Tusk chce ratować opozycję, ale opozycja nie bardzo chce być ratowana przez Tuska

Witold Głowacki
Witold Głowacki
Donald Tusk
Donald Tusk Przemyslaw Swiderski
Jeśli Donald Tusk nie przekuje swych deklaracji możliwie szybko w czyny, grozi mu wejście w buty Aleksandra Kwaśniewskiego, bez żadnego skutku i przez długie lata „powracającego do polityki”

Donald Tusk udzielił 4 czerwca wywiadu, w którym ogłosił chęć powrotu do krajowej polityki i zadeklarował, że chce działać na rzecz poprawy wyników Platformy i wzmocnienia całej opozycji. Ta rocznicowa deklaracja dziwnie przypominała niedoszły powrót Tuska zapowiadany dwa lata temu z okazji tej samej rocznicy. Wówczas nie wyszło z tego nic. Tym razem sytuacja różni się o tyle, że na horyzoncie nie ma żadnych wyborów, jest jednak za to bardzo jaskrawo widoczny kryzys Platformy, która zsunęła się w sondażach na trzecie miejsce i w której zaczęła się na nowo ostra walka o przywództwo.

Czy Tusk zamierza wziąć w niej udział? Niemal na pewno nie. Myśl, że byłego szefa Platformy może interesować powrót na to samo stanowisko, zaprowadzi nas tylko na manowce. Najbardziej prawdopodobny ze scenariuszy to taki, w którym Tusk aspiruje do objęcia symbolicznego przywództwa, czy może przewodnictwa całej opozycji - niekoniecznie zresztą w ramach formalnej koalicji. Już w wywiadzie dla TVN 24 były premier nie omieszkał przypomnieć, że jako szef Europejskiej Partii Ludowej (EPP) jest partyjnym zwierzchnikiem szefów Platformy i Polskiego Stronnictwa Ludowego. O tym, że to zwierzchnictwo ma jedynie ceremonialny charakter i wcale go nie uprawnia do wydawania Borysowi Budce, Władysławowi Kosiniakowi Kamyszowi dyrektyw oraz że co więcej, są mu oni „podlegli” dokładnie tak samo jak Angela Merkel, już jakoś nie wspomniał.

Na opozycji nie ma też obecnie ani żadnej struktury, która zakładałaby współdziałanie partii opozycyjnych, ani też specjalnych widoków na jej powstanie. Ostatnia z takich inicjatyw - Koalicja 276 - zaproponowana przez Platformę, spotkała się z bardzo chłodnym przyjęciem ze strony pozostałych potencjalnych uczestników, którzy uznali ją za kolejną próbę powrotu Platformy na utraconą pozycję opozycyjnego hegemona. Niemniej Tusk zdaje się być w tej kwestii optymistą i widzieć jakieś szanse na stworzenie pod swymi skrzydłami nie do końca jak dotąd określonego bytu, który choć częściowo scalałby opozycję.

Opozycja natomiast niekoniecznie widzi w takiej roli akurat Tuska. Z bardzo różnych powodów - które zależą w dużej mierze od sytuacji i punktów widzenia poszczególnych opozycyjnych partii.

Tylko część liberalnego centrum na samo hasło „powrót Tuska” zareagowała z nieskrywanym entuzjazmem. Radosław Sikorski od razu pochwalił się publicznie, że Tusk był niedawno u niego w Chobielinie. A Rafałowi Zakrzewskiemu z „Gazety Wyborczej” „przyśnił się powrót Tuska”, który zająłby się „mozolną budową frontu demokratycznego” , aż opozycja „może wreszcie zrozumie, że drogą do pokonania PiS-u jest działanie razem”.

W samej Platformie natomiast uczucia wobec dawnego szefa i jego powrotu są tak naprawdę dość mieszane. Dla części polityków partii Tusk jest dziś trochę jak były mąż, który siedem lat temu założył sobie nową rodzinę, a dziś zagląda do byłej żony i pyta, czy jej jakoś może nie pomóc, w czymś nie doradzić. I co takiemu odpowiedzieć?

- Ja się troszeczkę uśmiechnąłem, jak słuchałem - oczywiście bardzo uważnie - tych słów o flaucie. Bo mam takie poczucie, że mam ręce zarobione po łokcie i wielu naszych kolegów po prostu bardzo ciężko codziennie pracuje - tak komentował wywiad Donalda Tuska Sławomir Nitras z Platformy, dziś mocno zaangażowany w tworzenie z Trzaskowskim Ruchu Wspólna Polska i organizację Campusu Polska.

- Donald Tusk sam pisze własne scenariusze. I z nikim niczego nie konsultuje, a jeśli już, to najwyżej z rodziną. Widać w nim jednak rosnącą determinację, żeby w jakiś sposób pomóc opozycji w wygraniu wyborów z Prawem i Sprawiedliwością. I ma dwie motywacje: po pierwsze widzi słabość opozycji, a po drugie jako ojciec i dziadek widzi, że europejska przyszłość jego dzieci i wnuków jest obecnie zagrożona. - mówił z kolei Ryszardzie Wojciechowskiej z „Dziennika Bałtyckiego” europoseł PO Janusz Lewandowski.

Dla wielu polityków Platformy Tusk jest dziś jednak usytuowanym w bardzo komfortowej zdystansowanej pozycji - i w związku z tym mniej lub bardziej irytującym - komentatorem a nie praktykiem politycznej rzeczywistości. Tak, były premier, który za czasu swych rządów słynął z lekceważącego stosunku do komentatorów polityki i publicystów, dziś sam stał się na krajowym rynku bardziej publicystą - i to twitterowym - niż politykiem.

Jest też w szeregach PO wciąż żywy pewien naprawdę mocno negatywny sentyment wobec Tuska, powszechny wśród tych, którzy wciąż mu pamiętają, że „porzucił”, „pozostawił na zatracenie” Platformę samemu wybierając zamiast krajowych kłopotów europejską karierę i tym samym osobisty komfort. W tej interpretacji Tusk podejmując kluczową dla przyszłości Platformy decyzję miał kierować się wyłącznie kalkulacjami dotyczącymi swego własnego interesu i korzyści. Pewien ważny polityk Platformy przekonywał mnie kilka tygodni temu, że Tusk namaścił na swą następczynię właśnie Ewę Kopacz a nie kogokolwiek innego, bo miał pełną świadomość, że nowa szefowa PO mimo całej swej lojalności nie udźwignie ciężaru zarządzania rządem i partią. - A przecież prawdziwy gwiazdor może być tylko jeden, a po nim choćby potop - kwaśno konstatował ów polityk.

Co więcej - bardzo podobne emocje obecne są wśród części opozycyjnego elektoratu - w tym tego radykalnie antyPiS-owskiego, z kręgu KOD-u, Obywateli RP i innych mniej lub bardziej zdystansowanych wobec Platformy ruchów opozycyjnych. Dla nich Tusk jest politykiem, którego brukselski wybór oznaczał sprowadzenie na kraj plagi w postaci rządów PiS-u, kimś, kto zawiódł czy wręcz zdradził w momencie decydującej próby i w żadnym wypadku nie jest już godzien zaufania. I choć ten elektorat całym sercem pragnie na ogół restauracji III RP, to jednak na dźwięk nazwiska „Tusk” raczej się wzdryga niż rozaniela.

Ogłoszenie się przez Tuska partyjnym zwierzchnikiem PSL w ramach misji jednoczenia opozycji nie jest też wcale prezentem, którego oczekiwaliby Władysław Kosiniak-Kamysz i jego partia. Na wsi szyld Platformy zdecydowanie nie jest kluczem do rozszerzania poparcia. Dlatego też PSL dość twardo opiera się kolejnym platformerskim próbom zapędzania ludowców do takiej czy innej wyborczej koalicji. Ludowcy dobrze zdają sobie sprawę z tego, że tego typu układ z pewnością zagwarantowałby wejście do parlamentu ich określonym w trakcie targów o miejsca na listach przedstawicielom, jednak mógłby trwale przekreślić szanse na przekraczanie przez nich progu w kolejnych wyborach. Co więcej - i Platforma - w swym koalicyjnym ADHD regularnie zapomina o czymś bardzo ważnym z punktu widzenia interesów całej opozycji - o tym mianowicie, że każde kolejne osłabienie PSL na wsi oznacza wzmocnienie tam wpływów PiS-u. A marsz do wyborów pod skrzydłami Tuska oznaczałby dla PSL właśnie utratę części wiejskich wyborców.

Jest też pewna niewiadoma. Ta mianowicie, która dotyczy relacji Tusk-Hołownia. Teoretycznie powrót na scenę polityczną byłego silnego i charyzmatycznego lidera Platformy mógłby być przez Szymona Hołownię i jego ludzi postrzegany jako poważne zagrożenie. Przecież Polska 2050 rosła dotąd w sondażach być może głównie dlatego, że miała to, czego nie miała Platforma - jednoznacznie określonego, świetnego w wystąpieniach publicznych i doskonale dogadującego się z wyborcami lidera. Pojawienie się na scenie z powrotem Tuska sprawiłoby, że na opozycji gwiazda Hołowni nie jaśniałaby już aż tak jaskrawo jak obecnie na tle reszty konkurentów.

Ale stosunek ludzi Hołowni do kwestii powrotu Tuska nie wydaje się być wrogi. Podobnie jak i stosunek Tuska do Hołowni i jego partii. Zdarzają się spotkania w cztery oczy obu polityków, zdarzają się też różne rozmowy ich współpracowników.

Wiemy na przykład, że jeszcze w zeszłym roku przeprowadzane były spore, pogłębione badania na temat stosunku opozycyjnie nastawionych Polaków do kwestii ewentualnej współpracy czy też sojuszu Tusk-Hołownia. Z naszych informacji wynika, że te badania zlecili ludzie związani z Tuskiem, nie z Hołownią. Z drugiej jednak strony i środowisku Polski 2050 zdarza się sprawdzać za pomocą dobrze pomyślanych badań jakościowych różne - na pierwszy rzut oka bardzo egzotyczne - możliwości.

W otoczeniu Hołowni zaś ważną rolę odgrywa Jacek Cichocki, były szef Kancelarii Premiera w rządzie Donalda Tuska i Ewy Kopacz wcześniej zaś minister spraw wewnętrznych i minister nadzorujący służby specjalne. To człowiek który należał do ścisłego kręgu najbardziej zaufanych współpracowników Tuska, za to w zeszłym roku był szefem kampanijnego sztabu Hołowni a dziś jest w składzie jego ekipy eksperckiej. Cichocki wręcz idealnie nadaje się do roli łącznika między światami Hołowni i Tuska. Pytanie jednak, czy zniechęconym duopolem PO-PiS wyborcom Hołowni obecność w jego projekcie człowieka będącego wręcz symbolem Platformy, byłaby do czegokolwiek potrzebna.

Problemem - i to większym niż się zdaje - może być powrót Tuska dla Lewicy. Owszem, dla części elektoratu Lewicy (zwłaszcza tego z kręgu Lewicy Razem) Tusk jest uosobieniem wszystkiego, co najgorsze w III RP i w epoce rządów Platformy zarazem. Jednocześnie jednak inna część wyborców Lewicy (i to raczej ta większościowa) może pod wpływem powrotu Tuska podlegać tym samym mechanizmom, które można było zaobserwować podczas ostatnich wyborów prezydenta Warszawy. Nadproporcjonalnie w porównaniu z resztą kraju liczny elektorat Lewicy w stolicy nawet nie spojrzał na swego - zaznaczmy, dość kontrowersyjnego - kandydata, jakim był Jan Śpiewak, tylko gremialnie pobiegł głosować na Rafała Trzaskowskiego już w pierwszej turze, czemu zresztą Trzaskowski zawdzięcza swój spektakularny warszawski sukces. Co tu zadziałało? Z pewnością chęć zagłosowania przeciwko Patrykowi Jakiemu połączona z pragmatycznym wyborem najsilniejszego z jego konkurentów - czyli mechanizm obserwowany w każdych wyborach (nie tylko w Polsce) przeprowadzanych w warunkach silnej polaryzacji sceny. Prócz tego jednak coś jeszcze, coś nieco bardziej nieuchwytnego i związanego z nawykami i sympatiami wielkomiejskiej klasy średniej, z której rekrutuje się zdecydowana większość warszawskich wyborców Lewicy i spora część wyborców lewicy w ogóle. To właśnie te nawyki i sympatie mogą sprawiać, że w obliczu zerojedynkowej sytuacji wyborczej część elektoratu Lewicy może być skłonna do przenoszenia głosów na rokującego większe szanse, odpowiednio silnego i odpowiednio progresywnego zwłaszcza w tzw kwestiach światopoglądowych kandydata liberalnego. I to dlatego i Donald Tusk, i Rafał Trzaskowski jako realni liderzy postplatformerskiej opozycji, mogliby być poważnym kłopotem dla lewicy.

Niemniej i tak trochę brakuje dla Tuska właściwej sceny. Bo kim on właściwie miałby być? Mentorem Adriana Zandberga? Coachem Szymona Hołowni? Uosobieniem sentymentów za utraconym rajem III RP w oczach liberalnych elit? Wspólnym kandydatem opozycji na premiera? W ramach czego? Pomysł koalicji 276 powędrował do kosza następnego dnia po ogłoszeniu przez Platformę. Sama Platforma znajduje się na rozdrożu i być może w przededniu podziału - podlegając jednocześnie silnej presji ze strony Szymona Hołowni i Polski 2050. Dla tych ostatnich naturalnym politycznym pokarmem jest zaś elektorat Platformy. Lewica toczy z Platformą i jej wyborcami dość zażartą po obu stronach wojnę, a kluczem do utrzymania przez PSL poparcia na wsi jest trzymanie się od Platformy jak najdalej. Gdzie w tym wszystkim realnie można by szukać miejsca dla Tuska? Horyzont wydaje się bardzo mocno ograniczony.

Możliwy jest więc - i to znacznie bardziej niż mogłoby się wydawać - jeszcze jeden scenariusz. Taki mianowicie, w którym z Tuskowych planów wielkiego powrotu po prostu nic szczególnego nie wychodzi. Dziś na przykład trzej główni rozgrywający w Platformie słysząc o powrocie Tuska kiwają głowami i wygłaszają okrągłe zdania o nowej energii, której Platforma tak bardzo potrzebuje, po czym wracają do swych dotychczasowych zajęć: Borys Budka dalej broni przywództwa w partii, Grzegorz Schetyna nadal walczy o jego przejęcie, a Rafał Trzaskowski montuje na boku swój ruch Wspólna Polska. Można więc sobie wyobrazić, że Tusk będzie próbował objąć liderowanie w okołoplatformerskim bloku opozycji z dokładnie takim samym powodzeniem, z jakim Aleksander Kwaśniewski organizował swe niezliczone wielkie powroty do roli przywódcy lewicy i centrum. Prawdę mówiąc do wejścia w buty Kwaśniewskiego zamkniętego w pętli wiecznego powrotu przez ładną dekadę po zakończeniu drugiej kadencji prezydenckiej, Tuskowi już niewiele brakuje - najwyżej jednej czy dwóch kolejnych niepokrytych żadnymi bardziej czynami deklaracji w rodzaju tej ostatniej.

Wyjeżdżasz na wakacje? To musisz wiedzieć!

Wideo

Materiał oryginalny: Tusk chce ratować opozycję, ale opozycja nie bardzo chce być ratowana przez Tuska - Polska Times

Komentarze 3

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

A
Antyryży
11 czerwca, 13:54, Gość:

Donald to największy szkodnik Polski w obecnym tysiącleciu. Likwidator polskiego przemysłu stoczniowego, odzieżowego, transportu publicznego do mniejszych miejscowości, zniszczył setki posterunków policji i urzędów pocztowych w wioskach będących stolicami gmin. Wyprowadził ze szkół nauczanie historii Polski. Ukradł pieniądze zgromadzone w OFE oraz obniżył świadczenie pośmiertne z 6400 do 4 tys. złotych. Jest zawźiętym orędownikiem interesów niemieckich w Polsce i w Europie przez co kilkakrotnie odznaczany medalami przez Merkel. Miejsce tego byłego "plemela" jest tylko w wieloletnim polskim więzieniu lub w kamieniołomach!

Niestety tusk ma wielu wyznawców i nie tylko w swoim ugrupowaniu

G
Gość

Donald to największy szkodnik Polski w obecnym tysiącleciu. Likwidator polskiego przemysłu stoczniowego, odzieżowego, transportu publicznego do mniejszych miejscowości, zniszczył setki posterunków policji i urzędów pocztowych w wioskach będących stolicami gmin. Wyprowadził ze szkół nauczanie historii Polski. Ukradł pieniądze zgromadzone w OFE oraz obniżył świadczenie pośmiertne z 6400 do 4 tys. złotych. Jest zawźiętym orędownikiem interesów niemieckich w Polsce i w Europie przez co kilkakrotnie odznaczany medalami przez Merkel. Miejsce tego byłego "plemela" jest tylko w wieloletnim polskim więzieniu lub w kamieniołomach!

G
Gość

Tusk najwyżej to sobie może ratować swoje majtki przed kleksem.

Dodaj ogłoszenie