Trzy tajemnice szefa kantoru. Gdzie jest ukradziona fortuna?

Artur Drożdżak
Piotr Z. doprowadzany do krakowskiego sądu. Przyznał się do winy i zaproponował dla siebie karę 4 lat i 3 miesięcy więzienia. Deklaruje, że odda pieniądze.
Piotr Z. doprowadzany do krakowskiego sądu. Przyznał się do winy i zaproponował dla siebie karę 4 lat i 3 miesięcy więzienia. Deklaruje, że odda pieniądze. fot. Artur Drożdżak
Pochodzi z bardzo znanej krakowskiej rodziny jubilerów i nigdy nie brakowało mu gotówki. 35-letni Piotr Z. przyznaje, że ukradł z banku aż 6,5 mln zł, ale dość mętnie tłumaczy motywy swojego działania.

Pracownicy i znajomi, ludzie, którzy mieli kontakt z 35-letnim Piotrem Z., zgodnie mówią o nim, że wzbudza zaufanie. Tak było, gdy prowadził interesy i dbał o rodzinę. Żona też ufała mu bezgranicznie.

Niespodziewanie, 18 czerwca 2014 r., przepadł bez śladu. Co się mogło stać?

Żona miała jak najgorsze przypuszczenia, dlatego dwa dni później zgłosiła zaginięcie męża.

Zabójstwo, porwanie, a może świadome zniknięcie? - policja nie wykluczała żadnej z tych wersji śledczych.

Tajemnica nr 1: bank
Piotr Z. ostatni raz był widziany w banku w samym centrum Krakowa.

Kilka dni wcześniej złożył tam dyspozycję wypłaty 500 tys. euro. Dostał informację, że pieniądze są przygotowane. Gotówki jednak nie podjął. Co więcej - sam zadeklarował wpłatę dużej sumy. Wyjął z teczki osiem paczek z walutami i położył przed pracownicą banku, Eweliną S.

Znała go dobrze, ufała mu, bo był stałym klientem. Prowadził rozległe interesy. W bankach miał około 100 rachunków i obracał dużymi sumami. To nic niezwykłego, bo wywodził się ze znanej, krakowskiej rodziny jubilerów. Kantor miał od około 10 lat. Tego dnia dokonał tak zwanej wpłaty zamkniętej.

Robił to już wielokrotnie.

Procedura była taka: do wcześniej pobranych z banku specjalnych kopert włożył gotówkę i zadeklarował wpłatę 2 mln 150 tys. dolarów. Taką sumę zaksięgowano na jego rachunku.

Na wierzchu pakietów były banknoty o nominale 100 dolarów, ale co było pod nimi to już niewiadoma.

Udało się prześledzić transfer zaksięgowanej gotówki. Najpierw trafiła do pośrednika w Czechach, potem została przewalutowana na złotówki i w końcu Piotr Z. wypłacił całą sumę w Krakowie, ale już w innym banku. Zdążył odebrać też deklarowaną wcześniej wypłatę 500 tys. euro.

Następnego dnia było święto Bożego Ciała, więc koperty otwarto dopiero w piątek w centrum rozliczeniowym banku pod Wieliczką.
Dopiero wówczas zorientowano się o oszustwie! W kopertach były banknoty o niskich nominałach, w sumie 23 tys. USD. Brakowało ponad 2 mln dolarów.

Bank próbował wyrównać stratę, ale okazało się, że na pozostałych rachunkach Piotra Z. nie ma już żadnych pieniędzy.
Szkoda banku zamknęła się niemałą kwotą: 6 mln 504 tys. 598 zł.

Tajemnica nr 2: tożsamość
Sprawa zaginięcia Piotra Z. nabrała innego wymiaru, gdy okazało się, że zniknął z fortuną należącą do banku.

Jeszcze tego samego dnia znaleziono samochód kantorowca porzucony na ul. Paderewskiego w Krakowie. Nikt jeszcze nie wiedział, że Piotr Z. w tajemnicy przed wszystkimi miesiąc wcześniej za 70 tys. zł zamówił inne auto, volkswagena jettę. Dostarczono mu je w dniu, w którym dokonał przekrętu w banku.

W sekrecie wyjechał na Podhale i spędził dwie noce w hotelu w Białce Tatrzańskiej. W książce meldunkowej podpisał się jako Jarosław U. Posługiwał się fałszywą tożsamością.

Także jako Jarosław U. podpisał umowę wynajmu mieszkania w Rzeszowie na ul. Hetmańskiej. Wpłacił prawie 30 tys. zł kaucji za nowe lokum. Zdobył też nowe telefony i wymontował z auta system GPS.

W jednym z warsztatów samochodowych polecił pojazd owinąć srebrną folią, by zmienić jego wygląd. Kupił też motocykl, by mieć swobodę poruszania się po kraju.

Wszędzie podawał się za Jarosława U. Robił to także w kontaktach nieformalnych. Tak się choćby przedstawił Annie Ż. Przy okazji wmówił mieszkance Rzeszowa, że jest rozwiedziony i poszukuje nowej towarzyszki.

Jeszcze przed zniknięciem znajomym opowiadał, że ma kłopoty w małżeństwie i usiłował wykreować nieprawdziwy obraz dotychczasowego związku. To miało być też wytłumaczeniem jego zniknięcia z Krakowa.

Z fałszywą tożsamością żył przez okrągły miesiąc.

Wpadł głupio, podczas rutynowej kontroli drogowej, gdy przekroczył dozwoloną prędkość. Wtedy okazało się, że jest poszukiwany za dokonanie gigantycznego oszustwa na szkodę banku.
Trafił do aresztu.

Tajemnica nr 3: pieniądze
Przyznał się do winy, ale nie był wylewny, gdy zapytano go, gdzie są pieniądze. Opowiadał, że miał kłopoty finansowe i długi sięgające 1,6 mln euro. Po kradzieży miał uregulować zobowiązania. Nie chciał zdradzić od kogo pożyczył takie kwoty. Mówił, że był zmuszony do brania pożyczek od nieznanych mu ludzi, bo banki nie były skłonne mu pomóc.

Gdy zwlekał ze spłatą należności miał usłyszeć groźby wobec siebie i najbliższej rodziny, które nasiliły się dwa tygodnie przed dokonaniem oszustwa.

Prokuratura uważa jednak, że przestępstwa nie dokonał pod wpływem szantażu. Sugeruje, że skoku na kasę dokonał na polecenie innych osób. Świadczy o tym odręczny zapisek Piotra Z. na opakowaniu telefonu komórkowego. To instrukcja jak się dyskretnie kontaktować ze wspólnikami.

Przed krakowskim sądem kantorowiec zaproponował dla siebie karę 4 lat i 3 miesięcy więzienia. Gwarancją zwrotu gotówki ma być jego nieruchomość. Bank zastanawia się nad tym, czy zaakceptować takie warunki. Jeśli się zgodzi, wyrok zapadnie pod koniec czerwca br.

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

K
Krakus

.

Dodaj ogłoszenie