Polski luz nad Morzem Czerwonym

Marek Bartosik
fot. archiwum
Obcokrajowcy często mówią o Polakach, że jesteśmy spięci, ponurzy. Nie umiemy się uśmiechać, wyluzować, bawić, Teraz mieli okazję zobaczyć nas zupełnie innych - beztroskich, wesolutkich. Choć całkiem trzeźwych, to jednak w radosnym amoku. Patrz Europo, patrz świecie cały, jak Polak jedzie do Egiptu w wakacje roku 2013.

Przez ostatnie dni obserwowaliśmy dyplomatyczną grę między naszym Ministerstwem Spraw Zagranicznych a biurami podróży i turystami, którzy uparli się, by tegoroczne wakacje spędzić na egipskim wybrzeżu Morza Czerwonego.

Urzędnicy Radka Sikorskiego długo nie mogli się zdecydować, czy stanowczo odradzić wyjazdy do kraju, w którym na ulicach wielkich miast w ciągu jednego dnia ginęły w wyniku strzelanin setki ludzi. Ta decyzja była trudna politycznie. Bo jeśli skutki tych zamieszek nie dotrą do kurortów, to minister wyjdzie na panikarza. I to do niego ludzie będą mieć pretensje, że stracili tak tanie wakacje w niesamowitych okolicznościach przyrody. Rzecznicy MSZ cedzili więc słowa. Odradzali wyjazdy do Egiptu, ale długo podkreślali, że w kurortach jest bezpiecznie.

Chodziło jednak nie tylko o rachuby polityczne. W ubiegłym tygodniu w Egipcie było ponoć 10 tysięcy Polaków. Jeżeli każdy z nich na te wakacje miał wydać, powiedzmy, 3 tysiące złotych, to wszyscy razem 30 milionów. Tyle jest do podziału, tylko za siedem dni, między linie lotnicze, biura podróży, pilotów, hotelarzy, instruktorów nurkowania, wielbłądy i polski budżet (VAT!). W razie fałszywego alarmu ich gniew mógłby być straszny.

Zwłaszcza że na Polakach jeszcze w tym tygodniu wybierających się do Egiptu panująca tam sytuacja polityczna wydawała się nie robić żadnego wrażenia. - W kurortach jest absolutny spokój - mówił jegomość z solidnie osmalonym mięśniem piwnym przed kamerami TV. - Przecież stamtąd do Kairu jest 400 km - uspokajał. Wypada założyć, że gdyby to w Warszawie dochodziło do starć, np. na placu Zbawiciela ginęły setki ludzi, to on w Zakopanem czy Międzyzdrojach nadal spokojnie zażywałby uroków aquaparku i smaku lodów oscypkowych.

Wsiadali więc ludzie do samolotów, pchając przed sobą wózki z malutkimi dziećmi. Zanim otrzeźwieli oni, biura podróży i MSZ, musiało upłynąć kilka dni pełnych coraz gorszych informacji o rozwoju sytuacji w Egipcie.

Trzeba przyznać, że Egipcjanie wykazują, jeśli chodzi o turystykę, maksimum instynktu samozachowawczego. Obalili w ciągu kilkunastu miesięcy w drodze krwawych protestów już dwóch prezydentów, a jednak ich waśnie nie dotknęły turystów. Nie ma co jednak mieć najmniejszych złudzeń. Idzie im wyłącznie o biznes, a nie o los żadnego z tysięcy ludzi, jakich przeciągają przez swój kraj, by wyżąć z nich maksimum euro i dolarów. Gdyby w kurortach doszło do starć, natychmiast zostawiliby turystów na pastwę losu.

Tego jednak Polacy nie brali pod uwagę. Bo jak porzucić tak przecież tanie marzenia o palmach, all inclusivach wielogwiazdkowych, basenach błękitnych i rafach przepięknych.

Przecież jest bezpiecznie. Jest, aż do pierwszego trupa. Potem zaczyna się panika. Jakieś 4 tysiące km od domu.

Artykuły, za które warto zapłacić! Sprawdź i przeczytaj
Codziennie rano najświeższe informacje z Krakowa prosto na Twoją skrzynkę e-mail. Zapisz się do newslettera!
"Gazeta Krakowska" na Twitterze i Google+

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie