„By być szczęśliwym, nie można rozpamiętywać złych rzeczy”. Anna Dymna opowiada podczas IX Forum Seniora

Patrycja Dziadosz
Patrycja Dziadosz
Anna Dymna była gościem specjalnym IX Forum Seniora! Anna Kaczmarz
- Jestem trochę jak prądnica. Cały czas muszę się kręcić, by ładowały mi się siły. Chyba mi się to udaje tylko dlatego, że wszystko, co robię - kocham. To jest mój akumulator - mówi ANNA DYMNA, która był gościem specjalnym IX edycji Forum Seniora. Zapraszamy do obejrzenia relacji ze spotkania z aktorką oraz przeczytania wywiadu, jaki z okazji wiosennej senioralnej konferencji ukazał się w specjalnym dodatku Forum Seniora.

Gościem specjalnym IX edycji Forum Seniora była Anna Dymna - jedna z najbardziej cenionych i znanych polskich aktorek, kobieta o wielkim sercu i wielkiej wrażliwości na potrzeby osób niepełnosprawnych. Seniorom opowiedziała nie tylko o swojej recepcie na szczęśliwe życie w kwiecie wieku, ale również o tym, jak nie tracić nadziei, a także skąd czerpać siły i radość życia.

Żyjemy teraz w szczególnym czasie. Jak odnalazła się Pani w tej nowej, dziwnej rzeczywistości?

Anna Dymna: Jest jak u Herberta w „Kiedy świat staje”: Zdarza się to bardzo rzadko. Zaskrzypi oś ziemska i staje. Wtedy wszystko staje: burze, okręty i chmury pasące się w dolinach. Właśnie teraz coś zaskrzypiało i nastał taki czas próby, w którym musieliśmy zmienić tryb życia. Nagle zorientowałam się, że przez całe życie byłam jak taki pijaczek, którego kiedyś spotkałam na ulicy. Ten człowiek był nachylony do ziemi pod ogromnym kątem, ale nie przewracał się, bo biegł do przodu.

Dymny (red. Wiesław) też napisał kiedyś piękny tekścik o koniu rozpędzonym, który pędzi i nie może się zatrzymać. Gdyby to uczynił, pękłoby mu serce. Bardzo osobisty tekst. O nim, ale też i o mnie. Pandemia uświadomiła mi, że od ponad pół wieku już biegnę. Podobne myśli miałam kilka lat temu, gdy Ela Baniewicz wydała książkę o mnie. Kiedy zobaczyłam, ile zagrałam ról, to pomyślałam: „Chyba żyłam 200 lat”.

To prawda, zestawienie ról w „Dymnej” jest imponujące.

Mogę powiedzieć, że w życiu wykorzystałam każdą chwilę. Kiedy byłam młoda, szalałam, bawiłam się, popełniałam różne głupoty, ale radosne. One mnie nie wykańczały. Otworzyłam fundację, od ponad 20 lat prowadzę Salony Poezji i program telewizyjny „Spotkajmy się”. Uczę też studentów. Rzeczywiście, robię dużo rzeczy, ale nigdy nie miałam ich dość. Oczywiście, są takie momenty, kiedy jestem zmęczona, ale mam na to sposób. Otóż kiedy wykańcza mnie praca w fundacji, to z lubością idę do teatru, by na scenie zapomnieć, choć na chwilę, o codzienności i jej dramatach. Tam odpoczywam. Jak jestem zmęczona nagraniami, idę odpocząć do swoich podopiecznych. W jednej przestrzeni odpoczywam od drugiej. Jestem trochę jak prądnica. Cały czas muszę się kręcić, by ładowały mi się siły. Chyba mi się to udaje tylko dlatego, że wszystko, co robię - kocham. To jest mój akumulator.

Wielu z nas chciałoby tak umieć. Jak się tego nauczyć?

Mam to szczęście, że byłam wspaniale wychowywana. Mama i tata nauczyli mnie pracowitości, odwagi w działaniu, uczciwości. Mój tata umiał wszystko robić. Mama była prawdziwym dobrem, łagodnością… aniołem. Do tej pory są moimi wzorcami. A potem, jak już byłam żoną Dymnego, to myśmy sami robili meble, torebki, szyliśmy futra. Wszystko robiliśmy razem. Od świtu do nocy. Takich miałam ludzi wokół siebie, dlatego jestem pracowita. Oprócz siły trzeba mieć wiarę w siebie.

Nie spotyka się Pani czasem z tym, że ludzie dziwią się, że tyle Pani pracuje, oddając czas i siły innym?

Czasem tak - bo to prawda, że dużo robię. Mimo że od dziewięciu lat mogłabym być tylko na emeryturze, poszłam na nią dopiero
w sierpniu, ale ciągle gram w Starym Teatrze. Nieraz słyszałam: "Jeszcze się nie nagrałaś? Taka pazerna jesteś na role?” Jak wytłumaczyć, że to po prostu kocham? Nie chcę z niczego zrezygnować, póki mam siły. A z fundacji nie mogę zrezygnować. Nigdy. Jestem tam wolontariuszem, mam podopiecznych. To poważne zobowiązanie. Nie mogę im powiedzieć: „Dziękuję bardzo, odechciało mi się”. Nigdy ich nie opuszczę z własnej woli. Poza tym nie znoszę nic nie robić. Kiedy bezczynnie siedzę, doskwierają mi wszystkie choroby, o których staram się zapomnieć. Bezruch mnie wykańcza.

Ale nie ma czasem Pani tak po prostu, po ludzku dość?
Wiem, że to dziwne, ale nie. Im więcej robię, tym bardziej mi się chce robić. Nienawidzę bezczynności. Czasem, oczywiście, jest mi
ciężko. Bo pomaganie innym to są nieustanne nerwy, nieprzespane noce. Ktoś umiera, kogoś trzeba ratować...

No właśnie, robi Pani bardzo dużo dla innych. Czy nigdy nie myśli Pani o sobie?
Wiem, że dla niektórych to truizm, ale to prawda. Nienawidzę zajmować się sobą. Największą radość czerpię z życia, kiedy mogę
poświęcać czas komuś innemu. By być szczęśliwym, nie można też rozpamiętywać złych rzeczy. Pamięć można ćwiczyć mądrze i nauczyć się, jak ma pomagać żyć. Kiedy ktoś w życiu zrobił ci jakieś świństwo, zapomnij o tym na drugi dzień, jak ten ktoś się nazywa. Nie wolno tego nosić w sobie. Ja nie mam siły na nienawiść.

I udaje się tak z dnia na dzień zapominać?

Od lat ćwiczę, więc często się udaje (śmiech). Drzazgi trzeba natychmiast wyciągać. Muszę tak robić, bo za dużo złego spotkało mnie w życiu. Gdyby nie to moje zapominanie, już dawno byłabym rozgoryczoną, starą babą. A tak to jestem tylko stara. Świat jest coraz trudniejszy.

Mam wrażenie, że ma coraz więcej zła w sobie...

Bo ludzie są samotni i mają coraz większe kompleksy. Gdy rozmawiam z młodymi ludźmi, to większość jest z rozbitych rodzin. Każde zło trzeba jednak zwyciężać dobrem. Nie dajmy go w nas zniszczyć. Wiem, że to brzmi naiwnie i dość ewangelicznie. Wielu ludzi to drażni. Trudno. Często, by zrozumieć świat i ludzi, świadomie patrzę na niego oczami dziecka. I to mi pomaga pojąć najbardziej zagmatwane problemy. Uśmiecham się więc, gdy czytam jakieś hejty, gdy coś bardzo boli i robię swoje. Nie mam siły na bezsensowną walkę na polu bagna.

Nie mogę dać się prowokować, bo się w tym bagnie utopię. Sprawdzam czasem, co wywołuje w ludziach tyle nienawiści. Kiedyś w mediach społecznościowych napisałam taki post: „Drogi Przyjacielu, dziękuję ci, że biegłeś na rzecz mojej fundacji. Każdy Twój krok to uśmiech mojego podopiecznego”. I ruszyła lawina. Ktoś napisał, że nie jest żadnym moim przyjacielem. Wulgarnie. Poniżej pojawiło się tysiące wpisów, jatka. Wtedy odpisałam: „Drogi Przyjacielu, jeśli sprawia Ci ulgę, że mnie tak opluwasz, jeśli Tobie to jest potrzebne, mogę i do tego służyć”. No i wygrałam. Opluwający przeprosił mnie, po kilku godzinach opluwania. Podobno był przekonany, że ktoś się pode mnie podszywa. Czasem hejty bardzo bolą. Ale lepiej sobie popłakać w poduszkę, niż „kopać się z koniem”. Przerażają też czasem pytania „mądrych” ludzi: A po co pani wydaje społeczne pieniądze na debili? A nie lepiej pomóc zdolnemu dziecku? Nie ma na to odpowiedzi. Można tylko zapłakać.

Dlaczego więc Pani pomaga? W ten sposób bardzo się Pani naraża.

Od lat mam problem z odpowiedzią na to pytanie. Małgosia Chmielewska jest zakonnicą, więc może wszystko na Boga zrzucić. Janeczka Ochojska może powiedzieć, że kiedyś sama otrzymała pomoc, zna los osoby niepełnosprawnej… I dają jej spokój. A mnie ciągle pytają. Właściwie nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. Janeczka poradziła mi: „Odpowiadaj: robię to, bo pani tego nie robi!” (śmiech).

A tak naprawdę sprawia mi to działanie prawdziwą radość, a co ważniejsze, nadaje głęboki sens mojemu życiu. Kiedy zakładałam fundację, pojechałam do Jurka Owsiaka, by mi dał jakieś wskazówki. Nie znaliśmy się jeszcze wtedy dobrze. On mi powiedział: „Anka, rozsądna jesteś, silna, masz pasje - dasz sobie radę. Musisz tylko pamiętać, że kiedy zaczniesz robić ważne i dobre rzeczy, niektórzy zaczną cię atakować. Musisz być niezłomna. Rób swoje, bo to będzie znaczyło, że robisz coś ważnego”. Miał rację.

I tak Pani „robi swoje” od ponad 20 lat.

Zaczęło się w podkrakowskich Radwanowicach, gdzie ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zaleski prowadzi schronisko dla dorosłych osób z niepełnosprawnością intelektualną. W 1999 roku zaprosił mnie na przegląd twórczości muzyczno-teatralnej swoich podopiecznych. Bałam się tego spotkania. Nigdy nie znałam takich ludzi i nawet nie wyobrażałam sobie kontaktu z nimi. Za komuny nie było ich w naszej rzeczywistości, w naszym codziennym życiu. Byli izolowani, żyli gdzieś wstydliwie i w ukryciu. Gdy w 1973 roku wyjechałam do Londynu z przedstawieniem „Noc listopadowa”, to pomyślałam sobie: „Boże, jacy ci Anglicy są biedni, ilu oni mają ludzi
niepełnosprawnych, a my jacy szczęśliwi, kraj mlekiem i miodem płynący”.

Parę razy spotkałam tylko w kościele kogoś z porażeniem mózgowym. Nie wiedziałam jeszcze wtedy, co to za choroba. Zastanawiałam się: „Jak ksiądz takiemu pokręconemu, na wózku, co nic nie rozumie, może dawać komunię?” Nie zdajemy sobie sprawy, że tacy chorzy mają tylko zepsute przekaźniki, a w środku są bardzo inteligentnymi, wartościowymi ludźmi. Poza tym my, aktorzy, jesteśmy rozpuszczeni okropnie. Jak gdzieś idę, to do dziś jest: o, Ania Pawlaczka! Marysia Wilczur! Wszyscy nas znają, wiedzą o nas więcej, niż my sami o sobie. Pojechałam jednak do tych Radwanowic. I nagle znalazłam się wśród osób, które w większości nie wiedziały, że jestem aktorką.

Przeżyła Pani szok?
Poczułam się wśród nich, jak na jakiejś dziwnej, obcej planecie. Zawsze chciałam zbliżyć się do takich ludzi. Dużo o nich czytałam.
Pamiętam, jakby to było wczoraj. Wszyscy równocześnie coś do mnie mówili, wyrzucali z siebie niezrozumiałe często słowa, krzyczeli, całowali, ściskali, tulili się. Cieszyli się, że jestem. To rzadkie uczucie. Przez pierwsze pięć minut myślałam, że oszaleję. Ale po chwili poczułam się potrzebna, kochana… Naprawdę.

To był dla mnie ważny egzamin, który odmienił moje życie. Poznałam inne, nieznane mi piękno. Zaprzyjaźniłam się z nimi. Zaczęłam pomagać terapeutkom, robić z nimi przedstawienia w teatrze „Radwanek”. Zorganizowałam festiwal „Albertiana”. Wtedy od Fundacji im. Brata Alberta dostałam Medal św. Brata Alberta. Pomyślałam sobie wtedy: „za co?!” Okropnie się zawstydziłam i stwierdziłam, że naprawdę muszę na niego zasłużyć. I gdy moim niepełnosprawnym intelektualnie przyjaciołom działa się krzywda, założyłam fundację „Mimo Wszystko”, by pomóc im godnie żyć i częściej się uśmiechać.

Kazimierz Kutz mówił o Pani: Święta kobieta. Nie bez powodu kilka tygodni temu została Pani pierwszą w historii laureatką nagrody jego imienia.
Kazio był prześmiewcą i za to go kocham. Był bardzo ważny w moim życiu. Dawał odwagę, radość, prawdę. To on nauczył mnie,
że trzeba się brać w garść, wyrażać swoje zdanie, mieć dystans. Jest mi niebywale żal, gdy tacy ludzie odchodzą…

Czy chciałaby Pani czasem zatrzymać czas?
Nigdy nie chciałabym niczego zatrzymać. Każda rzecz ma swój czas… Każdy wiek mi się podoba. Najważniejsze, żebym w środku się nie zmieniła. Kiedyś zrobiłam program o starości. Gościem była cudowna pani profesor Klementyna. Zapytałam ją, co
zrobić, żeby na starość tak się spokojnie uśmiechać jak ona. Powiedziała, że trzeba zbierać skarby całe życie i żyć pełnią życia.
Ta staruszka mówiła mi: „Proszę pani, ja teraz zamykam oczy - chociaż nie muszę zamykać, bo już prawie nic nie widzę - i jestem,
gdzie chcę być”. Była geologiem, jeździła po świecie, prowadziła wykopaliska. Powtarzała: „Jestem szczęśliwa, mam przyjaciół, studentów, mam czas, mam swoje skarby w pamięci”.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie