Kraków. Zbrodnia pod Babią Górą. Oskarżona przyznaje się do winy

Artur Drożdżak
Oskarżona Teresa J. w asyście policji na sali rozpraw krakowskiego sądu. Kobieta przyznaje się do winy i zabójstwa mieszkanki Zawoi. Grozi jej kara dożywocia. fot. Artur Drożdżak
W spokoju i w ciszy u podnóża Babiej Góry 85-letnia Helena Florczak żyła w drewnianej chatce jak z baśni. Zginęła z ręki znajomej z Zawoi, której odmówiła udzielenia drobnej pożyczki 100 złotych. Proces Teresy J. rozpoczął się przed krakowskim sądem. Kobieta przyznaje się do winy, grozi jej dożywocie.

W baśniach zawsze pojawia się motyw walki dobra ze złem. Zło zwykle jest potężniejsze od dobra, ale przeważnie z nim przegrywa. W tej prawie baśniowej historii zło przybrało postać Teresy J. to niska blondynka o pomarszczonej twarzy, bez oka, 54-latka.

Wszystko rozegrało się za górami, za lasami u stóp Babiej Góry, w Zawoi. Tam na polanie stała chatka. Faktycznie to stuletni, drewniany dom, w którym spokojnie i bez zmartwień całe życie mieszkała Helena Florczak. Wszyscy mówili o niej Helcia. Przez 85 lat poczciwego żywota nikomu nie wyrządziła krzywdy. Żyła skromnie. Bez bieżącej wody i kanalizacji, przy świeczkach.

Nie umiała czytać, potrafiła się tylko podpisać. Na prąd wydawała miesięcznie ledwie kilkanaście złotych. Tyle, by działało radyjko, dzięki któremu dowiadywała się co słychać w szerokim świecie, albo w rodzinie ojca Rydzka. Nie miała telewizora i lodówki. Z chatki poczciwa staruszka schodziła w dolinkę po to, by zrobić drobne zakupy. Te większe dostarczał je zaprzyjaźniony Józef Kwartnik. Wodę w baniaku, chleb, wędlinę lub obiad, ale taki, by mogła go przełknąć, bo zębów nie miała.

- Na wiosnę brałem na plecy świniaka, wynosiłem go do Helci. Tam go trzymała w komórce. Jesienią wzywałem fachowca na świniobicie - opowiada. Kobieta mięso trzymała w pojemniku, przekładała je kapustą i tak się żywiła w zimie. Zaspy bywały tam takie, że przykrywały chatkę, więc zdarzało się, że była odcięta od świata.

Turyści rzadko tamtędy chadzali, ale czasem się zdarzało, zwłaszcza dla pięknego widoku, bo po drugiej stronie dolinki widać wyciąg Mosorny Garoń. Trafił się przypadkowy grzybiarz lub leśniczy. No i niedźwiedź. Prawdziwy, nie jak z baśni.

Po sąsiedzku stoją tylko dwa domy: w jednym mieszkał kuzyn Franek, w drugim 81-letnia Maria Kobieli. Helcia gadała z nimi w wolnej chwili. Kobiela, tak jak Helcia, jest panną, bo jak mówi, jakoś za długo rozglądały się za kawalerami, że w końcu wszyscy znaleźli sobie inne panny. Co tydzień Helcia dreptała z góry do kościoła. Gdy się nie pojawiła w niedzielę 31 sierpnia 2014 r. Józef Kwartnik postanowił sprawdzić, co się mogło zdarzyć. Ruszył w górę. Z daleka zauważył, że drzwi do chatki są zamknięte na skobel, a gdy wszedł do środka znalazł martwą Helcię. Leżała w komórce połączonej z domem. Widać było, że ma obrażenia głowy, więć zawiadomił policję. Zginęła zabita przez turystę czy może dla majątku?

- Te wersje zaczęliśmy rozważać w pierwszej kolejności - nie kryje Stanisława Stanek, szefowa prokuratury w Suchej Beskidzkiej. Szybko wykluczono motyw rabunkowy. Kwartnik wskazał miejsce, gdzie Helcia ukrywała pieniądze, ale ile ich tam było tego nie wie. Zabrała je policja.

Maria Kobiela przypomniała sobie, że trzy dni przed odkryciem zwłok widziała z oddali postać, jakby znajomą. Gdy sprawa wyszła na jaw była u niej Teresa J., pytała o pieniądze, chciała pożyczyć, ale staruszka odmówiła. Powoli wokół Teresy J zaczęły się koncentrować podejrzenia śledczych. Jeszcze mieli w pamięci, że kobieta została skazana za kradzież pieniędzy znajomej. Może i tym razem próbowała to zrobić, a gdy się nie udało to...

- Nic mi nie jest wiadomo o śmierci Helci - zaprzeczała 54-latka. Tamtego dnia była na grzybobraniu i wróciła do domu, by zrobić obiad: krokiety z grzybami. Mąż oglądał telewizję, syn był w pracy, a ona jeszcze sprzątała. Helcię znała z widzenia, ale nigdy nie była u niej w domu. Policjanci intuicyjnie czuli, że kobieta kłamie, więc dokonali przeszukania jej zabudowań. Bez rezultatu. Wyniki sekcji zwłok Helci były jednoznaczne. Zabójca zadał jej w głowę co najmniej dziesięć uderzeń. Nie miała szans.

Na kolejnym przesłuchaniu Teresa J. przyznała się do winy. Były jej łzy, poczucie winy, kajanie się za zło, którego się dopuściła. W kolejnych relacjach podawała coraz więcej szczegółów tragedii. Do Helci zajrzała przez przypadek podczas grzybobrania, pogadały o pogodzie i życiu. Atmosfera się popsuła, gdy Teresa J. Poprosiła Helcię o pożyczkę, jakieś 100 - 200 zł.

- Obiecuję, z oddam w połowie miesiąca, gdy mąż weźmie rentę - przekonywała, ale staruszka odmówiła. Jak powiedziała potem Teresa J., obie zaczęły się "przegadywać". Helcia podniosła głos i zażądała, by kobieta opuściła dom. Teresa J. ją popchnęła. Helcia upadła i już się nie podniosła, krew zaczęła się sączyć z jej głowy, więc kobieta uciekła. Potem Teresa J. już nie mówiła o wypadku. Pokłóciła się z Helcią i wpadła w furię, gdy staruszka odmówiła pożyczki i dodatkowo nazwała ją "ślepotą". - W nerwach uderzyłam ją deską - nie kryła. Dorzuciła, że uderzeń deską było nie więcej niż trzy.

- Żałuję tego co zrobiłam. Chciałabym cofnąć czas...- łkała. Coś takiego jest możliwe w baśniach, ale nie w realnym świecie. Uciekła z chatki, po drodze o kępkę trawy wytarła krew, którą miała na ręce. Po trzech dniach poszła do Kobieli, sąsiadki Helci. Z daleka obserwowała dom, w którym ciągle były zwłoki. Przeszła bokiem. Nie chciała z bliska oglądać zła, które wyrządziła. Teraz grozi jej dożywocie.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie