Ryszard, Artur, Barbara i Małgorzata Sarnatowie, czyli trzy pokolenia sportowców. Rodzina wielu pasji [ZDJĘCIA]

Jerzy Filipiuk
Jerzy Filipiuk
Rodzina Sarnatów - od lewej: Małgorzata, Barbara i Artur
Rodzina Sarnatów - od lewej: Małgorzata, Barbara i Artur Archiwum rodzinne
Ryszard i jego syn Artur – byli piłkarzami nożnymi Wawelu, Cracovii i Wisły. Barbara (z domu Tochowicz; żona Artura) - była piłkarką ręczną Cracovii, miała zajęcia i mecze w hali Wawelu. Małgorzata (córka Artura i Barbary) – trenowała siatkówkę w Wiśle i gra w piłkę nożną w Wawelu. Trzypokoleniowa rodzina Sarnatów już na trwałe wpisała się w historię krakowskiego sportu. A składa się z ludzi wielu pasji, nie tylko związanych ze sportem.

Ryszard był napastnikiem, Artur – bramkarzem (choć przygodę z futbolem zaczynał od występów w ataku), Małgorzata – gra na… obu tych pozycjach. Tylko Barbara była „inna” - lewoskrzydłowa.

Kraków zamiast stolicy

Ryszard urodził się w 1942 r. w Kielcach, gdzie grał w klubie SHL. W 1963 r. trafił do Wawelu, choć niewiele brakło, by znalazł się w Legii Warszawa, bo to do stolicy dostał wezwanie do odbycia służy wojskowej. Czekał już na dworcu na pociąg do Warszawy, gdy pewien major namówił go na wyjazd do Krakowa. Trzy dni później zadebiutował w II-ligowym Wawelu. Legia wciąż nalegała na jego przybycie, ale oddał skok spadochronowy, a desantowców nie można było przenosić.

W 1967 r. znalazł się w Cracovii, z którą po dwóch latach awansował do I ligi (wtedy najwyższa klasa rozgrywkowa). - Trochę żałuję, że od razu nie przeszedłem do Wisły, w której miałbym więcej szans na pokazanie się, ale też mile wspominam ten okres, bo spotkałem wielu fajnych ludzi, nawiązałem przyjaźnie – mówi.

Moją silną bronią były strzały głową, bardzo dobry wyskok, wyczucie gry w powietrzu i w polu karnym oraz szybkość. Byłem prawonożnym zawodnikiem - Ryszard Sarnat

Zawodnikiem I-ligowej Wisły został w 1970 roku. Spędził w niej cztery lata, rozegrał 108 meczów, strzelił 35 bramek. W sezonie 1972/1973 był razem z kolegą z drużyny Kazimierzem Kmiecikiem wicekrólem strzelców I ligi (po 12 goli), za Grzegorzem Latą (13).

- Moją silną bronią były strzały głową, bardzo dobry wyskok, wyczucie gry w powietrzu i w polu karnym oraz szybkość. Byłem prawonożnym zawodnikiem – podkreśla były świetny napastnik, który za swój życiowy mecz uważa ten rozegrany w 1972 r. w Pucharze Intertoto z Young Boys Berno, w którym strzelił cztery gole.

Nigdy nie zagrał w reprezentacji. Był w szerokiej kadrze przed igrzyskami olimpijskimi w Monachium i grał w sparingu przed mistrzostwami świata w RFN, ale nie załapał się na te imprezy.

- Ekipa olimpijska miała być wybrana po trzech ligowych meczach. Kto był w najlepszej formie, miał do niej trafić. W spotkaniu z Górnikiem Wałbrzych strzeliłem trzy gole, potem Pogoni Szczecin i Górnikowi Zabrze po jednym. Po tym ostatnim Kazimierz Górski ogłosił kadrę, ale mnie w niej nie było. Dopiero po paru latach po rozmowie z trenerem Górskim i działaczami wywnioskowałem, że decydowały jakieś układy. W 1974 roku zostałem w ostatniej chwili powołany mecz z Duisburgiem. W pierwszej połowie miał grać Włodzimierz Lubański, w drugiej ja. Było bardzo zimno, siedziałem więc na ławce, nie rozgrzewałem się, bo miałem wejść dopiero po przerwie. Ale Lubański doznał kontuzji i musiałem go zastąpić z marszu. Moim zdaniem i kolegów wypadłem przyzwoicie, ale na mistrzostwa świata nie pojechałem - opowiada pan Ryszard.

W królestwie biszkoptów

Karierę kończył w półzawodowym HSV Hamm. Grał w nim sześć lat. - W klubie było sześciu-siedmiu piłkarzy na zawodowych kontraktach. Trenowaliśmy wieczorami, mieliśmy dużo wolnego czasu, dlatego uczyłem wychowania fizycznego w trzech szkołach. To była duża przyjemność i niezłe zarobki. W Duisburgu ukończyłem kurs trenerski – wspomina.

Chciał zostać szkoleniowcem, ale gdy po powrocie do kraju zobaczył, jak są oni traktowani, doszedł do wniosku, że się nie nadaje do tej pracy. Nie uległ namowom nawet Wisły, która proponowała mu prowadzenie drużyny juniorów. Materiały szkoleniowe oddał bramkarzowi Stanisławowi Gonetowi, a sam „poszedł w biznes”. Razem z żoną Martą został współwłaścicielem Zakładu Przemysłu Cukierniczego „Lajkonik”, najpierw przy ul. Głowackiego w Krakowie, a potem w Niezdowie k. Dobczyc. Produkowali biszkopty, sprzedawane w Polsce, w Austrii i Włoszech (próbki trafiły nawet do USA). Sprzedali firmę, gdy pojawiła się duża konkurencja.

Na zdrowie nie narzekam. Trzymam się nieźle. Gimnastykuję się, biegam w Lasku Wolskim. W czasie pandemii stosuję się do zaleceń, przestrzegam obostrzeń - Ryszard Sarnat

Do dziś interesuje się futbolem, kibicuje Barcelonie, uwielbia Leo Messiego. Nadal mieszka na Woli Justowskiej, tylko w nowym domu. Często oglądał mecze ze swym przyjacielem, aktorem Janem Nowickim.

- Wciąż jest dziarski, ma rewelacyjną figurę, nikt mu nie daje tylu lat, ile ma, czyli 78. Śmieliśmy się ostatnio, bo jak były godziny dla seniorów, to go wyproszono ze sklepu – mówi o teściu pani Barbara.

- Na zdrowie nie narzekam. Trzymam się nieźle. Gimnastykuję się, biegam w Lasku Wolskim. W czasie pandemii stosuję się do zaleceń, przestrzegam obostrzeń – podkreśla pan Ryszard.

Bramkarz z przypadku

Artur Sarnat urodził się w 1970 r. w Krakowie. Jest wychowankiem Wawelu. - W trampkarzach byłem napastnikiem, strzelałem gole. Trzy kolejki przed końcem sezonu dwóch bramkarzy nie przyszło na mecz. No i ja jako największy, najgrubszy, najszerszy stanąłem między słupkami. Na obóz juniorów pojechałem już jako bramkarz. Żałowałem, bo nic nie umiałem, byłem poobijany. Ale z roku na rok podnosiłem swe umiejętności i zaczęło mi się to podobać – mówi.

Krótko grał też m.in. w Świcie Krzeszowice i Cracovii (w III lidze), a najdłużej, ponad 10 lat, w Wiśle, w której znalazł się w 1993 r. W jej barwach zaliczył 257 występów (169 w ekstraklasie), 94 razy zachowując czyste konto strat w bramce. Dwa razy został mistrzem kraju (choć podkreślą, że za jego bytności w Wiśle, czterokrotnie sięgała ona po tytuł), zdobył Puchar Polski, Puchar Ligi i Superpuchar.

Gdybym poszedł w tempo, odrobinę wcześniej, za „nosem”, to może pokusiłbym się o złapanie piłki, ale nie mam pretensji do siebie o tę bramkę. Była przedniej urody - Artur Sarnat

Mile wspomina mecze pucharowe, m.in. z Parmą w 1998 r. (po remisie 1:1 w Krakowie słynny Gianluigi Buffon przyniósł mu swoją koszulkę do szatni) i Realem Saragossa w 2000 r. (w serii karnych obronił strzał Juanele, przyczyniając się do awansu Wisły), ale za swój życiowy występ uważa ten na Camp Nou przeciw Barcelonie w 2001 r., choć Wisła przegrała 0:1. Pokonał go rezerwowy Luis Enrique.

- Niepotrzebnie wszedł na boisko (śmiech). Potem multum razy analizowałem tego gola. Hiszpan był ze mną sam na sam po zagraniu z klepki. Gdybym poszedł w tempo, odrobinę wcześniej, za „nosem”, to może pokusiłbym się o złapanie piłki, ale nie mam pretensji do siebie o tę bramkę. Była przedniej urody – mówi pan Artur, którego popisy, ratujące Wisłę od pogromu, oglądał z trybun jego ojciec.

W odróżnieniu od taty, nigdy nie zagrał w reprezentacji, choć trenerzy Antoni Piechniczek i Janusz Wójcik powołali go na mecze ze Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi w 1996 r. w Wodzisławiu Śląskim (nieoficjalna gra) i Słowacją w Bratysławie w 1998 r. W pierwszym bronił Arkadiusz Onyszko, w drugim Bogusław Wyparło.

- Mam ogromny niedosyt. Może Arek był rzeczywiście lepszy ode mnie, ok, nie ma problemu. Ale wcale nie czułem się gorszy od Wyparły. A Wójcik mówił, że da pograć wszystkim powołanym do kadry – żali się. Z rezerwowych nie zagrali tylko on i Maciej Murawski.

Uwielbienie fanek

Selekcjonerzy go nie cenili, za to fanki uwielbiały. - Podczas jednego z meczów na boisku Wisły piłka wylądowała na trybunach. Wróciła już z podpisami: „Artuś, kocham cię, Artuś the best” itd. Po meczu ktoś przyniósł mi ją i mówi mi: „Zobacz, co z nią zrobili”. Poszedłem do Zdzisława Kapki i powiedziałem: „Prezesie, musi mi ją pan dać”. A wtedy nie było tak łatwo o sprzęt jak teraz, gdy jest go dużo, ale wytargałem tę piłkę - opowiada. Jego żona dodaje: - Ma ją, całą wypłowiałą, z wyznaniami miłosnymi.

Najwierniejszą fanką bramkarza Wisły jest Barbara Wójcik, która zaczęła mu kibicować jeszcze jako dziecko, gdy jego drużyna grała w II lidze (połowa lat 90.). Miała 12 lat, a może nawet mniej. Przychodziła na mecze, na treningach podawała piłki zza bramki. Dziś mieszka w Warszawie. Utrzymuje kontakt ze swym idolem, gościła w jego domu. Wysyłają sobie życzenia.

Dostawał kartki z życzeniami, listy. Ja o tym jednak wiedziałam, dlatego inaczej do tego podchodziłam, szanowałam to. Przyjmowałabym się, gdyby to było robione po kryjomu - Barbara Sarnat

- To był typ chłopczycy, ale miała ładne, długie włosy. Gdy była w szkole podstawowej, podarowała Arturowi swe zdjęcie na tle ściany w swoim pokoju. Cała ściana była wyklejona jego zdjęciami. Mamy to zdjęcie, parę lat temu nawet je powiększyliśmy, bo to pamiątka na całe życie – mówi żona piłkarza. A ten dodaje: - Na treningach mówiłem jej: „Nie stój tu, stoisz za blisko, bo cię piłka uderzy”. Nie dość, że patrzyłem na strzelających kolegów, to jeszcze musiałem uważać, żeby tej dziewczynce nic się nie stało.

Pani Barbara zachowanie jego fanek przyjmowała ze zrozumieniem: - Dostawał kartki z życzeniami, listy. Ja o tym jednak wiedziałam, dlatego inaczej do tego podchodziłam, szanowałam to. Przyjmowałabym się, gdyby to było robione po kryjomu. Po to zresztą uprawialiśmy sport, żeby nas kibice szanowali, lubili. Tylko, wiadomo, muszą być pewne granice.

Po ślubie na… obóz

Jest rówieśniczką męża, także krakowianką. Piłkę ręczną zaczęła trenować w SP 96, w 1984 r. trafiła do Cracovii, pięć lat później zadebiutowała w pierwszej drużynie i pomogła jej zająć trzecie miejsce w I lidze – najwyższe w swej karierze. W Cracovii grała przez 15 lat. Przeżyła w niej spadek i powrót do I ligi, a także powroty do gry po urodzeniu córek w 1995 i 2000 r.

- Po urodzeniu Moniki też wróciłam, ale już widziałam, że bardziej zwracałam uwagę na to, ile czasu jest do końca treningu, więc stwierdziłam, że to już nie jest to, że nie jestem tak oddana sportowi jak wcześniej. Odejście ułatwiło mi fakt, że gdy zaszłam w ciążę i ogłosiłam, że robię sobie przerwę w treningach, to w tym czasie był kryzys i klub zawieszał działalność sekcji – wyznaje.

Gdy braliśmy ślub, Artur był jeszcze graczem Cracovii. Dwa dni później odwoziłam go do Straszęcina na obóz... Wisły, bo podpisał z nią kontrakt. To była nasza podróż poślubna, z dwoma innymi piłkarzami i działaczem Kazimierzem Antkowiakiem - Barbara Sarnat

Zanim to jednak nastąpiło, przeżyła wiele pięknych chwil. Nic więc dziwnego, że mówi o nich tak: - Wspominam te lata cudownie, to były najfajniejsze lata mojego życia. Nie zamieniałbym ich na nic innego, na żadną inną dyscyplinę i na żaden inny klub. Jestem stała w uczuciach, nie myślałam o zmianie klubu, o przeprowadzce. Tu mieszkałam, tu było moje miejsce na ziemi. Dobrze się odnajdywałam z koleżankami, trenerami, kierownikami, zarządem. Przez wiele lat byłam kapitanem drużyny. Do dziś mam niesamowity sentyment do hali Wawelu, w której najczęściej trenowałam. Gdy jestem w niej, serce mocniej bije. Sport był mi bliski od zawsze. Lubiłam biegać, byłam bardzo skoczna, Hutnik nakłaniał mnie do lekkoatletyki. I wydawało się, że to się nigdy nie skończy. Potem wiadomo: zakłada się rodzinę, rodzi dzieci i wyrasta ze sportu.

Przyszłego męża poznała w 1992 r., gdy grał jeszcze w Wawelu. Poznali się właśnie w hali tego klubu. Potem zaprosiła go na wesele koleżanki. I poszło z górki. Ślub wzięli 3 lipca 1993 r. Udzielił go im go kapelan Cracovii ks. Zdzisław Krzystyniak.

- Gdy braliśmy ślub, Artur był jeszcze graczem Cracovii. Dwa dni później odwoziłam go do Straszęcina na obóz... Wisły, bo podpisał z nią kontrakt. To była nasza podróż poślubna, z dwoma innymi piłkarzami i działaczem Kazimierzem Antkowiakiem – wspomina pani Barbara.

„A mąż panią kocha?”

Zawodniczka Cracovii i zawodnik Wisły – nie wszystkim się to podobało.

- Kiedyś Artur przyszedł na mecz, gdy grałyśmy o wejście do I ligi. W hali Wawelu kibiców Cracovii nie było dużo, zauważyli jednak wiślaka. I doszło do nieprzyjemnej sytuacji. Mąż musiał wyjść w przerwie meczu, bo mu dogryzali, opluli samochód. Baliśmy się, czy mu nie zrobią czegoś więcej. Nie wzięli pod uwagę tego, że jesteśmy małżeństwem – opowiada pani Barbara. A jej mąż dodaje: - Wolałem im zejść z drogi, po co się miałem z nimi szarpać.

- Od dziecka znaliśmy chłopca na wsi, który też trenował piłkę nożną. Czytał o nas w gazetach. Kiedyś podjechał rowerem pod naszą bramę i pyta mnie: „Pani Basiu, a mąż panią kocha?”. A ja mówię: „No tak, a czemu miałby mnie nie kochać?”. A on na to: „Bo pani gra w Cracovii, a on w Wiśle...” To było wprawdzie dziecko, ale kibice mogli nas tak postrzegać – zauważa była piłkarka ręczna.

Jeździłam na wszystkie zawody, oprócz pływania. Byłam nieszczęśliwa, gdy nie było wychowania fizycznego, bo było mało dziewczyn, gdyż nie chciały ćwiczy - Barbara Sarnat

Choć nie osiągnęła tyle sukcesów co mąż, czuje się spełniona jako sportsmenka. I dowartościowana jako kobieta: - Miałam poczucie swej wartości, że jestem zawodniczką, że gram w I lidze, o czym niejedna marzyła. Obserwowałam, jak Wisła fetowała mistrzostwo, a dziewczyny wieszały się na piłkarzach. Miałam do tego dystans. Gdy trenowałam, to z wielu rzeczy nie zdawałam sobie sprawy. Że ktoś mnie lubił jako zawodniczkę, że się podobałam jako kobieta, że ktoś się we mnie podkochiwał. Nie zwracałam na to uwagi. Ale gdy po latach się o tym dowiaduje, mile to łechta, jest sympatyczne.

- Kiedyś przyjechał pan, który zabiera od nas śmieci. I mówi: „A pani to jest ta – tu wymienił moje nazwisko – i grała pani w Cracovii”. To jest takie fajne. Z Gosią poszłam na Dni Otwarte do mojego liceum 20 lat po tym, gdy do niego uczęszczałam. Spotkałam moją wuefistkę. I ona mnie poznała! Mówi: „Barbara Tochowicz?”. Bo ja robiłam dla tej szkoły najlepsze wyniki. Jeździłam na wszystkie zawody, oprócz pływania. Byłam nieszczęśliwa, gdy nie było wychowania fizycznego, bo było mało dziewczyn, gdyż nie chciały ćwiczyć – mówi pani Barbara.

Pizza, motocykl, drewno

Artur Sarnat grał w Wiśle w latach 1993-2004. Odszedł z niej, gdy trener Henryk Kasperczak ściągnął do drużyny Radosława Majdana. Występował jeszcze w kilku klubach, karierę zakończył w 2007 r. w Kmicie Zabierzów, mając 37 lat. Może pograłby dłużej, ale zaczęło mu szwankować zdrowie. Potem grał w oldbojach Wisły, był trenerem bramkarzy Michałowianki, Świtu Krzeszowice i Garbarni Kraków. A od 11 lat z żoną prowadzą pizzerię w Michałowicach, gdzie mieszkają od ślubu. Są domatorami, rzadko wyjeżdżają (najpierw - bo najeździli się w czasie kariery, potem - bo otwarli biznes), odpoczywają w domu i ogrodzie.

W dwupiętrowym lokalu na ścianach wiszą oryginalne rękawice wielu bramkarzy, np. Artura Boruca i Macieja Szczęsnego, zdjęcia gości z autografami. Bywali w nim piłkarze Wisły, inni znajomi Sarnatów i postacie spoza sportu, np. Jan Nowicki i kucharz Pascal Brodnicki.

Zrobiłem prawo jazdy, kupiłem motocykl, taki słabszy, żeby się podszkolić. Teraz mam większy, Kawasaki Verseys 1000, na który wsadzam żonę - Artur Sarnat

Były bramkarz przed laty szusował na nartach. - Gdy widziałem stok, to nie było opcji, żebym z niego nie zjechał. Teraz mnie to nie bierze. Niedawno byliśmy w Krynicy i pomyślałem sobie: „Parę lat temu nie wytrzymałbym, musiałbym ubrać narty” - wyznaje.

Od czterech lat ma inną pasję – jazdę motocyklem. Zaraził nią go inny bramkarz Piotr Urbańczyk i kolega Marek Kusiba.

- Pomyślałem sobie, że mam już swoje lata, więc nie będę wariował na drodze. Postanowiłem spróbować, spodobało mi się. Zrobiłem prawo jazdy, kupiłem motocykl, taki słabszy, żeby się podszkolić. Teraz mam większy, Kawasaki Verseys 1000, na który wsadzam żonę. To ogromna przyjemność, gdy się czuje wiatr, luz. Motocykl to fajna sprawa, z tym, że tylko dla mądrych ludzi – mówi pan Artur, który zapewnia, że zaszalał jedynie raz, i to przez chwilę, jadąc z szybkością 160 km/h na autostradzie.

Kiedyś zbierał wina. Nie tylko je pił, czytał o nich, próbował nawet zrobić własną markę. Zrezygnował, bo zajmowało to zbyt dużo czasu, konieczne były piwniczki na butelki. Uwielbia natomiast robić w drewnie. Tyle że nie rzeźby, ale bardziej praktyczne rzeczy: meble do ogrodu, leżaki na taras, stół z ławami, doniczki. Znajomi proszą, by robił je też dla nich, ale hurt go nie interesuje.

Zajmuje się też 10-arowym ogrodem. Plewi, kosi trawę, troszczy się o drzewka, palisady. Lubi także inne domowe zajęcia: pozmieniać jakieś światełka, przykręcić półeczkę, coś podświetlić. Jego żona uwielbia fotografować, prowadzić rodzinne kroniki, dokonywać wpisów pod zdjęciami w albumach.

Usportowione córki

Sarnatowie mają dwie córki. Małgorzata urodziła się w styczniu 1995 r. Tata odebrał żonę i córeczkę ze szpitala, przywiózł do domu i… pojechał na 10-dniowy obóz z Wisłą. Monika przyszła na świat w jeszcze bardziej gorącym terminie dla piłkarzy, bo w maju (2000 r.). 24 maja Wisła grała w Krakowie z Amicą Wronki, a 28 maja z Legią w Warszawie. Bramkarz chciał być obecny przy porodzie. I… udało się. Powitał Monikę około 1 w nocy 25 maja…

Córki sportowców były ruchliwymi dziewczynkami. Mama zaprowadziła je na trening piłki ręcznej do SP nr 91 w Nowej Hucie, ale to je nie interesowało. Rodzice pilnowali jednak, by dbały o fizyczny rozwój. Obie pływają, jeżdżą na nartach, rowerze i rolkach.

Monika wkrótce ma wziąć udział w runmageddonie (ekstremalnym biegu z przeszkodami – przyp.). Nie została jednak sportsmenką. Jest na II roku uczelni pedagogicznej, studiuje kognitywistykę (dziedzina nauki zajmująca się obserwacją i analizą działania zmysłów, mózgu i umysłu, w szczególności ich modelowaniem – przyp.).

Małgorzata była zapatrzona w tatę, dumna z jego sportowych osiągnięć. - Jechaliśmy kiedyś autem i jakieś dzieci jadące autobusem machały do nas rękami. Jak to dzieci. Gosia im też machała, z namaszczeniem i przekonaniem, że wszyscy wiedzą, że ona jedzie ze swoim tatą Arturem Sarnatem. Nas to trochę bawiło, ale ona myślała, że wszyscy znają jej tatę – wspomina pani Barbara.

W butach… dziadka

Małgorzata przez dwa lata trenowała siatkówkę w Wiśle. To dyscyplina wymagająca skoczności, a młoda dziewczyna miała problem z kolanami. - Gdy nie mogła grać dłużej w siatkówkę, była rozczarowana, popłakiwała. Bo poznała już smak obozów, wyczynowych treningów, prawdziwego klubu, drużyny. Futbol jej odradzaliśmy, bo uważaliśmy, że to jest bardziej męski sport i dziewczyny stają się chłopczycami, a to nam się nie podobało – przyznaje pani Barbara.

W połowie 2020 r. Małgorzata została jednak futbolistką. Na Facebooku znalazła udostępniony przez jej znajomą ze studiów post, informujący o naborze dziewcząt do Wawelu. O tym, że chce się zapisać do klubu, rodzinie przyznała się podczas grilla. Rodzice w końcu zaakceptowali jej wybór. Dwa dni później odbyła pierwszy trening w V-ligowym Wawelu. Grała na przemian i w bramce, i ataku (teraz w bramce). Jej drużyna wygrała wszystkie mecze ligowe.

Futbol jej odradzaliśmy, bo uważaliśmy, że to jest bardziej męski sport i dziewczyny stają się chłopczycami, a to nam się nie podobało - Barbara Sarnat

Przez większą część rozgrywek występowała w butach... dziadka Ryszarda, które jej sprezentował jeszcze, gdy ganiała za piłką w gimnazjum. Nie miała wtedy swoich korków, a nie chciała kupować na tylko trzy mecze. Były o rozmiar za duże, ale po założeniu piłkarskich skarpet dało się w nich grać. Przeleżały się kilka lat w domu i przydały się, gdy Małgorzata została zawodniczką Wawelu.

- Nie pamiętam, jak było w gimnazjum, ale w piątej lidze strzeliłam w nich bramkę. Dopiero pod koniec pierwszej rundy przekroczyły one termin przydatności. Chyba tylko dwa ostatnie mecze grałam w nowych butach. Te od dziadka nadal mam, ale nadają się na półkę jako pamiątka, żal ich wyrzucić – przyznaje piłkarka.

Nie tylko futbol...

Na meczach Małgorzaty bywają nie tylko rodzice, ale i dziadkowie. - Kiedyś byliśmy na stadionie Wawelu z oboma naszymi rodzicami. Siedzieliśmy na trybunach po lewej stronie obok kasyna wojskowego. I tata Artura mówi tak: „Na tę bramkę, w której stała Gosia, wiele lat temu strzeliłem pierwszego gola, gdy się przeprowadziłem do Krakowa”. A my mówimy mu: „Tato, to było ponad pół wieku temu!. Ty tu grałeś, później Artur, a teraz Gosia” - wspomina pani Barbara. A chodziło o bramkę od strony ul. Bronowickiej i gol z 1963 r.

Zaczęłam grać w wieku 25 lat, ale nie po to, by grać zawodowo, osiągnąć jakieś sukcesy czy nie wiadomo jaki poziom. Na to jest już za późno - Małgorzata Sarnat

Wawel w V lidze radzi sobie znakomicie. Małgorzata chce jej pomóc w awansie, ale zdaje sobie sprawę, że futbolowego światka nie zawojuje: - Zaczęłam grać w wieku 25 lat, ale nie po to, by grać zawodowo, osiągnąć jakieś sukcesy czy nie wiadomo jaki poziom. Na to jest już za późno. Mam pracę, zajęcia, nie liczyłam więc na jakiś przewrót w życiu. Chciałam tylko, żeby to było moje hobby, zabawa, frajda, a przy okazji sport.

Wyżywa się i poza boiskiem. Od 9 lat ma prawo jazdy. Swą technikę jazdy samochodem doskonaliła w Moto Park Kraków. Wystąpiła też w amatorskim wyścigu samochodowym. - Było więcej adrenaliny. Można było sobie pozwolić na trochę szaleństwa. Bezpiecznego szaleństwa. Wiadomo, że na drodze takie ściganie nie jest wskazane – mówi.

Na dwóch kółkach

W ubiegłym roku Małgorzata zrobiła prawo jazdy na motocykl. Jeździ Hondą Hornet. Być może spróbuje swoich sił w sportowej jeździe na dwóch kółkach. Zapisała się na szkolenie na jazdę większymi i mniejszymi motocyklami, zaplanowane w Hiszpanii. Miało się ono odbyć w styczniu, ale zostało przełożone na wrzesień.

- Byliśmy w Racławicach, w Ogrodzieńcu, koło Wieliczki. Wyznaczamy sobie trasę, jeździmy jedno za drugim, podziwiamy krajobrazy. wycieczki są fajne, mamy dużo wrażeń – przyznaje pani Barbara.

Małgorzata w planach ma także kurs… kaskaderski. Tylko musi się do niego przygotować fizycznie, bo dwa treningi tygodniowo w Wawelu to za mało. - Są pewne warunki do przystąpienia do kursu: bodajże 50 brzuszków, 50 pompek, 10 podciągnięć, stanie na rękach i przebiegnięci 5 kilometrów w odpowiednim czasie – zaznacza.

Jakby jej było mało zajęć, w grudniu 2020 r. zagrała w turnieju o Puchar Polski w… blind footballu, czyli piłki nożnej dla niewidomych lub słabowidzących. Skorzystała z zaproszenia chłopaka swej koleżanki z Wawelu, który prowadzi taką drużynę w Wiśle. O nowej dla siebie dyscyplinie poczytała i pooglądała w Internecie.

- Czuję wobec tych ludzi podziw i szacunek. Człowiek nie wie, jak się przy nich zachować, bo na co dzień się ich nie spotyka. Najlepsze jest to, że oni nie mieli z tym żadnych problemów. Gdy się żegnaliśmy, mówili sobie „do zobaczenia”. Mają dystans do siebie. Niesamowite, że mimo przeciwności losu nie załamują się i jeszcze grają w piłkę – przyznaje Małgorzata, która grała w barwach Fundacji Nie Widząc Przeszkód i otrzymała propozycje udziału w treningach blindfootballowej drużyny Wisły.

Wszystko co szalone..

.
Dlaczego tak pali się do różnych pomysłów? - Dla zabawy, rozrywki. Lubię próbować nowych rzeczy, uwielbiam wyzwania. Tym bardziej, jeżeli są szalone, nietypowe i niespotykane. Siedzieć i odpoczywać jest fajnie, tylko wiem, że jak się za bardzo zasiedzę, to będę to robić cały czas. Po pracy moją odskocznią jest trening i trochę sportu. Gdy jest się na treningu i jest się skupionym na nim, nie myśli się o innych rzeczach, nie wkrada się monotonia - zapewnia.

Wszystkie zajęcia łączy ze studiami (finanse i rachunkowość na prywatnej uczelni Vistula w Warszawie) i pracą zawodową. W tej ostatniej wyżywa się nie fizycznie a intelektualnie.

Lubię próbować nowych rzeczy, uwielbiam wyzwania. Tym bardziej, jeżeli są szalone, nietypowe i niespotykane - Małgorzata Sarnat

- Zatrudniłam się jako pomoc biurowa. Po pół roku awansowałam, bo jedna z dziewczyn odchodziła z kadr i zaproponowała mnie na swoje stanowisko. Po trzech miesiącach odchodziła koleżanka z finansów, więc przejęłam też jej stanowisko. Teraz pracuję dla dwóch firm. Obsługuję je, jeśli chodzi o kwestie biurowe, kadry, płace, konta firmowe, faktury, audyty finansowe itd. Ja mam takie szczęście, że praktycznie zawsze jestem w odpowiednim miejscu i czasie. Albo się sama załapię na dane stanowisko, albo mnie ktoś inny dojrzy i on wciągnie – mówi, podkreślając, że uwielbia swoją pracę.

O czym marzy rodzina Sarnatów? - Córki mamy już dorosłe. Chcemy, żeby skończyły studia, żeby ich życie się fajnie poukładało. Cały czas drżymy o zdrowie, to oczywiste. Mamy dużo pracowników, którzy też nie siedzą w domu, są między innymi ludźmi, z rodzinami. Ciągle jest strach, żeby się gdzieś nie zarazić. Marzymy, żeby był czas, aby sobie pozwolić na wyjazdy na urlop. Jechać, odpocząć, naładować baterie, wrócić i mieć pracę – wyznaje pani Barbara.

- Jestem dumny z moich wnuczek. Małgorzata jest niesamowita. Ma charakter. Gdy coś postanowi, musi to zrealizować. Podziwiam ją. Także Monikę, która postawiła na naukę – zaznacza pan Ryszard.

Tokio Raport - rozmowa z Lucyną Kornobys

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie