Hasior wciąż niezrozumiany

Marek Lubaś-Harny
Grające Organy na przełęczy Snozka. Pomnik  jak wcześniej rdzewiał, tak rdzewieje nadal
Grające Organy na przełęczy Snozka. Pomnik jak wcześniej rdzewiał, tak rdzewieje nadal Stanisław Zachwieja
Udostępnij:
Choć w czasach PRL tolerowany był przez władze z uwagi na międzynarodowe uznanie, jakie zdobył, także wówczas nie był rozumiany nawet w rodzinnym Nowym Sączu. A przecież do końca życia zachował dla rodzinnego miasta sentyment, mimo że w dzieciństwie miał tu ostro pod górkę. Postać Władysława Hasiora przypomina.

W lipcu 10. rocznica śmierci Władysława Hasiora przeszła niemal niezauważona. Na wiosnę coś się wprawdzie przebąkiwało, że z tej okazji Grające Organy na przełęczy Snozka zostaną wreszcie odnowione. Jednak do tej pory to nie nastąpiło. Pomnik jak wcześniej rdzewiał, tak rdzewieje nadal.

W zamian otrzymaliśmy polityczno-historyczny spektakl, który wciąż trwa. Osoba artysty, jednego z najoryginalniejszych twórców, jakich miała Polska w XX stuleciu, została przy tym zepchnięta na daleki plan.
Powiem od razu, że jak zawsze podziwiałem niezwykłą wyobraźnię Hasiora, tak nigdy nie byłem fanem Grających Organów. Akurat te żelazne szpikulce na Snozce jakoś do mnie nie przemawiają, w przeciwieństwie do innych jego plenerowych rzeźb, zwłaszcza tych, w których łączył tradycyjne tworzywo z płonącym ogniem. Jednak to, co się ostatnio wokół Organów wyprawia, budzi grozę.

Pomnik żydokomuny?

Kto Grające Organy oglądał tylko z okien samochodu czy autobusu, może w ogóle nie zrozumieć, o co cała awantura. Z dołu widać abstrakcyjną rzeźbę, ideologicznie całkowicie obojętną. Trzeba dopiero wspiąć się na pagórek, pod sam pomnik, aby ujrzeć kamienną płytę z kilkoma leżącymi postaciami i napisem "Wiernym synom ojczyzny poległym na Podhalu w walce o utrwalenie władzy ludowej". Teraz już rozumiemy oburzenie niektórych środowisk na wieść o planach renowacji pomnika.

Przyznajmy, że stan rzeźby jest katastrofalny, co z bliska widać bardzo wyraźnie. Przez 20 ostatnich lat, a zapewne i dłużej, nikt jej nie konserwował, nikt nie dbał ani o sam pomnik, ani o jego otoczenie, które przez ten czas nieco się zmieniło. Na stoku wyrósł spory las, który niedługo przysłoni widok na Organy od strony szosy. Przy parkingu pasą się owce i przejezdni, którzy się tu zatrzymują, na ogół najpierw zainteresowani są oscypkami w bacówce. Dopiero później zauważają pomnik Hasiora i pytają: "A co to?".

Podchodzą bliżej i widzą stalową konstrukcję zardzewiałą tak, że niedługo zacznie zagrażać bezpieczeństwu, a pod nią nieszczęsny napis. W słowie "utrwalenie" jakiś dowcipniś, a może domorosły cenzor, skuł pierwsze trzy litery. Kto ciekawy, niech sobie odczyta całą inskrypcję bez tych liter. Konstrukcję pokrywają napisy jeszcze bardziej obraźliwe, w rodzaju: "Pomnik żydokomuny - zdrajcom Polski".
Turyści dziwią się też nazwie, bo nie słychać, żeby coś grało. A prawda jest taka, że Organy nigdy nie grały, bo nigdy, wbrew wizji artysty, nie zainstalowano piszczałek, na których własne melodie miały wygrywać górskie wiatry.

Władze gminy Czorsztyn, na której terenie stoi rzeźba, już w ubiegłym roku ogłosiły zamiar jej odnowienia. W imieniu Społecznego Komitetu Pamięci Konfederacji Tatrzańskiej, ROCH-a i Zgrupowania "Błyskawica" zaprotestował wtedy podharcmistrz Adam Błaszczyk z Ludźmierza. Nazwał on pomnik Hasiora "ubeliskiem", dodając: "Obrona pomników komunizmu jest w dzisiejszych czasach makabrycznym przykładem zniewolonego umysłu homo sovieticus". Prawdziwa afera wybuchła jednak na początku września, kiedy opinię na temat pomnika wydał IPN:

"Niewątpliwie odnowienie go i pozostawienie w miejscu, w którym został umieszczony w epoce komunizmu, nadałoby mu na nowo rolę narzędzia indoktrynacji politycznej, propagującej treści i przesłanie nie do pogodzenia z obowiązującym prawem, w tym zapisami Preambuły i art. 13. Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej oraz art. 256. Kodeksu Karnego".
Ofiara ignorancji

Profesor Andrzej Szarek, rzeźbiarz, kiedyś wieloletni przyjaciel Hasiora, ma na ten temat własne, zdecydowane zdanie, którego nie kryje.

- Ludzie, którzy zatrzymali się mentalnie w XIX wieku, którzy nie potrafią pojąć wizji takiego artysty jak Hasior, zajmują się tym, co pojąć potrafią, czyli bzdurami - mówi.

I przypomina, że artysta, choć w czasach PRL tolerowany przez władze z uwagi na międzynarodowe uznanie, jakie zdobył, także wówczas nie był rozumiany nawet w rodzinnym Nowym Sączu. A przecież do końca życia zachował dla rodzinnego miasta sentyment, mimo że w dzieciństwie miał tu ostro pod górkę. Nieżyjąca już Irena Styczyńska, współautorka książki o Hasiorze, tak go wspominała

- Władek po wojnie żył w wielkiej biedzie. Roznosił po domach bułki od piekarza Migacza i z tych groszy się utrzymywał.

Chłopak z rozbitej rodziny, wyrzucony przez ojczyma z domu, miał mimo wszystko szczęście. Znaleźli się w Nowym Sączu życzliwi ludzie, którzy wysłali go do Zakopanego, do liceum Kenara, wyposażyli na drogę, a i w następnych latach wspomagali ubogiego ucznia, a potem studenta ASP w Warszawie. Po latach chciał się miastu odwdzięczyć, projektując niezwykły pomnik rozstrzelanym w Nowym Sączu. Miejscy władcy nie dorośli jednak do tego, by ów niezwykły dar przyjąć. Irena Styczyńska wspominała:

- Z początku władze zapaliły się do idei i Władek rozpoczął już realizację pomnika na Zabełeckiej Górze. Pamiętam to bardzo dobrze, bo niezwykły był sposób, w jaki powstawały rzeźby. Formy kopał w ziemi, w dołach układał szkielet z prętów zbrojeniowych i zalewał betonem. Rzeźby miały płonąć żywym ogniem, a przypominały jakby postaci wiszące na krzyżach. Okazało się to nie do strawienia dla partii.
Ówczesny przewodniczący Prezydium Miejskiej Rady Narodowej Ryszard Wolny, otwierając w roku 1967 pierwszą sądecką wystawę Hasiora, rozpływał się w zachwytach. Było to świeżo po sukcesach artysty za granicą, więc nie wypadało inaczej. Jednak na postawienie pomnika w Nowym Sączu partia nie pozwoliła.

- Myślę, że obok ideologii winna była także totalna ignorancja władz w sprawach sztuki - uważa Andrzej Szarek. - Pod tym względem niewiele się zmieniło.

Sprawa pomnika rozstrzelanych powróciła po roku 1975, kiedy Nowy Sącz został miastem wojewódzkim i szukał nowych oznak prestiżu, a projekt Hasiora dostał tymczasem Nagrodę Ministra Kultury i Sztuki. Jednak do realizacji i tym razem nie doszło
- Jakiś idiota dla odmiany wymyślił, że ogień w rzeźbach Hasiora ma być hołdem dla partyzanta Ognia - przypomina sobie Szarek. - Znałem Hasiora dwadzieścia lat i jestem pewien, że taka myśl mu nie zaświtała ani przez sekundę. On w swoich rzeźbach był poetą, a nie publicystą.

Niech Organy zagrają

Artyście niezrozumienie towarzyszyło przez całe życie. Zwłaszcza w rodzinnych stronach. Gorzką satysfakcją było uznanie za granicą. Co z tego, że pomysł pomnika rozstrzelanym w Nowym Sączu udało się wreszcie zrealizować w… Montevideo, stolicy Urugwaju? Co z tego, że w Södertälje pod Sztokholmem stanął Słoneczny Rydwan, dramatyczna kompozycja betonowych rumaków, płonących żywym ogniem?

Na Zachodzie Hasior jest uważany za jednego z pionierów pop-artu, ale on zawsze temu zaprzeczał, nie chciał uchodzić za naśladowcę Rauschenberga czy Warhola, którym rzeczywiście nie był. Tłumaczył, że pop-art wyrósł z tradycji wielkomiejskich, on zaś czerpie ze sztuki ludowej, że jego tradycje są tutejsze, sądeckie i podhalańskie. A właśnie tu nie chciano jego rzeźb. Kiedy więc pojawiła się szansa postawienia pomnika na Snozce, chwycił się jej.

- Na pewno nie myślał o żadnych utrwalaczach - mówi Szarek. - O ile wiem, miał to być hołd dla wszystkich ofiar walk bratobójczych. Tak, bratobójczych, bo choć jednych nazywano łańcuchowymi psami imperializmu, a drugich pachołkami Moskwy, jedni i drudzy byli Polakami. Tym napisem Hasior był zaskoczony i cierpiał z jego powodu.

Rzeczywiście, już w latach 90. artysta wystąpił z prośbą o zmianę treści napisu. Jednak w poprzedniej dekadzie zrobił parę głupstw, których mu nie zapomniano do śmierci, a nawet dłużej. Jako jeden z niewielu artystów poparł w telewizji generała Jaruzelskiego. Uścisnął rękę Urbanowi. I tak się jakoś złożyło, że akurat w roku 1985 otrzymał w Zakopanem autorską galerię, w dawnej leżakowni hotelu Warszawianka. Poszła fama, że w nagrodę za poparcie stanu wojennego. W rzeczywistości do powstania galerii Hasiora dopro- wadziły uporczywe, długoletnie starania ówczesnego dyrektora Muzeum Tatrzańskiego Tadeusza Szczepanka, jeszcze jednego nowosądeckiego emigranta, dziś już także nieżyjącego. No tak, ale pozostaje pytanie, czy gdyby Hasior zachował się inaczej, miałby galerię?

Jego obrońcy twierdzą, że artysta po prostu prowadził z władzą grę, jak wielu innych, którzy tylko byli bardziej cwani i wcześniej przeskoczyli na drugą stronę. Prawdą jest, że Władysław Hasior nie zabiegał w życiu o nic, poza swoją sztuką. Nigdy nie miał własnego mieszkania. Jego rodzina szybko się rozpadła. Mieszkał byle gdzie, ubierał byle jak, żywił się zupkami z torebek. Jeśli zawinił, to nie dla własnego interesu.

- Przestańmy już katować się przeszłością - apeluje Andrzej Szarek. - Cieszmy się, że mamy w Polsce choć jeden pomnik, który jest wybitnym dziełem sztuki. Naszym obowiązkiem jest nie tylko wyremontować Organy, ale dokończyć je, zgodnie z zamysłem Hasiora. Niech wreszcie zagrają.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie