowe "Niewiele ci mogę dać") © Universal Music Poland

    Jest Pan na muzycznej scenie już ponad 40 lat. Nie żałuje Pan?
    Nigdy. Od małego śpiewałem, zakładałem zespoły. Ale nawet kiedy byłem już w Lady Pank, nie podchodziłem do tego jako do czegoś, co będę robił całe życie. To był kompletny spontan. I tak minęło w sumie czterdzieści lat.

    Zadebiutował Pan na profesjonalnej scenie w 1973 roku, jeszcze jako nastolatek, podczas festiwalu piosenki radzieckiej w Zielonej Górze. Dzisiaj chyba wspomina Pan to z uśmiechem?

    (śmiech) Często gram w tym amfiteatrze z Lady Pank i wtedy sobie przypominam tamten moment. Takie to były wtedy czasy, że nie było szans gdzie indziej występować. Nie było żadnych castingów, żadnych talent-show, nie było się gdzie pokazać. Jedyna i słuszna była za to piosenka radziecka. Trzeba było więc ją śpiewać. Pamiętam, że na tym samym festiwalu spotkałem Grażynę Łobaszewską czy Michała Bajora.

    Myśli Pan, że gdyby nie rockowa rewolucja, która przetoczyła się przez Polskę w latach 80., byłby Pan piosenkarzem estradowym w rodzaju Krzysztofa Krawczyka?
    Sądzę, że nie. Rock zawsze mnie fascynował. I znalazłem się w odpowiednim miejscu i czasie. Spotkanie z Jankiem Borysewiczem i Andrzejem Mogielnickim sprawiło, że stanąłem za mikrofonem w Lady Pank. Nie sądzę, że gdyby do tego nie doszło, śpiewałbym jakieś estradowe szlagiery.

    Do Lady Pank trafił Pan z wojskowego zespołu Desant. To był sposób na przetrwanie dwóch lat służby wojskowej?
    Tak. Czasy były niefajne, a zespoły wojskowe miały wtedy względny spokój. Desant miał co prawda siedzibę w Lublinie, ale podlegał Krakowowi, bo tam była słynna brygada powietrzno-desantowa. W sumie niewiele w tym Desancie robiłem, robiłem chórki i nosiłem sprzęt, ale zakolegowałem się z wokalistką, która była żoną Andrzeja Mogielnickiego. Ona wiedziała, że coś kombinuję swojego na próbach, dała znak Andrzejowi, a on przyjechał i posłuchał mnie. Przypadliśmy sobie do gustu na gruncie towarzyskim, więc zarekomendował mnie Jankowi.

    Podobno początkowo miał on problem z zaakceptowaniem Pana jako wokalisty Lady Pank.
    Bo był wtedy wielbicielem The Police i chciał mieć swoje trio, w którym on będzie śpiewał. Potem okazało się jednak w studio, że nie poradzi sobie ze wszystkim. Musiał się więc skupić na graniu na gitarze i na komponowaniu. Kiedy pojawiłem się na przesłuchaniu, początkowo był nieufny. Andrzej go jednak przekonał. Zacząłem więc śpiewać - i dalej już poszło.

    W ten sposób zostaliście filarami Lady Pank na następne 30 lat. Jesteście prywatnie przyjaciółmi?
    Pewnie, że jesteśmy. Bez tego nie udałoby się nam wytrzymać z sobą tyle czasu. Wiemy o sobie wszystko, staramy się sobie nie szkodzić, być dla siebie uprzejmi. Mamy też do siebie szacunek, co pomaga zachować odpowiednią relację.

    Nie było trudnych momentów?
    Może nie aż takie, żeby działalność Lady Pank zawisła na włosku, ale ciągle pojawiają się różnice zdań czy inne punkty widzenia na wiele spraw. Lubimy jednak podobną muzykę i wiemy, że najważniejsze jest wspólne dobro zespołu.

    Lady Pank przetrwało ciężkie czasy Peerelu, potem poradziło sobie w nowej. Na czym polega sekret Waszej długowieczności?

    Na miłości do muzyki. Lubimy nagrywać płyty, dawać koncerty, cieszymy się każdą okazją do wspólnego muzykowania. To się udziela widzom, oni to czują. Gdybyśmy sami nie bawili się dobrze na scenie, ludzie by nie kupowali biletów i płyt.

    Jan Borysewicz rozpoczął swoją solową działalność już pod koniec lat 80. Pan czekał z własną płytą do 2008 roku. Długo.
    Trochę z lenistwa (śmiech). Ciągle koncertowaliśmy i nagrywaliśmy z Lady Pank. Poza tym wiedziałem, jaka to odpowiedzialność. Trzeba zebrać muzyków, przegadać projekt. To mnie trochę odsuwało, bo nie chciałem brać sobie na głowę dodatkowych rzeczy.

    Dlaczego jednak Pan się przemógł?

    Dojrzałem do tego, aby spróbować czegoś innego, z innymi muzykami. I to przeważyło.

    Teraz wraca Pan z drugim solowym krążkiem - "Fotografie". Co było inspiracją?

    Dostałem w prezencie kilka piosenek od Johna Portera. I trzeba było coś z nimi zrobić.

    Kumpluje się Pan z Porterem?
    Znamy się już od czasów Porter Bandu, lubiłem jego płytę "Helicopters". Ostatnio podchodziliśmy do wspólnego projektu, którego nie udało się jednak zrealizować. Zapytałem go jednakże, czy nie ma jakichś kompozycji, które mógłby mi podarować. John otworzył swoją puszkę - i wyleciały z niej fajne utwory. Były to dosyć surowe rzeczy i kiedy spróbowaliśmy je zagrać w studio tak, jak on by to widział, nie pasowały do mojego wokalu. Jego utwory były napisane pod angielską frazę - musiałem więc trochę się namęczyć, żeby je dopasować pod polskie teksty.

    Kiedy wokalista znanego zespołu nagrywa solową płytę, trzeba uważać, aby nie przypominała za bardzo płyt jego macierzystej grupy. W przypadku "Fotografii" udało się tego uniknąć.

    Ludzie kojarzą mnie z Lady Pank. Czegokolwiek bym się dotknął, zawsze będą porównywać. Trudno od tego uciec. Dlatego postaraliśmy się, aby chociaż w warstwie muzycznej był to inny materiał. Zrobiliśmy płytę w stylu "vintage", nawiązującą do lat 60. czy 70. Stąd organy Hammonda, solówki gitarowe. Lubię takie brzmienia, więc zgodziłem się na propozycje Kuby.

    Takie dźwięki zgrabnie pasują do tekstów, które są do pewnego stopnia Pana rozliczeniem z własną przeszłością.
    Trochę tak. Kiedyś wpadłem na to, że chociaż z Lady Pank gramy energetyczne numery, to większość naszych tekstów jest smutna. Ja się w tym dobrze czuję. Jestem trochę sentymentalny. Kiedy byłem z kimś blisko, lubiłem sobie pomyśleć, co ta osoba porabia, czy ma dzieci, jak żyje. To dla mnie naturalne, dlatego poszedłem tym tropem, co wskazuje tytuł płyty, "Fotografie".

    Jest tutaj piosenka "Do góry głowa" dedykowana bliskiemu kumplowi. Ma Pan przyjaciela od serca?

    Tak. Ale spoza świata muzyki, raczej ze świata filmu. I właśnie ta piosenka jest skierowana do tego przyjaciela, bo popadł kiedyś w takie miłosne tarapaty, że było z nim naprawdę bardzo słabo. To mój bliski kumpel od wielu lat. Liczę się z jego opinią. Pomagamy sobie w trudnych sytuacjach.

    W świecie muzyki trudniej znaleźć prawdziwego przyjaciela?

    Kiedyś było chyba inaczej. Graliśmy razem z TSA, Dżemem, Republiką, Lombardem czy Oddziałem Zamkniętym. Każdy miał swoją publiczność, ale my nie rywalizowaliśmy z sobą. Dlatego dzisiaj, kiedy czasem się mijamy, zawsze pytamy się, co słychać. Te przyjaźnie przetrwały wiele lat.

    Płytę otwiera piosenka o skończonej miłości - "Między nami nie ma już". Często przeżywał Pan takie rozstania w życiu?
    Było kilka takich historii, że było mi ciężko. Na szczęście wszystko sobie z czasem poukładałem. Ale wspomnienia i refleksje pozostały.

    W innym utworze śpiewa Pan, że "czas odmienia wszystko w nas". Bardzo zmienił się Pan od czasów, kiedy mieszkał w Olecku?

    Nie. Ciągle najważniejsze są dla mnie te same wartości: dobro, wyrozumiałość, szacunek dla drugiego człowieka.

    Na finał płyty pojawia się utwór "Co będzie gdy". To prowokuje pytanie: co będzie robił, gdy Lady Pank zakończy działalność?

    Czasem myślę. Ale nie spodziewam się, że to się stanie za rok czy dwa. Rockowe życie jakoś uodparnia na upływ czasu. Ciągle coś daje nam kopa - nowa płyta, koncerty. To stale posuwa nas do przodu. Dlatego nie chcę ani myśleć, ani mówić o tym, co będzie potem.

    Artykuły, za które warto zapłacić! Sprawdź i przeczytaj
    Codziennie rano najświeższe informacje z Krakowa prosto na Twoją skrzynkę e-mail. Zapisz się do newslettera!
    "Gazeta Krakowska" na Twitterze i Google+

    Czytaj treści premium w Gazecie Krakowskiej Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecamy

    Wideo