Łukasz Surma pracuje w Watrze Białka Tatrzańska i mówi: W IV lidze też jest adrenalina

Bartosz Karcz
Bartosz Karcz
– Powtarzam swoim zawodnikom, że jeśli będą pracować, trenować regularnie, to spotkają nas na boisku piękne rzeczy – opowiada Łukasz Surma, wychowanek krakowskiej Wisły, były piłkarz m.in. Ruchu Chorzów, Legii Warszawa i Lechii Gdańsk, a od początku roku trener i zawodnik IV-ligowej Watry Białka Tatrzańska.

W maju 2017 roku Łukasz Surma rozegrał ostatni mecz w ekstraklasie w barwach Ruchu Chorzów. Nie minęło nawet dwanaście miesięcy, by wychowanek Wisły Kraków rozpoczął nowy etap w swoim życiu. Zimą w roli grającego trenera przejął zespół IV-ligowej Watry Białka Tatrzańska i radzi sobie bardzo dobrze. Watra jeszcze niedawno była drużyną z dołu tabeli, teraz włączyła się do walki o czołowe lokaty. Bardzo dobrze radziła sobie również w Pucharze Polski na szczeblu regionalnym, w którym doszła do półfinału w okręgu Nowy Sącz. Odpadła dopiero po rzutach karnych w starciu z Limanovią. Trudno w tym postępie gry drużyny nie dostrzec zasługi Surmy. Zresztą za pucharową porażkę Watra szybko zreważnowała się Limanovii, ogrywając ją już w lidze 3:2. I to na wyjeździe.

Jak to się stało, że piłkarz, który w ekstraklasie rozegrał dokładnie 559 meczów, trafił do IV ligi?
– Gdy zakończyłem karierę, pracowałem na początku jako koordynator grup młodzieżowych w Puszczy Niepołomice – opowiada Łukasz Surma. – Cały czas ciągnęło mnie jednak na boisko. W grudniu spotkałem się z prezesem Watry Andrzejem Rabiańskim. Dowiedziałem się, że szuka grającego trenera. Drużyna była na miejscu w tabeli, które go nie zadowalało, była zagrożona spadkiem. Widziałem po sobie, że ta propozycja mnie poruszyła. To nie było tak, że od razu dałem odpowiedź, musiałem to sobie przemyśleć. W końcu jednak powiedziałem, że tak, że dam z siebie „maksa” i tak się zaczęło.

Skąd wzięły się wątpliwości Surmy, skoro już gdy kończył karierę piłkarską podkreślał, że chciałby zostać trenerem?
– Wynikały z tego, że taki mam charakter, że jak w coś wchodzę, to na całego. A to niesie za sobą pewne koszty emocjonalne. Musiałem rzucić wszystko, co do tej pory robiłem. Wziąć na siebie pełną odpowiedzialność za drużynę. Dzisiaj wiem jednak, że podjąłem dobrą decyzję – wyjaśnia trener Watry.

Surma do Białki Tatrzańskiej trafił nie tylko po to, żeby prowadzić zespół, ale również pomóc drużynie na boisku. Jak sam przyznaje, na samym początku – mimo iż to IV liga – wcale nie było łatwo dotrzymać kroku podopiecznym.
– Czułem w nogach pół roku przerwy, oj czułem – uśmiecha się szkoleniowiec i zawodnik zarazem. – Okres przygotowawczy to była dla mnie udręka. Doszły mrozy, dojazdy do Białki. Wiedziałem natomiast, że jak zacisnę zęby, to moja dyspozycja szybko wróci do tego miejsca, w którym była, gdy kończyłem grać w Ruchu. Doszedłem teraz do takiego punktu, że gdy ostatnio graliśmy z rezerwami Sandecji, w której występowało kilku chłopaków z pierwszej drużyny, to dałem radę. Moi zawodnicy zresztą też. Mimo, że przegraliśmy 1:3, to potrafiliśmy długimi fragmentami dotrzymać im kroku. Różnica w takiej sytuacji musi być, ale wielu chłopaków w tej IV lidze naprawdę potrafi grać w piłkę. Powtarzam swoim zawodnikom, że jeśli będą pracować, trenować regularnie, to spotkają nas na boisku piękne rzeczy. A tak na marginesie, to fajnie było spotkać po drugiej stronie boiska Mateusza Cetnarskiego. Jeszcze niedawno graliśmy przeciwko sobie w ekstraklasie. Ja w Ruchu, on w Cracovii, a teraz spotkaliśmy się w IV lidze.

Surma podkreśla, że bez względu na poziom rozgrywkowy, jest jedno, co łączy grę w piłkę zarówno w ekstraklasie, jak i na poziomie IV ligi.
– Satysfakcja po wygrany meczu – podkreśla. – Ona jest podobna do tej, jaką odczuwałem przez te wszystkie lata występów w ekstraklasie. Taki mam charakter, że cieszę się nawet jak na podwórku wygram. Jest adrenalina. W ogóle sport daje mi tę satysfakcję i to chyba w tym wszystkim jest tak naprawdę najważniejsze.

Gra grą, ale Surma odpowiada też za cały zespół, a łączenie obowiązków trenera z tymi na boisku nie jest łatwe. Tym bardziej, że na co dzień trener mieszka pod Krakowem.
– W zimie to było bardziej uciążliwe, bo były ferie, ruch na drodze był większy – mówi trener. – Teraz zajmuje mi to godzinę z okładem w jedną stronę. Jeździmy we trzech. Zabieram bramkarza z Kalwarii i Bartka Kaszubowskiego, który był niedawno w kadrze Puszczy Niepołomice. Przypominają mi się stare czasy Ruchu Chorzów, gdy z Krakowa jeździliśmy na treningi razem na Śląsk z Rafałem Grodzickim, Mariuszem Stępińskim i Markiem Zieńczukiem.

W samej pracy trenera-zawodnika trzeba potrafić zachować odpowiedni dystans pomiędzy szkoleniowcem i piłkarzami.
– Na początku przebierałem się z chłopakami w jednej szatni, ale później doszedłem do wniosku, że trzeba dać im czasami się wygadać, nawet ponarzekać na trenera – puszcza oko szkoleniowiec Watry. – Powiedziałem im zatem, że będę przebierał się w budynku klubowym na górze, a oni mają czas dla siebie. Przed treningiem schodzę do nich jak normalny trener, omawiamy sobie wszystko i wychodzimy na zajęcia. Trudność zaczyna się w czasie meczu. Na początku odpuściłem kilka spotkań, żeby przyglądnąć się zespołowi z boku. Teraz raczej wychodzę na boisko. Muszę jednak rotować składem, bo natężenie meczów, jak na IV ligę jest dość duże.

Przy prowadzeniu drużyny na boisku, rodzą się również inne problemy.
– Schody zaczynają się w 60 minucie, bo trzeba coś zmieniać – wyjaśnia Surma. – Albo zawodników, albo ustawienie. Z boiska czasami mniej widać. W domu, już na chłodno, gdy analizuję swoje decyzje, dochodzę do wniosku, że mogłem zrobić coś inaczej. Zapisuję sobie te myśli, żeby później, w kolejnych meczach było już łatwiej podejmować decyzje. Sam też muszę trzymać poziom. Nie mogę być słabszy od chłopaków, bo oni też na mnie patrzą uważnie. To jest coś innego niż bycie samym trenerem. Z jednej strony to pomaga, z drugiej przeszkadza.

Trener Watry zmienił nie tylko pewne rzeczy na boisku, ale również w codziennym funkcjonowaniu zespołu.
– Przed moim przyjściem zespół trenował dwa razy. Odkąd jestem w Białce, trenujemy trzy razy w tygodniu, czwarty jest mecz – wylicza Surma. – Byłbym bardziej zadowolony, gdybyśmy mogli trenować cztery razy, ale muszę brać pod uwagę, że chłopaki mają też inne obowiązki, pracują. Mam w drużynie głównie chłopaków z Białki i okolic. Piłkę traktują jako dodatek. To jest jednak czysty sport. Dla mnie oni są mistrzami na tym poziomie. Nie powinni mieć żadnych kompleksów w stosunku do piłkarzy z wyższych lig. To dla mnie jest trochę taki powrót do początków, gdy sama gra była najważniejsza. To sprawia mi satysfakcję i nie wiem, czy nawet chciałbym teraz iść pracować gdzieś wyżej. Gdybym miał pójść tylko zaczepić się gdzieś na siłę na asystenta do ekstraklasy, czy I ligi, to nie chciałbym podejmować takiej pracy.

Część zwyczajów w funkcjonowaniu zespołu Surma przeniósł z ekstraklasy, w której występował tyle lat. W odpowiednich proporcjach oczywiście.
– Chodzi o proste rzeczy – wyjaśnia. – Zauważyłem, że wcześniej bardzo mało zawodników trenowało, większość przychodziła tylko na mecze. Te proporcje postanowiłem zmienić. Zacząłem stawiać przede wszystkim na tych chłopaków, którzy trenują regularnie. Postawiłem sobie za cel, żeby zachęcić ich do przychodzenia na treningi. Na początku trenowało ich mniej niż dziesięciu. Teraz są takie zajęcia, na których mamy nawet osiemnastu chłopaków. Oczywiście ja rozumiem, że niektórzy mają swoje pozaboiskowe obowiązki, ale jakieś zasady musiałem wprowadzić i się tego trzymać. Staram się też, żeby zajęcia były ciekawe, żeby sprawiały chłopakom prawdziwą przyjemność. Dużo trenujemy z piłkami. Sam wiem, że zawodnicy takie zajęcia lubią najbardziej.

To jeśli chodzi o same trening. Surma do Watry wprowadził jednak również pozaboiskowe zwyczaje
– Nie da się przenieść zwyczajów z ekstraklasy do IV ligi jeden do jednego, ale niektóre rzeczy można dostosować do realiów – tłumaczy. – Np. w Ruchu był taki zwyczaj, że trzeba było przyjść na trening godzinę wcześniej, bo inaczej była kara. W Watrze wprowadziłem zasadę, że trzeba być na zajęciach piętnaście minut przed treningiem. Jeśli ktoś się spóźni, wrzuca „piątkę” do skarbonki. Te pieniądze tam się zbierają, a później zostaną wykorzystane na potrzeby całej drużyny. Postaraliśmy się też, żeby wszyscy zawodnicy trenowali w jednakowych strojach. Prezes stanął na wysokości zadania i wyglądamy jak drużyna. To są szczegóły, ale one są bardzo ważne.

Gdy rozmawia się z Łukaszem Surmą na temat jego nowej pracy, widać w nim pasję. Widać, że zawód trenera to coś, w czym chce się spełniać. W swojej karierze piłkarskiej miał możliwość współpracy z wieloma szkoleniowcami, ale w naszej rozmowie najczęściej wraca nazwisko jednego trenera – Oresta Lenczyka.
– Czerpię z tego, co przez lata nauczyłem się od trenerów, z którymi pracowałem – mówi o swoich wzorach Surma. – Czasami mam ochotę zadzwonić, poradzić się trenera Oresta Lenczyka. Zapytać go, jaki jest klucz do tego wszystkiego. Każdy trener szuka czegoś takiego. Trener Lenczyk jest moim zdaniem przykładem szkoleniowca, który zmienił bardzo wiele w naszej piłce. Często szedł pod prąd w stosunku do innych, ale to naprawdę przynosiło skutki. Potrafił wziąć np. krzesło i zrobić ćwiczenie siłowe. Piłkarze często marudzili, ale był konsekwentny. To nie chodzi o to, że on miał jakieś swoje złote recepty na wszystko. Moim zdaniem nie ma czegoś takiego, ale na pewno wiele się nauczyłem od niego. Chodzi m.in. o to, jakie bodźce stosować. Wydawało mi się, że jak wejdę do szatni, to zrobię to, czy tamto, a to tak nie działa. Trzeba pewne rzeczy dostosować do ludzi, jakich ma się w zespole. To dotyczy zarówno przygotowania motorycznego, ale też taktyki. Trzeba ją dostosować do zawodników, jacy są w zespole. Wracając do trenera Lenczyka, to szanuję go m.in. za to, że nie kopiował ślepo książek, szukał swoich rozwiązań, które często były po prostu skuteczne.

Łukasz Surma nie chce na razie wybiegać daleko w przyszłość. Szykuje się co prawda do podjęcia kursu, który dałby mu licencję trenerską UEFA Pro, bo na razie dysponuje UEFA A, ale podkreśla przede wszystkim: – Kontakt mam do 9 czerwca i nie wiem, co będzie dalej. Przejmując Watrę, nie podchodziłem do tematu na takiej zasadzie, że teraz to ja pokażę wszystkim, jakim jestem trenerem i że zaraz pójdę pracować gdzieś wyżej. Chciałem przede wszystkim spróbować, jak to jest. Trafiłem na bardzo fajną grupę chłopaków, z którymi praca sprawia mi mnóstwo satysfakcji. Jestem jednak ostrożny w prognozowaniu swojej przyszłości. Piłka bywa bowiem okrutna i czasami jeden tydzień, jeden mecz może zmienić wszystko. I trochę się tego obawiam. Bakcyla na pewno jednak połknąłem.

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

k
kibic

a młodzież siedzi co najwyżej na ławce lub żłopie piwo pod sklepem bo sławy muszą grać a dziennikarzyny mają o czym pisać promując ......tylko co i kogo jak ma się wybić młody chłopak jak nie gra a we wsi się cieszą bo mają czarnoskórego czy właśnie taki egzemplarz.

Dodaj ogłoszenie