Akcje TOPR. Najtrudniejsza wyprawa naczelnika Korosadowicza

    Akcje TOPR. Najtrudniejsza wyprawa naczelnika Korosadowicza

    Marek Lubaś-Harny

    Gazeta Krakowska

    Aktualizacja:

    Gazeta Krakowska

    Na pytanie, jaka akcja była najtrudniejsza w dziejach Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego, odpowiedzieć się nie da. Każda jest inna, każda niebezpieczna. A jednak znalazł się ktoś, kto pokusił się o taką ocenę. Zbigniew Korosadowicz, naczelnik TOPR tuż po II wojnie światowej, o jednej z akcji napisał: "Była to niewątpliwie najtrudniejsza i najbardziej niebezpieczna wyprawa, jakiej kiedykolwiek Pogotowie dokonało".
    Rok 1938. Zbigniew Korosadowicz, geograf, taternik, naczelnik TOPR. Przed wojną należał do czołówki polskich taterników. Wspinał się także między innymi

    Rok 1938. Zbigniew Korosadowicz, geograf, taternik, naczelnik TOPR. Przed wojną należał do czołówki polskich taterników. Wspinał się także między innymi w Alpach i w Atlasie. Urodził się 12 grudnia 1907 w Krakowie, zmarł 2 czerwca 1983 w czasie wyprawy w Tatry ©NAC

    Można się z tą opinią zgodzić lub nie. Bez wątpienia jednak wyprawa podjęta w lutym 1945 roku była najbardziej nietypowa. Nie chodziło bowiem o ratowanie taterników czy narciarzy, ale o ewakuację spoza linii niemieckiej obrony na polanie Zwierówka w Dolinie Zuberskiej rannych radzieckich partyzantów.

    Nie do odrzucenia
    W czasach Polski Ludowej akcja ta była ze zrozumiałych powodów nagłaśniana. Jej uczestnicy byli odznaczani i stawiani za wzór młodszym pokoleniom ratowników.

    Po roku 1990 odezwały się głosy, że to była propagandowa hucpa, a górale pod wodzą Korosadowicza ruszyli w góry, bo wojenny komendant Zakopanego Władimir Macniew, występujący wcześniej jako dowódca partyzanckiego oddziału pod pseudonimem Potiomkin, złożył im propozycję nie do odrzucenia.

    Miał im zagrozić, że albo pójdą na Zwierówkę, albo pojadą na Sybir jako hitlerowscy kolaboranci.
    Nie była to groźba bez pokrycia. TOPR, z wyjątkiem krótkiej przerwy w roku 1939, działał przez czas okupacji niemieckiej jako legalna służba pod nazwą Freiwillige Tatra Bergwacht, właśnie pod kierunkiem Korosadowicza. Robili to, co zawsze, czyli ratowali ludzi w górach. Kolaboracją się nie splamili.

    Według niektórych relacji Tatra Bergwacht służyła też za przykrywkę dla działalności kurierskiej i konspiracyjnej. To jednak, oczywiście, nie byłoby dla Potiomkina żadną przeszkodą, gdy chciał spełnić swoją groźbę.

    Sytuacja rannych partyzantów była rzeczywiście dramatyczna. Byli to trzej Rosjanie i Polak, walczący wcześniej w Słowackim Powstaniu Narodowym, przebywający w polowym szpitalu, ulokowanym w szałasie na zboczach Salatyna w Dolinie Zuberskiej. Poniżej, w schronisku na polanie Zwierówka, jesienią roku 1944 zainstalował się sztab partyzancki dużego zgrupowania, które w grudniu zostało zaatakowane i rozbite przez Niemców. Partyzanckie oddziały wycofały się zostawiając rannych pod opieką dwóch zdrowych partyzantów, słowackiego lekarza Juraja Bernarda i dwóch słowackich sanitariuszek.

    Kiedy Zakopane zostało zajęte przez Rosjan, szpital znalazł się po drugiej stronie linii frontu. Ranni i ich opiekunowie zostali odcięci od pomocy. Brakowało podstawowych leków, narzędzi i środków opatrunkowych, ale także jedzenia. Odmrożone palce, a u jednego z partyzantów także nogi, ów lekarz czy felczer amputował przy pomocy noża i piłki do drewna. Niesłychane, że ranni zdołali przetrwać prawie dwa miesiące.

    Niezawodni dziadkowie
    Kiedy położenie stało się krytyczne, Bernard zdecydował się na samotny rajd przez góry do Zakopanego. Już samo to było wyczynem. Nie mając nic do jedzenia, pozbawiony ciepłej odzieży, w chodakach ze skóry padłego konia, szedł przez góry ponad dwie doby, bez mapy i kompasu. Resztkami sił dowlókł się do radzieckiej komendantury miasta, by po kilku godzinach odpoczynku wyruszyć z powrotem do Doliny Zuberskiej, prowadząc grupę ratowników, zebranych przez Korosadowicza.

    Sięgnijmy do Kroniki TOPR: "Nazajutrz, tj. w dn. 11.II.1945 o godz. 5 Pogotowie stawiło się w składzie: kierownik, Marusarz Stanisław, Wawrytko Jakub, Wawrytko Wojciech, Wawrytko Stanisław, Orlewicz Marian, Faden Józef, Szeligiewicz Marian, Byrcyn Stanisław, Ceberniak Jan, Majerczyk Stanisław, Gąsienica Tomkowy Jan, Zarycki Szymon i Gąsienica Władysław".

    Warto zwrócić uwagę na te nazwiska, żeby sobie uświadomić, że w większości byli to ludzie już nie tacy młodzi. Jan Stopka Ceberniak miał 63 lata, Stanisław Majerczyk 62, Stanisław Gąsienica Byrcyn - 58. Do wyjątków należeli 21-letni Stanisław Wawrytko i starszy od niego o lat 11 Marian Woyna-Orlewicz, znany przed wojną narciarz, akademicki mistrz świata w kombinacji norweskiej i uczestnik olimpiady w Garmisch-Partenkirchen w roku 1936.

    Ta pokoleniowa mieszanka okazała się szczęśliwa. O powodzeniu akcji miały zadecydować na równi siła i wytrzymałość jej uczestników, jak i znajomość terenu.

    Droga w tamtą stronę była męcząca, ale stosunkowo bezpieczna, wysokimi perciami, pod osłoną śnieżnej zamieci. Jednak powrót tym samym szlakiem z rannymi był niemożliwy. Dwóch poszkodowanych trzeba było wieźć na toboganach, lżej ranni musieli iść pieszo, mając nogi obwiązane szmatami, a nie byli w stanie poruszać się w zbyt trudnym terenie.
    Jedyna możliwa droga wiodła w bezpośrednim pobliżu niemieckich stanowisk w Dolinie Zuberskiej.

    W ostatniej chwili
    Zajrzyjmy jeszcze raz do kroniki:
    "Zorientowaliśmy się, że znajdujemy się w bardzo ciężkiej sytuacji, i że przetransportowanie rannych, bez spotkania się z przebywającymi w dolinie Niemcami, będzie przedsięwzięciem niezwykle cięż- kim. Z chatki, z której wyruszono około godziny 3 nad ranem, spuściliśmy się wprost ku dnu doliny, po czym tuż ponad nim, przemykając się w odległości 150 metrów od placówek niemieckich, podążono (…) do Chochołowskiej. Przetransportowanie toboganów z rannymi w tych warunkach było istotnie przedsięwzięciem niezwykle niebezpiecznym".

    Aby dostać się do Doliny Chochołowskiej, ratownicy i ratowani musieli ponad granicą lasu pokonać stromy i zalodzony stok, przekraczając przełęcz położoną na wysokości ponad 1600 m. Tobogany z rannymi wciągano na linach, zaczepianych o wbijane w twardy śnieg kołki.

    Po latach Stanisław Marusarz (nie słynny narciarz, ale jego imiennik) w rozmowie z prof. Zdzisławem Rynem tak wspominał jeden z najbardziej dramatycznych momentów tej przeprawy:

    "Gdzieś w połowie zbocza, już na zupełnie otwartej przestrzeni, ujrzeliśmy w dolinie niemiecki patrol. Było ich trzech na nartach; patrzyli przez lornetkę w naszą stronę. Znajdowali się od nas nie dalej niż 400 metrów. Któryś z partyzantów chciał strzelać, lecz wyrwaliśmy mu karabin z rąk. Przecież, gdyby gruchnął choć jeden strzał, bylibyśmy straceni. Wystrzelaliby nas jak zające, byliśmy przecież doskonale widoczni, w dodatku na wywianym do lodu, stromym i pierońsko śliskim stoku, gdzie o ucieczce lub skryciu się nie było mowy. Sądzę, że Niemcy się nas zlękli. Po chwili zjechali prędko w dół. Nie widzieliśmy ich już więcej".

    Kiedy dotarli na przełęcz, wiedzieli już, że się udało. Zjazd z toboganami na dno Doliny Chochołowskiej dla wprawnych narciarzy był już właściwie przyjemnością. Na dole czekały sanie, które szczęśliwie dowiozły wszystkich do Zakopanego. Ratownicy zdążyli w ostatniej chwili. Dzień później Niemcy znaleźli i spalili partyzancki lazaret nad Zwierówką.

    Po prostu bezczelność

    Uczestnikom akcji na Zwierówce postawiono w Dolinie Zuberskiej pomnik. Rozsławił ich także film "Błękitny krzyż", nakręcony w roku 1955 przez głośnego reżysera szkoły polskiej Andrzeja Munka.

    Był to rodzaj fabularyzowanego dokumentu, w którym uczestnicy prawdziwej akcji zagrali samych siebie.
    Nie obyło się przy tej okazji bez małego skandalu. W czołówce filmu pojawiło się tylko nazwisko reżysera jako autora scenariusza.
    Tymczasem scenariusz został oparty na noszącym taki sam tytuł opowiadaniu Adama Liberaka, zakopiańskiego dziennikarza, który jako pierwszy opisał te wydarzenia. Przeprosiny i oświadczenia w prasie były niewielką satysfakcją. Dopiero dzisiejsze internetowe portale filmowe oddały Liberakowi sprawiedliwość, umieszczając go jako współscenarzystę.

    Niezależnie od politycznych uwarunkowań i propagandowych zabiegów, trudno nie uznać, że akcja w Dolinie Zuberskiej była trudnym do zakwestionowania, choć nietypowym sukcesem TOPR-u. Także jego kontrowersyjnego naczelnika, który doskonale zdawał sobie sprawę z sytuacji, o czym 24 lata później tak opowiadał, co zanotował profesor Zdzisław Ryn: "Ja tam miałem gorsze chwile, miałem kogo ratować, również moich 14 ludzi. Ryzyko wyprawy było ogromne. To była po prostu bezczelność, ale jako oficer zdawałem sobie sprawę, że tylko to może się udać. Ratownicy mieli do mnie pełne zaufanie. Dlatego się powiodło".

    Pisał przewodniki

    Korosadowicz, przed wojną jeden z wybitnych taterników (m.in. współautor pierwszej drogi na Kazalnicy Mięguszowieckiej, wkrótce przestał kierować TOPR-em, o jego późniejszej górskiej działalności niewiele wiadomo) bardziej dał się poznać jako autor przewodników i map tatrzańskich. Po Tatrach jednak chodził do końca i podczas jednej z takich wycieczek zmarł w roku 1983. Wziął w sumie udział w 68 akcjach ratunkowych, ale tą jedną zapisał się w historii TOPR.

    Artykuły, za które warto zapłacić! Sprawdź i przeczytaj
    Codziennie rano najświeższe informacje z Krakowa prosto na Twoją skrzynkę e-mail. Zapisz się do newslettera!
    "Gazeta Krakowska" na Twitterze i Google+

    Czytaj treści premium w Gazecie Krakowskiej Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze (1)

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Autor komentarza nie dodał zdjęcia
    Test

    Test (gość)

    Zgłoś naruszenie treści

    Test

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecamy

    Wideo