Pani Krysia z "Misia"

Redakcja
Lepiej być Krysią z "Misia" niż kompletnie nikim - mówi Krystyna Podleska
Lepiej być Krysią z "Misia" niż kompletnie nikim - mówi Krystyna Podleska ANDRZEJ BANAS
Zawsze chciała być liryczna. Ale miała predyspozycje do ról charakterystycznych. Kiedy zagrała Olę w kultowym "Misiu" Stanisława Barei, męska część widowni z miejsca się w niej zakochała. Później na długie lata zniknęła z ekranu. O tym, co się z nią działo i jak trafiła do filmu - pisze Katarzyna Janiszewska.

Krystyna Podleska wróciła właśnie z Sycylii. - Szukam... jakby to powiedzieć... miejsca ostatniego spoczynku - opowiada, często wplatając angielskie zdania. - Ale woda jest tam strasznie zimna. Pomyślałam sobie: mowy nie ma! Teraz szukam w zatoce Morza Tyrreńskiego. Przeprowadzka to wspólne marzenie jej i męża - Jerzego Szydłowskego, aktora i reżysera.

Otwarta, spontaniczna, szczera. Bardzo wesoła, bezpośrednia i trochę roztrzepana. Wulkan energii w drobnym ciele. Trudno nie zauważyć, że to po prostu Ola z "Misia". - Bo ja wcale tak dużo nie udawałam - mówi z rozbrajającą szczerością. - Gdyby polska aktorka starała się grać słodką idiotkę, musiałaby strasznie dużo grać. A ja po prostu nią byłam, takie trochę dziecko we mgle. Myślę, że Bareja był tego świadomy, obsadzając mnie w tej roli.

Polskie tradycje

Urodziła się w Londynie. Rodzice poznali się tam podczas wojny i postanowili nie wracać do Polski. Matka przyjechała do Londynu w wieku 18 lat. Tata, architekt po Politechnice Warszawskiej razem z gen. Maczkiem oswobadzał Europę. W każdy weekend grali w tenisa, przyjmowali gości na brydżu. Mieli angielskich przyjaciół, ale mała Krysia zawsze czuła, że są emigrantami, choć miała przyjaciół.

- Byłam trochę bezpańska - przyznaje Podleska. - Ale nie uważałam, że jestem skrzywdzona i pomagało mi to poruszać się w innych kulturach.

Jako mała dziewczynka marzyła, by zostać tancerką. Włożyła wiele trudu, by dostać się do londyńskiej Royal Ballet "White Lodge". - To było totalne poświęcenie. A ja byłam strasznie niesubordynowana. No i w końcu mnie wywalili - wspomina aktorka.

Równolegle chodziła do szkoły prowadzonej przez zakonnice, gdzie obowiązywał ostry rygor. Na lekcjach nikogo nie było słychać, tylko mała Krysia gadała. Ciągle wymyślała nowe psikusy. - Odczytywano listę obecności, a ja zamknięta w szafie odpowiadałam: jestem - opowiada. - No i cała klasa w ryk. Byłam ciągle karana. Ale zakonnice chyba mnie lubiły, wiedziały, że jestem taka trzpiotka. Tylko strasznie je denerwowało, że tańczę w balecie i pokazuję nogi i majtki.

W latach 60. skończyła Webber Douglas Academy of Dramatic Art w Londynie. Występowała w teatrach prowincjonalnych: z własną ekipą i repertuarem. Jak każda aktorka, czekając na rolę imała się różnych zajęć. Była ankieterką, sprzątaczką, nianią, pracowała w ogrodzie, w restauracji, w klubie nocnym była hostessą.

- Musiałam namówić klienta, żeby zjadł ze mną kolację i kupował strasznie drogiego szampana - opowiada pani Krystyna. - Po jakimś czasie przyszedł do mnie menedżer i pyta, dlaczego zamawiam tak mało. Mówię: przepraszam, ale więcej nie wypiję. A on zdziwiony: ty to pijesz? Myślisz, że po co jest ten wazon na stole? Patrzę na te kwiatki, a one rzeczywiście jakieś oklapnięte. Możesz też - mówi menedżer - wylewać przez ramię. No i ten dywan też był jakiś taki lepki i się zapadał - zaśmiewa się.
"Miś"

Potrafi się śmiać z samej siebie. Twierdzi, że jest ekstrawetyczką. Ale nie wtedy, gdy chodzi o rolę. - Nie zrobiłam kariery w Anglii, ani w Hollywood - przyznaje Podleska. - Nie miałam odwagi, siły przebicia. Żeby zdobyć rolę, trzeba wejść i przekonać reżysera, że to ciebie musi obsadzić. A ja przepraszam, że żyję.

Stanisław Dygant - przyjaciel jej ojca - polecił ją Stanisławowi Lenartowiczowi do filmu "Za rok, za dzień, za chwilę". Zagrała Nowozelandkę polskiego pochodzenia, która przyjeżdża do Poznania na konkurs skrzypcowy im. Henryka Wieniawskiego. - Miałam nadzieję, że może zagram u Wajdy albo u Zanussiego - mówi. - Ale się na to nie zanosiło. To był przedostatni dzień zdjęciowy. Byłam zawiedziona. Przychodzi do mnie ktoś z obsługi i mówi, że dzwonili od Zanussiego i chcą się spotkać. Odpowiedziałam: tak, tak i Hollywood też dzwonił. Nie uwierzyłam w pierwszej chwili.

Dalej już zadziałał efekt śnieżnej kuli. W "Barwach ochronnych" Zanussiego wypatrzył ją Stanisław Bareja.

- "Miś" to było apogeum satyry - podkreśla aktorka. - Miał mądre teksty, np. kiedy przykrywam węglarza i mówię: dobranoc, książę. On pyta: dlaczego książę? a ja odpowiadam, że nie wiem, ale tak mówią u nas w teatrze. A to cytat z "Hamleta"! Do dziś mi wypominają, że jem tam kiełbasę, taka wkur...., bo nie dostałam roli. Wtedy Stasiu Tym mówi do mnie, że kupi mi futro i ja się rozpromieniam. To pokazuje, jaki to typ dziewczyny.

Po "Misiu" czuła, że teraz jej kariera nabierze tempa, posypią się nowe propozycje. - Ale niestety, ogłoszono stan wojenny i dupa blada - mówi Podleska. - Wszyscy wiedzieli, u kogo możesz grać, jeśli się szanujesz, a u kogo nie. Ale ci, u których można było grać, nic nie robili. To była kompletna pustynia kulturalna.

Ciao, bambino

Zajęła się więc tłumaczeniem tekstów. Z drugim mężem, dyrygentem, zjeździła cały świat. Tak się jakoś życie ułożyło, że przestała grać. - Brakowało mi tego - przyznaje. - Ale człowiek nie zawsze ma to, czego chce. Tak czy inaczej, niczego nie powinno się żałować.

Obecnego męża - aktora i reżysera, poznała w Londynie i razem z nim wróciła do Polski. Zamieszkali w podkrakowskich Zielonkach. Po kilkunastu latach przerwy. Monodram "Mój boski rozwód", w którym gra od kilku lat, to - jak sama mówi - katharsis i ukoronowanie wszystkiego.

- Nie spoczywałabym spokojnie, gdybym tego nie zrobiła - podkreśla. - W końcu jak często w życiu dostaje się tekst napisany specjalnie dla ciebie?

Do dziś dla wielu pozostała Krysią z "Misia". Mówi, że byłaby głupia, gdyby jej to przeszkadzało. - Oczywiście, że chciałam być wielką aktorką. Ale trzeba być wdzięcznym za to, co się ma. Ja miałam wspaniałe życie. I cieszę się, że dałam ludziom tyle przyjemności w "Misiu". Skoro nie mogę być Jandą... Już lepiej być Krysią z "Misia", niż kompletnie nikim - mówi Podleska.

Chętnie zagrałaby w klasyce teatralnej, w komedii romantycznej albo w filmie, gdzie mogłaby pokazać swoje przeżycia, emocje. Poza tym marzy, by mieć mały pensjonacik gdzieś we Włoszech. Taki z domową atmosferą, winem na tarasie i wieczornymi rozmowami.

- Dziś już wiem, że niczego nie trzeba forsować - tłumaczy. - Wszystko przychodzi w swoim czasie. Ale nie chcę się zapyzieć. Będę walczyć do końca. A jak przyjdzie mój czas, powiem: ciao, bambino. Bo będę już we Włoszech.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie