Julia Chmielnik: Brakuje mi taty, naszych długich rozmów

    Julia Chmielnik: Brakuje mi taty, naszych długich rozmów

    Katarzyna Kojzar

    Gazeta Krakowska

    Aktualizacja:

    Gazeta Krakowska

    Córka znanego aktora, dyrygentka, uznana instruktorka dykcji i śpiewu Julia Chmielnik opowiada o dzieciństwie w Krakowie i swojej dzisiejszej pracy w show-biznesie.
    Julia Chmielnik: Brakuje mi taty, naszych długich rozmów

    ©fot. Bartek Syta

    Da się strzec prywatności, będąc osobą publiczną?
    To bardzo trudne. Niektórzy artyści w show-biznesie rozumieją, że to jest element ich pracy, że tak jest skonstruowany świat. Widzowie chcą wiedzieć więcej, dlatego tabloidy tak dobrze się sprzedają. Każdy musi podjąć decyzję, ile chce pokazać, a ile zachować dla siebie. Rzeczywiście, ja i moja rodzina byliśmy przez chwilę gorącym tematem dla tabloidów. Ale to, co się pojawiało, było zazwyczaj wytworem wyobraźni piszących.

    Czyta Pani komentarze w internecie na swój temat?
    Zdarzyło mi się, ale to nie wpływa dobrze na psychikę. Anonimowość w internecie daje pole do popisu, do oceniających, często wulgarnych wypowiedzi.
    Mam już grubszą skórę, ale było to dla mnie przykre, kiedy czytałam komentarze niemające żadnego związku z rzeczywistością. Najgorzej, że tego nie da się zatrzymać, nikt jeszcze nie wymyślił, jak chronić publiczne osoby przed internetową nienawiścią. Tak, że parę razy poczytałam i dałam sobie z tym spokój.

    Ale media chyba interesowały się Pani rodziną od zawsze?
    Oczywiście, jako dziecko znanego aktora miałam z tym kontakt i rozumiałam te mechanizmy. Dlatego dość łatwo się uodporniłam. Najgorsze mam za sobą, nic mnie już nie zaskoczy i nie skrzywdzi.

    Jakie było Pani dzieciństwo?
    Mam bardzo dobre wspomnienia z dzieciństwa. Było w nim dużo muzyki, bo od małego mama, która pracowała jako dyrygent, zabierała mnie do pracy, gdzie mogłam słuchać i obserwować. A jeśli nie szłam z mamą, tata brał mnie ze sobą do teatru na próby. Grasowałam po magazynach z kostiumami i po scenie. To było magiczne dzieciństwo, inne niż wszystkie. Było w nim mało zabawy na podwórku, grania w piłkę, bawienia się lalkami, a dużo uczestniczenia w życiu artystycznym rodziców. Ale to było cudowne, zbudowało mnie i stworzyło jako artystkę. Miało wpływ na moje późniejsze decyzje - zdawałam do szkoły teatralnej i do Akademii Muzycznej. Dostałam się do tej drugiej i tam już zostałam.

    Jednak miała Pani epizod aktorski.
    Tak. Jak już mówiłam, zagrałam raz w musicalu "Grają naszą piosenkę" w Gliwickim Teatrze Muzycznym. To była główna rola, która wymagała ode mnie przebierania się do każdej sceny. Przez dwie godziny śpiewałam, grałam, zmieniałam stroje. To było ogromne wyzwanie i wielka przygoda, która wiele mi dała. Dzięki temu wiem, jaka to adrenalina i jaki trud. Rozumiem, co czują moi podopieczni w programie.

    Czyli aktorską tradycję kontynuuje jedynie Pani brat.
    Tak, ja nie poszłam w ślady ojca, ale Igor jest aktorem w teatrze w Słupsku i świetnie sobie tam radzi.

    Wasz dom był typowym, otwartym domem artystów?
    Rodzice mieli paczkę znajomych aktorów, z którymi grali w ambasadora, czyli kalambury. Bawili się tak całymi wieczorami, odgrywali różne scenki, pękali ze śmiechu. Tuptałam do nich, żeby zobaczyć, co się dzieje, żeby przez chwilę uczestniczyć w tych zabawach i śpiewach. Tata nie był tylko aktorem, ale także reżyserem i dramaturgiem, więc często wśród naszych gości toczyły się dyskusje o teatrze. To nieuniknione, kiedy wykonuje się artystyczny zawód. Inaczej wyglądają rozmowy w domach prawników, lekarzy, a inaczej wśród aktorów. Aktorstwo niesie za sobą niepowtarzalny temperament.

    Oglądała Pani tatę na ekranie?
    Oczywiście. Pamiętam, że kiedy tata kręcił "Kingsajz", gdzie grał krasnoludka, bardzo chciałam wiedzieć, o czym będzie film. Byłam dumna z bycia córką krasnoludka, ale ciekawiła mnie fabuła. W końcu tata dał się namówić na opowieść, ale całą historię zmyślił - zresztą jak wszystkie bajki, które mi opowiadał. Kiedy obejrzałam film, byłam na niego wściekła, że tak mnie nabrał. Z drugiej strony bardzo mi się podobał, chociaż byłam dzieckiem i nie rozumiałam wielu ukrytych znaczeń, odnoszących się do ówczesnej sytuacji politycznej.

    To jest Pani ulubiony film z udziałem ojca?
    Tak, chyba do niego mam największy sentyment.

    Zdradzi Pani, jakim ojcem był Jacek Chmielnik?
    Kiedy byłam mała, dużo razem podróżowaliśmy, bawiliśmy się razem. Gdy dorosłam, tata stał się autorytetem, któremu bardzo chciałam dorównać, uczyłam się od niego. Był znakomitym partnerem do rozmowy na każdy temat, miał ogromną wiedzę, którą mi imponował. Mogliśmy rozmawiać o wszystkim - od polityki, przez ekonomię, aż po sztukę. Brakuje mi go. Nie ma na świecie drugiego takiego partnera do rozmowy.

    W święta tęskni się bardziej?
    Zdecydowanie. To są szczególne momenty, które zawsze spędzaliśmy razem. W moim domu Boże Narodzenie zawsze było bardzo rodzinne - śpiewaliśmy kolędy, mieliśmy choinkę, która czubkiem zahaczała o sufit, na stole pojawiały się tradycyjne potrawy. Rodzice zawsze przed Wigilią przez całą noc przygotowywali karpia w galarecie. Tych ich głosów nad garnkami bardzo mi teraz brakuje. Brakuje jego obecności. Ta tęsknota odzywa się we mnie szczególnie w czasie świąt.

    Widzi Pani w sobie jakieś cechy ojca?
    Na pewno to, jak funkcjonuję w pracy. Tata też wchodził w każde przedsięwzięcie w stu procentach, cały siebie oddawał, bo wiedział, że sukces może wyniknąć jedynie z umysłu, z duszy i z mozołu. Obserwowałam go, kiedy pracował i teraz widzę, że robię podobnie. To się sprawdza. Nie da się robić czegoś na pół gwizdka, wchodzić w coś jedną nogą, bo to po prostu nie zadziała.

    To dzieciństwo, o którym Pani opowiada, jest nierozerwalnie związane z Krakowem. Tęskni Pani za tym miastem pracując w Warszawie?
    Trafiła pani w samo sedno. Kraków przez lata wypełniał mnie całą, spędziłam tu piękne dzieciństwo, cudowną artystyczną młodość z przyjaciółmi. Część z nich została muzykami, część aktorami. Mam naprawdę wspaniałe wspomnienia związane z Krakowem. Mieszkałam w centrum, więc wszędzie poruszałam się piechotą. Tęsknię za tym. Brakuje mi też tej krakowskiej łatwości kontaktu, spokoju w codziennym życiu. W Warszawie wszyscy pędzą.

    Ma Pani nadal swoje ulubione miejsca pod Wawelem?
    Mam, i to mnóstwo! Mieszkałam na ulicy Łobzowskiej i bardzo lubię tam wracać. Nie mam już tego mieszkania, ale czasami podchodzę pod swój dawny dom. Na Plantach mam swoją ławkę, na której siadywałam w liceum - niedaleko ulicy Basztowej, bo tam była moja szkoła. Uwielbiam Kazimierz, miejsca, gdzie spotykałam się z przyjaciółmi. Lubię ulicę św. Tomasza, którą przemierzałam setki tysięcy razy idąc do Akademii Muzycznej. Mam swoje ulubione knajpki, lubię spacerować po Rynku Głównym.

    Chciałaby Pani tu wrócić?
    Bardzo! Kiedy tylko mam wolny weekend, jadę do Krakowa, zabieram tam dzieci, które też są zachwycone tym miastem. Kraków kusi i mam nadzieję, że kiedyś tu wrócę. Na stałe.

    Czym jest dla Pani muzyka?
    Muzyka towarzyszyła mi od zawsze, od wczesnych lat dziecięcych. Chodziłam do podstawówki muzycznej, do liceum muzycznego. Później dostałam się na Akademię Muzyczną. Dodatkowo moi rodzice byli muzykalni, tata grał na gitarze, mama na pianinie, dużo razem śpiewaliśmy. Muzyka wypełnia praktycznie całe moje życie.

    Próbuje Pani nią zarazić swoje dzieci?
    Tak! Dziewczynki bardzo lubią, kiedy siadam do instrumentu, gram, śpiewam piosenki. Mimo wszystko wciąż czasu na takie chwile jest za mało.

    Ma Pani swój ulubiony instrument muzyczny?
    Do grania czy słuchania?

    Zacznijmy od grania.
    Uczyłam się gry na fortepianie, więc na nim gram najlepiej. Ale czasami próbuję zagrać na gitarze taty i chciałabym też nauczyć się grać na akordeonie. Z kolei jeśli chodzi o słuchanie, to uwielbiam wiolonczelę.

    Nie ma Pani czasami dość tej muzyki?
    Istnieje pewien poziom przesycenia. Kiedy byłam na studiach, nie mogłam na przykład słuchać muzyki rozrywkowej po zajęciach, po prostu nie miałam już na to miejsca w głowie. Całe dnie spędzałam z muzyką, w szkole wciąż było słychać kakofonię dźwięków z różnych sal, gdzie jedni ćwiczyli śpiew, inni grę na instrumencie. Kiedy wracałam do domu, byłam złakniona ciszy. I tak jest do dziś.

    Al też dzisiaj chyba trudniej jest Pani uciec od muzyki rozrywkowej. Pracuje Pani z uczestnikami telewizyjnego programu "Twoja twarz brzmi znajomo". Jak wygląda przygotowanie takiego widowiska?
    Ta praca ma wiele etapów. Moja rola zaczyna się od analizy repertuaru, poprzez godziny spędzone na sali prób, później w studiu, gdzie uczestnik po raz pierwszy mierzy się ze sceną, kamerami, charakteryzacją. Biorę udział w każdym etapie przygotowań. Piosenki uczestnikom przydzielane są na drodze losowania, nigdy nie wiadomo, na co się trafi. Ja, jako trener, muszę później tak ustalić tonację, żeby artysta był w stanie to w ogóle zaśpiewać. Na szczęście podkłady są nagrywane na żywo, w studiu, więc tą tonacją możemy trochę pomanipulować.

    Jak się pracuje z gwiazdami? Są trudnymi uczniami?
    Wręcz przeciwnie! Ja miałam bardzo dużo szczęścia i trafiałam na świetnych ludzi. Paulla i Paweł Tucholski, którymi zajmowałam się podczas pierwszej edycji, byli cali utkani z emocji, więc oprócz roli trenera odgrywałam też trochę rolę psychologa. W drugiej edycji trafili mi się dwaj aktorzy - Marcin Przybylski i Jacek Kawalec - którzy wynieśli z teatru etos pracy, nie spóźniali się na próby, działali z pasją i z humorem. Nigdy nie zobaczyłam u nich żadnych zadartych nosów czy fochów.

    Stresuje się Pani, kiedy podopieczni już są na scenie?
    Ja chyba ze wszystkich trenerów przeżywam to najbardziej! Zawsze podchodzę do swojej pracy z pasją, angażuję się całą sobą. Ale nie jest to dla mnie obciążenie, lubię ten stan. Przeżywam z moimi podopiecznymi każdą nutę i każde słowo, a później, po nagraniach, długo nie mogę zasnąć. Zresztą, zawsze chciałam tak pracować. Zawsze chciałam, żeby praca dostarczała mi emocji, które zostaną we mnie na dłużej i dadzą siłę do dalszego działania.

    Pani z wykształcenia jest dyrygentem. Ta profesja pomaga dziś przy trenowaniu śpiewu?
    Bardzo pomaga! Pozwala mi analizować to, co w utworze dzieje się w całej strukturze muzycznej, nie tylko w wokalnej. Dyrygent musi rozumieć muzykę, żeby opowiadać ją całej orkiestrze czy chórowi. Uwielbiam ten zawód, bardzo się cieszę, że mogę od czasu do czasu pracować także jako kierownik muzyczny przy różnych wydarzeniach. Mam wtedy okazję realizować się przygotowując zespoły i aranżacje.

    Proszę powiedzieć - czy każdego można nauczyć śpiewać?
    Ja się nigdy nie poddaję, nawet jak mam trudny materiał, a cel jest z pozoru nieosiągalny. Robię co w mojej mocy i zazwyczaj się udaje. Są takie osoby, które nie mają słuchu, ale i tak chcą nauczyć się śpiewać. To wymaga od nich wielkiej determinacji, bo muszą rozwinąć się muzycznie, nie tylko na gruncie wokalnym. Sprawia im to więcej trudności niż komuś, kto jest obdarzony naturalnym talentem, ale... nie ma rzeczy niemożliwych.

    Która praca daje najwięcej satysfakcji - trenera, dyrygenta, czy może jurora w precastingach do "Must be The Music. Tylko Muzyka"?
    Z każdego zadania wyciągam to, co dla mnie jest najciekawsze. Lubię mieć wpływ na to, co się dzieje, dlatego wybrałam zawód dyrygenta. Bo dyrygent jest jeden i ma największą moc w kreowaniu dzieła, łączy i spaja wiele elementów, pracując na końcowy efekt. Taką pracę lubię najbardziej.

    Większość Pani zajęć koncentrowała się i koncentruje nadal wokół telewizyjnych programów typu talent - show. Jedni je uwielbiają, a inni krytykują. Co, zdaniem Pani, dają takie programy widzom i uczestnikom?
    Widzowie chcą je oglądać, bo z ciekawością patrzy się i słucha głosów, które robią wrażenie. Z kolei uczestnicy takich programów pragną się sprawdzić, pokazać szerszej publiczności, wyjść dalej, poza swoje lokalne otoczenie. Chcą wystąpić na większej scenie niż ta, jaką mają w swoim pobliskim domu kultury. Czasami zdarza się, że osoba z małej miejscowości wychodzi na scenę i porywa miliony widzów. Można wtedy być świadkiem czegoś naprawdę fascynującego i powiedzieć: Tak się rodzą gwiazdy!

    Julia Chmielnik, ur. 1981. Skończyła Akademię Muzyczną na Wydziale Twórczości, Interpretacji i Edukacji Muzycznej. Dyrygenturę studiowała pod kierunkiem prof. Stanisława Krawczyńskiego. W 2005 r. debiutowała jako aktorka w polskiej prapremierze musicalu "Grają naszą piosenkę". Była żona Huberta Urbańskiego.

    Jacek Chmielnik (1953-2007) aktor, reżyser, dramaturg oraz prezenter telewizyjny. Znany z ról w filmach Vabank i Kingsajz. Prowadził w TVP1 teleturniej "Kochamy polskie seriale"

    Zobacz najświeższe newsy wideo z kraju i ze świata
    "Gazeta Krakowska" na Youtubie, Twitterze i Google+
    Artykuły, za które warto zapłacić! Sprawdź i przeczytaj

    Codziennie rano najświeższe informacje z Krakowa prosto na Twoją skrzynkę e-mail. Zapisz się do newslettera!

    Czytaj treści premium w Gazecie Krakowskiej Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecamy

    Wideo