Okiem Jerzego Stuhra: Cichy Wieszcz

Jerzy Stuhr
Andrzej Banaś
Z młodości pamiętam, że to był najważniejszy pisarz. Taki "obecny", "bezdyskusyjny". Dla nas, studentów polonistyki, był guru. Pamiętam jak czekało się na jego książki. I wszystko do niego pasowało. I to, że wyznaczał kościec moralny, i to, że równocześnie zwracał uwagę na kruchość bohatera. Taki nasz Camus…

Zawsze było wrażenie, że on wie więcej. Przeszedł wszystkie dramaty dialektyczne swojego pokolenia. Ostatnio publikował "okruchy z rzeczywistości" - i to znów idealnie trafiało w niepokoje, w bezradność, w rozczarowanie. Miało się takie wrażenie, że on potrafi sformułować to, co każdy myślał, czuł, a nie potrafił tego uzewnętrznić.

Sam wiele mu zawdzięczam. Gdy zacząłem robić filmy, zauważyłem, że jestem bardzo uczulony na stronę formalną. Ale zauważyłem równocześnie, że nie muszę podglądać filmów nowej fali francuskiej, które zaczęły do mnie docierać, bo na to wszystko pierwszy w Polsce nałożył mi się Konwicki. On już wiedział. On, pisarz, miał taką odwagę formy, że jego filmy były jak modele. Jego "Salto" stało się dla mnie jednym wielkim zachwytem.

A z drugiej strony - Konwicki mnie przekonał do Wileńszczyzny. Nigdy jej nie czułem, nie miałem tam korzeni, ot co najwyżej poprzez "Dziady", jako człowiek teatru, mogłem spojrzeć w tamtą stronę. I nagle na to przychodzi "Dolina Issy". I nawet nie jako powieść Miłosza, ale właśnie film Konwickiego.

Zobaczyłem jak wygląda nostalgia, rozpaczliwa, "największa na świecie". Pamiętam, jak w stanie wojennym pojechaliśmy z "Emigrantami" Mrożka ze Starym Teatrem do Argentyny. I tam trafiliśmy na ich stan wojenny, sprawę z Falklandami. Uprzedzili nas, że w stanie wojennym, przed każdym przedstawieniem najpierw się gra hymn argentyński.

Sztuka była dwuosobowa, scena pusta, bo czekaliśmy za sceną - nie ma tam nikogo prócz Jurka Bińczyckiego i mnie oraz siedzącego w budce w kulisach tłumacza: Polaka z Wilna, imigranta w Argentynie. Zaczynają grać hymn i on staje w tej budce, mniejszej od niego, bo był bardzo wysoki. Hymn był długi - i on tak pół-pochylony, stał. Pytamy potem, dlaczego Stasiu stałeś w czasie hymnu, przecież nikogo nie było oprócz nas? A on: Bo ja się staram o obywatelstwo argentyńskie, gdyby ktoś mnie podejrzał i doniósł, to by się nie udało.

I pomyślałem: Oto nasz trzeci emigrant. My dwaj sztuczni, on prawdziwy, a problem… ten sam. Po przedstawieniu poszliśmy na koniak, a on się rozrzewnił i powiedział: Wiecie, co się przeżywa najbardziej? To, jak we śnie poczujesz zapach trawy spod Wilna.
Jak zobaczyłem "Dolinę Issy", to zrozumiałem, co ten tłumacz do mnie mówił. Bo "Dolina Issy" miała takie obrazy, takie nasycenie, które stworzył swoją nostalgią Konwicki, a swoimi zdjęciami Jerzy Łukaszewicz, że czułeś ów zapach trawy.
Mniejsze wrażenie zrobiła na mnie "Lawa". Może dlatego, że jestem człowiekiem teatru i do dziś "mówię trzecią częścią" "Dziadów" na wyrywki. Więc słabo przyswajam inną poetykę tego utworu.

Najwspanialsze jest to, że "sceny z Konwickiego" zapadają w człowieka i już zostają. Sprawdza się to powiedzenie, że jeśli zapada ci jedna scena, jak taniec z "Salta", to zostaje w tobie cały film.

not. Maria Malatyńska

Zobacz najświeższe newsy wideo z kraju i ze świata
"Gazeta Krakowska" na Youtubie, Twitterze i Google+
Artykuły, za które warto zapłacić!
Sprawdź i przeczytaj

Codziennie rano najświeższe informacje z Krakowa prosto na Twoją skrzynkę e-mail. Zapisz się do newslettera!

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie