Klich na politycznym polu minowym

Marek Bartosik
archiwum GK, reprod. Krzysztof Hawrot
Udostępnij:
W sobotni poranek 10 kwietnia w mieszkaniu w centrum Krakowa zadzwonił telefon. Głos w słuchawce mówił, że są jakieś problemy z prezydenckim Tu-154. Bogdan Klich, gospodarz mieszkania, w pierwszym odruchu wybrał numery szefa Sztabu Generalnego gen. Franciszka Gągora i swojego zastępcy Stanisława Komorowskiego. Połączeń nikt nie odbierał. - Potem zdałem sobie sprawę, że były to już telefony do nieba - mówi dziś minister obrony o tym momencie. Napływały kolejne wiadomości ze Smoleńska.

Okazywało się, że podwładni Bogdana Klicha, wojskowi piloci, nie dowieźli bezpiecznie do Katynia nie tylko prezydenta - zwierzchnika sił zbrojnych, ale i kompletu dowódców sił zbrojnych. Nic podobnego nie zdarzyło się żadnemu ministrowi obrony na świecie. Bogdan Klich musiał poczuć, że sam znalazł się na drodze do politycznego piekła. I że przed nim walka nie tylko o utrzymanie stanowiska, ale i o honor - pisze Marek Bartosik

Do ciągłej walki o stanowisko Bogdan Klich, który kończy jutro 50 lat, jest przyzwyczajony. Wiele razy już stał na progu dymisji. - Dopisuje mu polityczne szczęście. Przy każdej takiej okazji znajdowali się w rządzie PO ministrowie, którzy mieli go mniej. Odchodzili więc Zbigniew Ćwiąkalski, potem Mirosław Drzewiecki, a Bogdan Klich zostawał, choć nie ma poważniejszego politycznego zaplecza - ocenia Jarosław Flis, politolog z Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Na początek szczęście
Szczęście było mu potrzebne już na etapie formowania rządu. - Tak, to ja bardzo polecałem Bogdana Klicha premierowi Tuskowi na to stanowisko, choć nie wiem, czy byłem tu jedyny. Nie znałem jego kompetencji wojskowych, ale byłem pewien, że jest wykształcony, uczciwy i świetnie zna się na problematyce bezpieczeństwa - mówi dzisiaj prof. Władysław Bartoszewski.

Znali się od połowy lat 90. kiedy profesor wraz z m.in. Janem Nowakiem-Jeziorańskim, Bronisławem Geremkiem i Wiesławem Chrzanowskim znalazł się w radzie programowej fundacji Międzynarodowe Centrum Rozwoju Demokracji. W lipcu 1993 roku utworzyły ją Uniwersytet Jagielloński i krakowska Akademia Ekonomiczna oraz Bogdan Klich jako prezes.

Dzisiejszy minister twierdzi, że jej utworzenie to jeden z najważniejszych punktów zwrotnych w jego karierze, a pomysł powstał w 1991 r., kiedy był na stypendium w USA. W 1997 r. MCRD przekształcone zostało w Instytut Studiów Strategicznych, organizatora wielu konferencji w prestiżowej obsadzie i wydawcę publikacji poświęconych bezpieczeństwu międzynarodowemu. Prof. Bartoszewski cenił działalność instytutu i jego szefa Bogdana Klicha.

Donald Tusk zaś, jak twierdzą dobrze zorientowani w kuchni tworzenia jego rządu, w ogóle nie brał pod uwagę jego kandydatury. Nie chciał na to stanowisko Bogdana Zdrojewskiego, który miał takie aspiracje, a naturalny - bo z ministerialną przeszłością w MON - kandydat, czyli Bronisław Komorowski, został marszałkiem Sejmu.

W ten sposób szef PO sięgnął ostatecznie do Bogdana Klicha, który był wtedy w Brukseli europosłem. Jego zwolennicy uważają, że porzucając międzynarodowe perspektywy i dostatnią materialnie codzienność, dał dowód propaństwowej postawy. Niechętni, że nie mógł zrezygnować z może niepowtarzalnej okazji do sięgnięcia po realną władzę. I od razu spotkał się z krytyką.

Pacyfista walczy z LWP
- Jak ministrem obrony może być człowiek, który w młodości jako pacyfista występował przeciwko wojsku - mówi dziś gen. Jerzy Wójcik, który odszedł do cywila ze stanowiska dowódcy 6. Brygady Desantowo-Szturmowej w Krakowie na tle sprawy ostrzału przez jej żołnierzy wioski w Nangar Khel w Afganistanie, w wyniku którego zginęli cywile.

- My wtedy nie walczyliśmy z Wojskiem Polskim, ale z Ludowym Wojskiem Polskim, którego żołnierze musieli przysięgać wierność Związkowi Radzieckiemu - tłumaczy Jan Rojek, dzisiaj dyrektor krakowskiego ośrodka telewizji publicznej, który w połowie lat 80. razem z Bogdanem Klichem był wśród założycieli opozycyjnej organizacji Wolność i Pokój.

Bogdan Klich w tamtym środowisku miał pozycję szczególną, choćby z racji pochodzenia i wykształcenia. Jedyny syn profesora Akademii Górniczo-Hutniczej Adama Klicha, ukończył renomowane Liceum im. Nowodworskiego. Znał języki. Jeszcze jako licealista po śmierci Stanisława Pyjasa zgłosił się do Studenckiego Komitetu Solidarności. Studiował na Akademii Medycznej i historię sztuki na Uniwersytecie Jagiellońskim.

Ukończył też szkołę muzyczną. Sam za swój "chrzest bojowy" uważa pierwsze w życiu zatrzymanie przez SB. To było w 1978 roku, kiedy w okolicach Starego Teatru rozdawał ulotki. Przed wyrzuceniem z liceum na rok przed maturą uratowała go postawa dyrekcji "Nowodworka".

- To człowiek odważny, sprawdzony w trudnych sytuacjach - ocenia inny jego kolega z tamtych lat Konstanty Miodowicz. I opowiada jak z kolegami w 1987 roku zbierali w szczelnie obstawionym przez SB Collegium Novum UJ podpisy pod petycją z poparciem dla afgańskich mudżahedinów, walczących wtedy z Armią Radziecką. Klich, mając gwarancję, że gdy tylko wyjdzie z budynku, natychmiast zostanie zatrzymany, bo przecież występowali przeciwko PRL-owskim sojuszom, co w tamtych czasach władze uznawały za zbrodnię stanu, był z nimi.

Od medycyny do TV
WiP była organizacją ideowo dziwaczną, ale tylko z dzisiejszej perspektywy, bo nie w realiach ówczesnej opozycji. Jednoczyła z jednej strony propaństwowców, jak Jan Rokita i Bogdan Klich, a z drugiej anarchistów najprawdziwszych, jak słynny Marek Kurzyniec.

Klich z WiP odszedł, kiedy rota przysięgi wojskowej została zmieniona i władze zgodziły się na stworzenie możliwości służby zastępczej dla tych, którzy z bronią w ręku służyć nie chcieli. Po studiach zdążył jeszcze zacząć pracę w krakowskim szpitalu jako psychiatra.

- Po przełomie 1989 r. szliśmy do służb specjalnych albo do polityki, lub do mediów. Bogdan zaczął od tej ostatniej drogi - opowiada Jan Rojek. Klich został w 1990 r. szefem działu informacji na Krzemionkach, czyli w krakowskim ośrodku TVP.

Na pierwszą linię
Ale kiedy minęły lata i Donald Tusk wybierał na ministra Bogdana Klicha, był on już z jednej strony zasłużonym opozycjonistą z czasów PRL, który w obozie dla internowanych w Załężu tworzył piosenki wykpiwające WRON-ę, ale także politykiem ROAD i lewego skrzydła Unii Wolności. Z jej ramienia, na prośbę Janusza Onyszkiewicza pełnił funkcję wiceministra obrony w rządzie Jerzego Buzka, odpowiedzialnego za politykę bezpieczeństwa i kontakty z NATO.

I takiego człowieka z przeszłością budowniczego III RP premier postawił na linii frontu między swoim rządem a obozem prezydenckim. Dokładnie naprzeciwko jego poprzednika na stanowisku ministra obrony, Aleksandra Szczygły, szefa prezydenckiego BBN.

- Spotkania między prezydentem a ministrem były rzadkie. Kontakty odbywały się głównie za pośrednictwem ministra Szczygły. I nie były łatwe, bo Szczygło czuł się kompetentny do recenzowania jego wszystkich posunięć, a w dodatku uważał Klicha za człowieka, który nie czuje armii i do niej nie pasuje, jest zbyt miękki - opowiada jeden z wysokich urzędników Kancelarii Prezydenta RP.

Ale tu też dało znać jego polityczne szczęście, bo czasem z kancelarii prezydenta płynęły sygnały stawiające Klicha jako wzór do naśladowania dla ministra Sikorskiego w prowadzeniu konsultacji z głową państwa.

Afgański paradoks
W armii stanął przed zadaniami bardzo poważnymi. Zaczął od wyprowadzenia polskich wojsk z Iraku. Z drugiej jednak strony po ministrze Szczygle odziedziczył problem skutków ostrzału Nangar Khel. Za jego kadencji stale rósł nasz kontyngent w Afganistanie. Publicyści zauważali paradoks w życiorysie Bogdana Klicha: ten sam człowiek, który aktywnie jako młodzieniec protestował przeciwko sowieckiej interwencji w Afganistanie, potem musiał jako minister uczestniczyć w pogrzebach naszych żołnierzy poległych w tym kraju.

Przeprowadził uzawodowienie armii, dla opozycji zupełnie nieprzygotowane, a np. dla Konstantego Miodowicza tym bardziej godne uznania, że dokonane w kraju z trudnościami budżetowymi. A jak minister radzi sobie z ciągłą presją polityczną?

- Tylko ten, kto nic nie robi, nie spotyka się z żadną krytyką. Mam poczucie, że solidnie wykonuję swoją pracę. Wyprowadzenie polskich wojsk z Iraku, uzawodowienie armii to fakty i nic tego nie zmieni. To, że zasadnicze zmiany w armii dokonywały się w czasie ograniczeń budżetowych prowokowało wiele dyskusji i emocji.

Tak ogromna reforma ma rzesze zwolenników, ale też głośnych przeciwników, którzy wydają bardzo emocjonalne sądy, a te często prowokują gorące publiczne spory. Otrzymuję jednak wsparcie dla swojej pracy, zarówno od osób specjalizujących się w dziedzinie obronności, wojska, jak od przyjaciół i zwykłych ludzi. To zawsze jest ważne i zawsze pomaga - odpowiada minister.

Bez politycznego zaplecza
Na wsparcie polityczne nie powołuje się. Nic dziwnego, bo nie uchodzi za ministra silnego. Tu wszystko zaczyna się od jego pozycji w strukturach PO w Krakowie. Jarosław Flis pokazuje jako przykład fakt, że w 2001 r., w pierwszych wyborach do Sejmu z udziałem PO, Klich startując z pierwszego miejsca listy zebrał w krakowskim okręgu zaledwie 11 tysięcy głosów, a umieszczony gdzieś nisko na liście Jan Rokita prawie dwa razy więcej. Podobnie w 2004 roku jako "jedynka" na liście kandydatów do Europarlamentu zdobył tylko 14 proc. głosów.

- Dla ministra kwestia zachowania stanowiska to być albo nie być jedynką w przyszłorocznych wyborach do Sejmu. Gdyby został zdymisjonowany Tusk nie będzie miał dylematu, czy na pierwszym miejscu umieścić Jarosława Gowina czy byłego ministra - tłumaczy politolog.

Bogdan Klich nie dorobił się silnej pozycji politycznej w Krakowie ani w czasach Unii Wolności, ani w Platformie. Dawniej Jan Rokita miał podchodzić do niego lekceważąco, mówić o nim per "Boguś". To brak perspektyw na karierę w kraju miał "wygnać" Klicha do Brukseli w 2004 roku, kiedy wpływy "premiera z Krakowa" uważane były za silne.

Obecnie minister ma w Krakowie poparcie kilku partyjnych kół. Jego przeciwnicy uważają, że próbował je zdobywać oddając swoim stronnikom stanowiska w strukturach podporządkowanych MON, jak np. Grzegorzowi Lipcowi, wtedy sekretarzowi małopolskiej PO miejsce w radzie nadzorczej Agencji Mienia Wojskowego, czy np. Marcinowi Dulianowi, dawnemu dyrektorowi swoich biur europoselskich, który został szefem państwowej spółki zarządzającej ponad dwudziestoma wojskowymi hotelami, w tym podwawelskim Royalem.

Grupa zwolenników Bogdana Klicha nazywana jest nawet "royalowcami", choć rodowód tego określenia może być starszy, bo w tym hotelu od lat mieszczą się biura lokalnych struktur PO i jej parlamentarzystów.

Marcin Dulian formalnie nie jest członkiem PO, ale zna Bogdana Klicha od 30 lat, jeszcze z czasów NZS. Jak podkreśla, stanowisko otrzymał w wyniku konkursu. Media zgłaszały do jego przebiegu wątpliwości, które zostały uznane za nieuzasadnione. Jarosław Flis uważa podobne pociągnięcia za być może pozwalające na utrzymywanie wpływów, ale na pewno nie budujące w Krakowie autorytetu ministra.

Honor i duma
W niedawnych wyborach na szefa PO w Krakowie Bogdan Klich popierał posła Ireneusza Rasia, co przyznaje ten ostatni. Przegrali. Weszli jednak w układ zakładający, że w zamian za oddanie Krakowa, Raś zostanie przewodniczącym partii w całej Małopolsce. Ale i ten układ się chwieje, bo w zeszłym tygodniu zamiar ubiegania się o to stanowisko zadeklarowała niespodziewanie Róża Thun.

Bogdan Klich nie dorobił się też większej grupy gotowych za niego "umierać" posłów. - Nie jest on silnym ministrem, a takim można się stać nawet jeżeli obejmuje się takie stanowisko nie mając politycznego zaplecza. Pokazała to w naszym rządzie Grażyna Gęsicka - mówi Paweł Poncyliusz z sejmowej komisji obrony.

- Na pewno nie jest gorszym ministrem od któregokolwiek ze swych poprzedników, a lepszym od wielu z nich. Wprowadził realną cywilną kontrolę nad wojskiem - mówi z kolei Konstanty Miodowicz.
To zaowocowało konfliktami z wieloma generałami, z których Waldemar Skrzypczak niedawno stracił stanowisko dowódcy wojsk lądowych po publicznej krytyce MON. Podobnie było wcześniej ze wspomnianym gen. Wójcikiem, który nie mógł pogodzić się ze słowami ministra o żołnierzach z kryminalną przeszłością w bielskim batalionie "czerwonych beretów".

- Powinien odejść ze stanowiska i to niezależnie od katastrofy w Smoleńsku - mówi poseł Poncyliusz. Powodem ma być fakt, że Klich zgodził się na olbrzymie (2 miliardy złotych) cięcia w budżecie MON, gdy w wyniku światowego kryzysu premier Donald Tusk zarządził oszczędności.

Dokąd katastrofa pod Smoleńskiem nie zostanie wyjaśniona, dymisja Bogdana Klicha byłaby jakimś przyznaniem się rządu do winy, więc w rachubę nie wchodzi. Kiedy jednak okazałoby się, że można mu przypisać jakiś istotny błąd związany z tragedią, żadne zasługi, zręczność ani polityczne szczęście już mu nie pomogą. Wtedy okaże się jaki plan awaryjny ma Klich - polityk.

A prywatnie? Jeśli nie władza to co? - Przede wszystkim i zawsze rodzina. Poza tym na Uniwersytecie Jagiellońskim wykładałem zagadnienia związane m.in. z polityką obronną dla polskich i zagranicznych studentów. W życiu zawsze robiłem i robię to, na czym się znam. I tak też będzie w przyszłości - odpowiada minister.

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

z
zbyszekb
Dla pana Klicha to nic sie nie wydarzylo. taki sobie wywiad jakby nigdy nic.
Dodaj ogłoszenie