Łukasz bał się zjeżdżać na dół. Wiedział, że tam jest pożar...

Ewelina Sadko
Ewelina Wasztyl z 2,5-letnią córeczką Justynką. Dziewczynka już wie, że nigdy więcej nie zobaczy swojego taty Ewelina Sadko
Ewelina Wasztyl, wdowa po 26-letnim górniku z Malca pod Kętami, który zmarł po wybuchu w kopalni "Wesoła", o śmierć męża oskarża jego przełożonych

Ewelina Wasztyl na rocznicę ślubu zawsze dostawała od męża kwiaty. Łukasz wiedział, jakie żona kocha najbardziej - i z roku na rok kupował większy bukiet. W tym roku to Ewelina podarowała mężowi kwiaty. Ułożyła je na samym środku grobu.
Łukasz Wasztyl miał 26 lat. Jest jedną z pięciu ofiar wybuchu metanu w kopalni "Wesoła" w Mysłowicach. Osierocił 2,5-letnią córkę Justynkę. Jego bliscy i mieszkańcy Malca, wsi pod Kętami, w której zmarły górnik mieszkał, nie mogą się pogodzić ze stratą.

Chciał być policjantem
Łukasz Wasztyl miał wiele marzeń, ale nade wszystko chciał być gospodarzem. Świnki, kury, stajnia to był jego świat. Ludzie ze wsi mówią, że był bardzo zakochany w swojej żonie.

- Tak patrzył na nią, jak gdzieś razem szli, jakby widział ją pierwszy raz - mówi starsza pani spotkana pod sklepem spożywczym w Malcu. - Ludzie to się dziwili, bo przecież trzy lata po ślubie byli, ale Łukasz ponoć taki był. Jak się ożenił, to inne dziewuchy ze wsi wiedziały już, że jest po nim, bo świata poza żoną nie widział.

Był bardzo odpowiedzialny jak na swój wiek. Po skończeniu szkoły poszedł do pracy, żeby odciążyć matkę. W domu się nie przelewało, ale jakoś sobie radzili... Kiedy poznał Ewelinę, starał się o pracę w policji. To porządna fucha, pewna robota, no i prestiż na wsi - mówił.

Nie dostał się. W wieku 21 lat złożył papiery na kopalnię. Kilka dni później zaczął tam pracę.

W kopalni był ogień
Ewelina Wasztyl - jak twierdzi - przyzwyczaja się do czarnego koloru. Mówi, że nawet jest jej w nim do twarzy. Pochowała męża 17 października. Nie pamięta dokładnie, jak tamten dzień wyglądał. Teraz emocje, żal, złość i tęsknota pomału zabijają w niej całą radość życia. Za to, co się stało, nie ma pretensji do Boga. Nie wini też losu czy przeznaczenia. Twierdzi, że ci, którzy zawinili, to szefowie jej męża.

Do wybuchu w kopalni doszło 6 października.

- Górnicy wiedzieli, że tego dnia idą pod ziemię, gdzie może czekać na nich śmierć - mówi młoda wdowa ze łzami w oczach. - Nie chcieli tam schodzić, bali się, ale nie dano im wyboru.

Kobieta twierdzi, że mąż i jego koledzy zgłaszali, że pod powierzchnią, w miejscu wydobycia, jest pożar. Mimo to przełożeni zdecydowali, że górnicy zjadą na dół. - Dzień przed wypadkiem Łukasz rozmawiał ze szwagrem, który pracuje w tej kopalni. Opowiadał mu, jak gasili pod ziemią pożar - wspomina Ewelina Wasztyl. - Szwagier bał się, dopytywał, czy udało się wszystko opanować. Następnego dnia szedł do pracy na poranną zmianę. Łukasz powiedział, że ciągle się tam tli.

Katastrofa w kopalni
Do zapalenia się metanu w kopalni Mysłowice-Wesoła doszło 6 października. W strefie zagrożenia znajdowało się wówczas 37 górników. 36 wyjechało na górę, 31 z nich trafiło do szpitali z oparzeniami. Ekipa ratunkowa po 12 dniach poszukiwań znalazła ciało kombajnisty, którego nie udało się ewakuować w trakcie pożaru. W międzyczasie w szpitalu zmarł Łukasz Wasztyl. W sobotę, 18 października, również w szpitalu zmarł jeden z jego kolegów, w nocy z 20 na 21 października - dwóch kolejnych.

6 października, w poniedziałek, pierwsza zmiana wróciła spod ziemi bezpiecznie. Łukasz Wasztyl zaczynał o godz. 18. - Przed robotą powiedział kierownikowi, że nie zjedzie pod ziemię, bo poprzedniego dnia się paliło, a poranna ekipa dalej gasiła żar i boi się, że dojdzie do wybuchu - wspomina pani Ewelina. Rozmawiała z mężem już później w szpitalu w Siemianowicach Śląskich, dokąd Łukasz trafił wydobyty przez ratowników z miejsca wybuchu. Miał poparzone ponad 80 proc. powierzchni ciała. Zmarł po tygodniu.

Ewelina Wasztyl twierdzi, że tamtego tragicznego poniedziałku Łukasza poparł jeden kolega, który też nie chciał ryzykować. W końcu cała ekipa zdecydowała, że nie zejdzie w dół. - Usłyszeli wtedy, że jak im się nie podoba, to mają iść do sekretariatu zabrać swoje dokumenty: albo schodzą, albo tracą robotę. Z opóźnieniem wszyscy zjechali. Łukasz był wiertniczym. Miał z kolegą transportować urządzenie do drążenia ścian. Kiedy zjechali pod ziemię, bał się jak nigdy wcześniej. Jeszcze dzień wcześniej, wieczorem, rozmawialiśmy o tym w domu - opowiada młodziutka wdowa.

- Prosiłam go, żeby wziął urlop na żądanie - mówi zanosząc się od płaczu matka Łukasza. - Gdzieś dzwonił, rozmawiał, potem powiedział, że mu nie dali wolnego i musi iść. Boże... dlaczego go nie zatrzymaliśmy? Mógł lepiej rzucić tę robotę, na nic nie patrzeć...

Wiedział, że umrze
Do wybuchu doszło przed godziną 21.

- Oglądałam telewizję i nagle podali informację o wypadku. Zadzwoniłam na kopalnię. Powiedzieli mi, że wyciągają rannych spod ziemi i że mam czekać - wspomina Ewelina. - Każda minuta wydawała się wiecznością. O 23 na powierzchnię wróciła część górników, ale nie było wśród nich Łukasza...

O godz. 1.30 dowiedziała się, że mąż żyje i jest transportowany do szpitala w Siemianowicach, gdzie znajduje się oddział oparzeniowy. Bliscy Łukasza od razu tam pojechali. Górnik był w bardzo ciężkim stanie. Miał poparzenia na całym ciele, ale był przytomny.

- Kiedy pozwolili mi do niego wejść, od razu zapytał, dlaczego nie przywiozłam naszej córeczki Justynki - dodaje zapłakana Ewelina Wasztyl. - Starałam się go pocieszyć, powiedziałam, że jest noc, dziecko śpi, a przecież niebawem go wypiszą i ją zobaczy. Zapytałam, jak się czuje. Powiedział: jakby mnie pociąg rozjechał. Widziałam, że bardzo cierpi, lecz nie mogłam nic zrobić.

Łukasz zmarł w poniedziałek 13 października. Został pochowany w rodzinnym Malcu. - Wiedział, że umrze. Kiedy ostatni raz z nim rozmawiałam, powiedział, żebym uściskała Justynkę od niego i przekazała mamie, że bardzo ją kocha. Patrzył na mnie takim wzrokiem... Wiedziałam, że niebawem go stracę - wspomina Ewelina. - Bał się umierać. Bał się zostawiać nas samych. Tak wiele mieliśmy planów, a on tak bardzo chciał żyć...

Justynka nie czeka już na powrót taty. Wie, że nie zobaczy go nigdy więcej. - Jest z aniołkami i patrzy na nas z góry - mówi dziewczynka. - Patrzy nawet, kiedy jestem niegrzeczna, dlatego muszę się bardzo starać - dodaje mała dziewczynka.

Zobacz najświeższe newsy wideo z kraju i ze świata
"Gazeta Krakowska" na Twitterze i Google+
Artykuły, za które warto zapłacić! Sprawdź i przeczytaj

Codziennie rano najświeższe informacje z Krakowa prosto na Twoją skrzynkę e-mail. Zapisz się do newslettera!

Wideo

Komentarze 6

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

t
tomek

Współczuje rodzinie :( a najbardziej tej małej dziewczynce

m
mieszkanka brzeszcz

Wiele razu słyszałam od gornikow jak im sztygar czy kierownik kazał zjezdzac ze gowno go to obchodzi .no pewnie gowno jak brał kupę kasy za to to tak właśnie interesował się podwladnymi. Wszędzie tak jest.

R
Rolnik

Dlatego kochani pier...cie Polskich sługusów zaj....ych, którzy na każde pierdnięcie z góry trzęsą gaciami i wyjedźcie do "normalnych" pracodawców za granicę. A z takim pie....eniem ze jak sie nie podoba to do sekretariatu po papiery to za niedlugo bedzie tylko dyrektor do lustra mogl mowic bo nie bedzie komu robic... wspolczuje rodzinie.

T
Tetris

To po co zjeżdżał na dół? G***** czy co?

.

Brak mi słów...

I
Iwona

Winni powinni zostać ukarani!!!!!!!!!!!!! Niepotrzebna śmierć młodego chłopaka, miał plany, miał miłość, miał dziecko....smutek:(

Dodaj ogłoszenie