O przekręcie Moniki B.-B. zrobiło się głośno w listopadzie 2009 r. 27-letnia kobieta, prowadząca kancelarię finansowo-ubezpieczeniową w Limanowej, obiecywała klientom złote góry.
- Oferowała inwestowanie w rzekome fundusze kapitałowe Skandii, które w kilkanaście dni miały przynieść nawet 18 procent zysku - przypomina Stępień-Warzecha. Problem w tym, że w Skandii nic na ten temat nie wiedzieli.
Kobieta mogła oszukać w ten sposób kilka tysięcy osób. Początkowo wypłacała klientom odsetki; potem już nie udało się im odzyskać nawet wpłaconych kapitałów. Kobieta przepadła jak kamień w wodę.
- Zdenerwowani klienci powiadomili policję - opisuję prokurator Stępień-Warzecha. Po kilku dniach Monika B.-B. sama zgłosiła się na policję.
W trakcie śledztwa prokuratura odkryła, że Stanisław B. starał się zatrzeć dowody działalności małżonki. Prosił pracowników limanowskiej kancelarii o wyniesienie i ukrycie części dokumentów. - Odmówił składania zeznań w tej sprawie - mówi Beata Stępień-Warzecha.
Stanisław B. będzie odpowiadał z wolnej stopy. Śledczy zabrali mu tylko paszport i zakazali opuszczania kraju.
Wśród oszukanych przez Monikę B.-B. są prawdopodobnie między innymi lekarze, prawnicy, biznesmeni i samorządowcy z Nowego Sącza, Limanowej oraz okolic.
Policjanci nieoficjalnie przyznają, że są to ludzie z każdej klasy społecznej z kilkudziesięciu miejscowości regionu. Klienci Moniki B.-B., by zdobyć pieniądze sprzedawali mieszkania, ziemię, samochody, brali kredyty w bankach, a nawet zapożyczali się u znajomych. Wpłacali od kilkunastu do kilkudziesięciu tysięcy złotych. Kwota wyłudzeń przekroczyła już 7 milionów złotych. Oszutce grozi do 10 lat więzienia.
Śledczy badają również wątek dwóch policjantów, którzy rzekomo mieli pomagać kobiecie. Zwlekali z przyjęciem zawiadomienia o popełnieniu przestępstwa od poszkodowanych, bo sami chcieli odzyskać pieniądze.