Prokurator od Pyjasa

Marta Paluch
Prokurator Henryk Sołga: Śledztwo prowadziłem uczciwie. Choć może coś tam zaniedbałem...
Prokurator Henryk Sołga: Śledztwo prowadziłem uczciwie. Choć może coś tam zaniedbałem... Andrzej Banaś
W 1977 r. po 3 miesiącach śledztwa prokurator Henryk Sołga umorzył postępowanie w sprawie śmierci Stanisława Pyjasa. Uznał, że to był wypadek. Zawrzało. Przyjaciele zmarłego podejrzewali, że ich kolegę zamordowało SB. Decyzję prokuratora przyjęli z goryczą. Dziś Sołgę oceniają różnie: jedni jako uległego wobec PZPR, inni - porządnego śledczego, który działał w osobliwych warunkach. Po latach prokurator opowiada nam o kulisach tamtego śledztwa. Czy chce się wybielić, czy rzeczywiście zrobił co mógł? Niech ocenią to Czytelnicy - pisze Marta Paluch

Elegancki starszy pan na spotkanie przynosi bukiecik fiołków. Pomaga zdjąć płaszcz - przedwojenny sznyt. - Tak naprawdę to nie chciałem już o Pyjasie rozmawiać. Byłem tylko ciekawy, jak dziś wyglądają dziennikarze - tłumaczy rozbrajająco Henryk Sołga. - Mam już 80 lat, może pani o mnie napisać co chce - dodaje. Jednak określenie "reżimowy prokurator", jakim go kiedyś określono, zabolało. Na ile udało mu się od reżimu uciec podczas śledztwa?

Wcale się nie paliłem
7 maja 1977 r. Na klatce schodowej przy ul. Szewskiej 7 przechodzień znajduje ciało Pyjasa, studenta V roku polonistyki UJ i początkującego opozycjonisty. Udusił się krwią, wypływającą z ran na twarzy. Miał 24 lata.

W krakowskim środowisku studenckim huczy. Bronisław Wildstein, Bogusław Sonik i Liliana Batko (dziś Sonik) na własną rękę szukają wyjaśnienia tragedii. Wildstein przekupuje ciecia w kostnicy, by zobaczyć obrażenia na ciele kolegi. Podejrzewają, że jego śmierć ma coś wspólnego z zawiadomieniem do prokuratury, które Staszek złożył półtora dnia przed śmiercią.

- Bał się, ale poszedł - wspomina matka chłopaka. Staszek chciał, by śledczy ustalili, kto wysyła jego kolegom obrzydliwe anonimy, w których sugerowano, że jest pijakiem, śmierdzącym obdartusem i kapusiem SB. Bardzo go to gnębiło, mimo że koledzy zapewniali, że nie wierzą tym gadzinówkom. Podejrzewali, że napisali je esbecy.

Sołga, wtedy wiceszef prokuratury wojewódzkiej i naczelnik wydziału śledczego: - Szkoda, że z nim nie rozmawiałem, gdy wtedy przyszedł do prokuratury. Może wpadłbym na ślad jego inwigilacji przez SB?
Kilka dni później wszczyna śledztwo w sprawie Pyjasa. - Wcale się nie paliłem do tej sprawy. Ale prokurator generalny, który mnie znał, nalegał.

Sołga zleca sprawdzenie anonimów przez badanie pisma 40 tys. studentów. Ślęczy nad tym 10 prokuratorów pod okiem eksperta, dr Tadeusza Hanauska.
- Od początku było wiadomo, że to pisali esbecy. Po co było się tyle wysilać? - pyta Liliana Sonik. Prokurator przyznaje, że o tym wiedział. - Ale chciałem wyeliminować studentów z kręgu podejrzanych - tłumaczy.

Sołga przesłuchiwał kolegów Pyjasa. - Choć dla nas był człowiekiem systemu, przeciwko któremu walczyliśmy, robił jednak wrażenie prawdziwego prokuratora, z krwi i kości, a nie zwykłego aparatczyka, banalnego gościa na wysokim stanowisku - mówi Bogusław Sonik.

Ostrą ocenę prokuratorowi wystawia natomiast Bronisław Wildstein. - Sołga robił wszystko, żeby nie dojść do prawdy - mówi. - Gdy nas przesłuchiwał, bardziej niż ewentualne morderstwo interesowała go nasza działalność opozycyjna - jak działamy, gdzie, kto. Groził: my się z wami policzymy! - dodaje.
Sonik przypomina sobie, że śledczy rzeczywiście bardzo się aspektem opozycyjnym interesowali. Ale nie podziela negatywnej oceny kolegi o śledczym.
Wcale nie spadł!
Po mieście krążyły wtedy najbardziej fantastyczne plotki. Także i takie, że Pyjas został zastrzelony. Powtarzają się one nawet dziś, przy okazji decyzji o ekshumacji szczątków studenta. - Wyssane z palca! - twierdzi Sołga. - Sekcja zwłok była robiona bardzo dokładnie. Nie było mowy o przeoczeniu takiego śladu - dodaje. Potwierdza to prok. Krzysztof Urbaniak, który w latach 90. prowadził trzy śledztwa w tej sprawie. - Mózg ani czaszka nie były nawet draśnięte kulą - podkreśla.

Szefem Zakładu Medycyny Sądowej jest wtedy prof. Zdzisław Marek (Sołga: powszechnie nielubiany, także przeze mnie). Ma wśród historyków opinię osoby wydającej wygodne dla SB ekspertyzy. To on podpisał się pod tą dotycząca śmierci Pyjasa, co przez lata rodziło wątpliwości co do jej rzetelnego wykonania.

Niedawno dopiero sam Marek przyznał, że ciała zabitego nie widział. Ekspertyzę w rzeczywistości przygotowali fachowcy z ZMS - Jan Kołodziej i Barbara Próchnicka, a Marek ją tylko podpisał jako szef zakładu. - Nie ma powodów, by ją podważać. Prokurator Urbaniak, który jest mądrym chłopcem, też nie miał do niej zastrzeżeń - mówi Sołga.

Nie miał, to fakt. Jednak dwaj śledczy z tej samej ekspertyzy wyciągną inne wnioski. Sołga uznał śmierć Pyjasa za wypadek, Urbaniak - za wynik pobicia. - Ale nigdy nie mówiłem, że on spadł ze schodów! - podkreśla Sołga. Wyciąga pożółkły oryginał umorzenia śledztwa z 1977 r.

- Proszę zobaczyć, co tu jest napisane! - wskazuje: "tego rodzaju ustalenia dały pełną podstawę do wykluczenia przez biegłych ZMS AM w Krakowie upadku Stanisława Pyjasa z któregokolwiek piętra kamienicy przy ul. Szewskiej". - A media bez przerwy powtarzają, że ja mówiłem o upadku - irytuje się. Plotka wzięła się z ogłoszenia o śmierci Staszka, które pojawiło się w prasie po jego śmierci. Dziś wiadomo, że pisał je esbek.

Biegli w 1977 r. nie potrafili jednak stwierdzić, czy przyczyną obrażeń Pyjasa było pobicie czy upadek. Określili, że został uderzony narzędziem " tępokrawędziastym", co może oznaczać zarówno kastet jak i... podłogę. Ślady krwi na ubraniu wskazywały na upadek, ale nie wykluczały pobicia.

Sołga przyjął, że przyczyną śmierci był najprawdopodobniej upadek po pijanemu, na klatce przy Szewskiej. Słowa "najprawdopodobniej" użył w uzasadnieniu umorzenia śledztwa. Skoro miał wątpliwości, to dlaczego tak ważne dochodzenie zamknął po trzech miesiącach? - Nie miałem pewności, że upadł, ale po opinii biegłych uznałem, że to bardziej prawdopodobna wersja - mówi Sołga. - Choć z drugiej strony nie byłem pewny, czy to nie było pobicie - przyznaje po chwili.

Wildstein nie ma wątpliwości: - Prokurator chciał, by to zostało uznane za wypadek, za wszelką cenę - podkreśla. Według niego Sołga był na usługach esbeków. - Człowiek od brudnej roboty - sumuje Wildstein.

- Ależ nikt na mnie nie naciskał! Decyzje podejmowałem sam - podkreśla Sołga.- Robiłem, co mogłem. W pewnej chwili znalazłem się pod ścianą. Co to za ściana? - Sołga działał pod wielkim ciśnieniem. I tak dużo zrobił. Wszyscy wiedzieli, że po tygodniu na śledztwie siadło SB - mówi Liliana Sonik.

Prokurator zbywa tę uwagę uśmiechem. - Nikt mnie nie kontrolował oficjalnie. Aż się dziwiłem, że taka ważna sprawa, a tu nikogo nie przysłali. SB prowadziło przecież własne śledztwa, współpracowali z nami - mówi. - Po latach okazało się, że byłem podsłuchiwany, a jeden z moich prokuratorów był ich wtyką - kwituje i rzuca nazwisko.

Przyznaje, że jedną z hipotez śledczych ("oczywiście nie na papierze") było pobicie Pyjasa przez lub na zlecenie SB. - Skoro pobili przyjaciela Wojtyły, ks. Andrzeja Bardeckiego, to mogli pobić i Pyjasa. Nie lubiliśmy ich. Zapewniam, że gdyby znalazł się jakiś ślad, świadek, że to esbecy zrobili, nie wahałbym się z aktem oskarżenia - mówi śledczy.

Podejrzewał, że Pyjasem interesuje się SB. - wysłałem do nich wniosek o wydanie dotyczących go dokumentów. Przyszła odpowiedź, że był w sferze ich zainteresowań, ale że żadnych działań wobec niego nie prowadzono. Szlus - rozkłada ręce Sołga. - Zrobili mi świństwo. Jak można ukrywać dokumenty w sprawie o podejrzenie morderstwa? - pyta. Pyjas miał wtedy swoją teczkę w SB.

- Szkoda, że na drzwiach komendy milicji kończyła się władza śledczych. Gardziliśmy nimi za to, że nie potrafili dobrać się do SB, którzy według nas byli winni zbrodni - mówi Bogusław Sonik. - Choć od strony technicznej śledztwa nie można Sołdze nic zarzucić - zastrzega.
Złośliwy Marek
Sołga nie przesłuchał więc esbeków ani nie zlecił nowej sekcji zwłok, o co wnioskował pełnomocnik Pyjasów. Miał też trudności we współpracy z prof. Markiem, który nie odpowiedział na jego dodatkowe pytania . - Nie pamiętam, może Marek odmówił mi ze złośliwości? Ale na większość merytorycznych pytań odpowiedział - mówi Sołga. - A sekcji nie było sensu robić drugi raz. Była doskonale przeprowadzona - zaznacza. Fakt, do tej pory żaden śledczy jej nie podważył.

Prokurator opowiada, że po przesłuchaniu świadków i wyczerpaniu tropów złożył broń. Tak szybko? - A co miałem zrobić? Nie było świadków pobicia lub się nie zgłaszali, choć gwarantowaliśmy im anonimowość - rozkłada ręce. - Proszę zobaczyć - wyciąga artykuł z "Frankfurter Allgemeine Zeitung"z 18 lipca 1977 r. - I zacytować - nalega.

"To, co przedstawiono w sprawie Pyjasa odpowiadało wersji (...) iż nastapił tu z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością, nieszczęśliwy śmiertelny wypadek pod wpływem nadużycia alkoholu". - Widzi pani? Nawet oni, nieprzychylni nam, nie wieszali na mnie psów - podkreśla. Artykuł powstał po konferencji prasowej, na której prokurator pokazał - rzecz niespotykana w historii - akta sprawy zachodnim dziennikarzom.

Czy gdyby śledczy dłużej prowadził postępowanie, trafiłby na nowych świadków, a sprawcy zostaliby ukarani? - Mogłem coś tam zaniedbać - przyznaje Sołga. - Ale pracowałem uczciwie, zgodnie z zasadami etyki zawodowej - podkreśla.

Dodaje, że został wyrzucony z prokuratury w PRL. - 1983 rok. Nie uwierzy pani, pogrążyłem się, bo aresztowałem za kradzież przyjaciela I sekretarza Komitetu Wojewódzkiego PZPR. Byłem wtedy szefem prokuratury i myślałem, że mi nie podskoczą. Myliłem się... Hm, może tego nie pisać? Wyjdzie na to, że się próbuję wybielać. A naprawdę nie mam powodu - opowiada były śledczy.

Jak na ironię, Sołga do lat 90. pracował w komisji badania zbrodni hitlerowskich w Krakowie - poprzedniczce IPN. Napisał książkę o tych zbrodniach. W l. 90. z Sobiesławem Zasadą, kolegą ze szkoły, pośredniczył w handlu mercedesami. - To geniusz. Za pierwszym rzutem sprzedaliśmy tysiąc tych luksusowych aut! - opowiada Sołga.

Teraz jest na emeryturze. W latach 90., gdy kolejne śledztwa w sprawie Pyjasa prowadziła krakowska prokuratura, interesował się nią. Teraz twierdzi, że to zainteresowanie stracił. Czasem tylko przypomina sobie, jak oddawał chlebak Staszka jego matce. Chyba nic jej wtedy nie powiedział. - To był podobno zdolny chłopak... Myślę, że on zrobił swoje. Jego legenda przyczyniła się pośrednio do zniszczenia ustroju, prawda? A ja tej legendy nie zniszczyłem - podkreśla Henryk Sołga.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie