Nasza Loteria SR - pasek na kartach artykułów

W Dzień Iluzjonisty. Wiesław Jaśkowski opowiada o cyrku, który wespół z kolegami stworzył w Gorlicach, tricku z monetą i miłości do estrady

Halina Gajda
Halina Gajda
Gorlickie ani specjalnych tradycji wiązanych z cyrkiem nigdy nie miało, ani mistrzów sztuki cyrkowej nie spotyka się u nas na każdym zakręcie. Dlatego więc Wiesław Jaśkowski jest wyjątkiem. Na scenie działa od ponad pół wieku, a swoimi występami zabawiał widzów w kilkudziesięciu krajach
Gorlickie ani specjalnych tradycji wiązanych z cyrkiem nigdy nie miało, ani mistrzów sztuki cyrkowej nie spotyka się u nas na każdym zakręcie. Dlatego więc Wiesław Jaśkowski jest wyjątkiem. Na scenie działa od ponad pół wieku, a swoimi występami zabawiał widzów w kilkudziesięciu krajach Archiwum Prywatne/Wiesław Jaśkowski
W kalendarzu świąt nietypowych, pod datą 31 stycznia widnieje opis: Dzień Iluzjonisty. Fach ten nie jest zbyt rozpowszechniony w Gorlickiem i tak naprawdę sprowadza się do osoby Wiesława Jaśkowskiego, który ze sceny bawi ludzi od ponad półwiecza. Wprawdzie on sam przewrotnie nieco komentuje, że jest zachodzącą gwiazdą, ale kłopot w tym, że ciągle go na tych scenach chcą. Więc co ma zrobić? Musi występować...

Gorlickie kojarzy się przede wszystkim z ropą naftową, I wojną światową, wielokulturowością i pewnie kilkoma innymi specjalnościami, ale trudno pośród nich szukać sztuki cyrkowej. Więc Wiesław Jaśkowski jest wyjątkiem. Tym bardziej że zajmuje się tym od pod pięćdziesięciu lat. Gdyby zaś na mapie świata wpiąć pinezki we wszystkich miejscach, które z cyrkiem czy występami estradowymi odwiedził, byłoby ich sporo, nie wyłączając Tajwanu czy Emiratów Arabskich.

- Spełniam swoje marzenia – podkreśla.

Rodzinne przedstawienia

Fascynacja cyrkiem i sztuką iluzjonistyczną zaczęła się widowiska, który obejrzał w objazdowym cyrku Arlekin. Był 1964 rok. Miał wtedy dwanaście lat. I nie marzył o byciu strażakiem, policjantem, żołnierzem ani pilotem. Po powrocie do domu z pokazu, z pełną powagą oświadczył, że będzie pracował… w cyrku. I tu ważna sprawa – rodzice nie machnęli lekceważąco ręką, nie było głębokiego westchnienia dezaprobaty. Przeciwnie. Od początku wspierali syna. Tata uczył więc Wieśka sztuczek, które sam znał, dopingował do działania.

- Muszę powiedzieć, że nasz dom był jak na owe czasy mocno związany z kulturą. Jakkolwiek rozumianą. Dziadek grał na skrzypcach, babcia na fortepianie. Mieliśmy też zwyczaj spotykania się z całą rodziną w każdą niedzielę. Dzieciom przypadało przygotowanie przedstawienia. Moje kuzynki śpiewały, a ja wygłupiałem się i pokazywałem różne sztuczki, których zdążyłem się już nauczyć – wspomina.

Pamiętny trick, to znikająca moneta. Jakakolwiek, którą każdy z widzów mógł wyciągnąć ze swojego portfela. Wiesiek pocierał nią rękę, a w pewnym momencie ona znikała. Po chwili, wydobywał ją zza kołnierza.
- Pokazałem ją raz w szkole – opowiada ze śmiechem. - Jakoś później przyjechał wizytator z Rzeszowa i dyrekcja pochwaliła się zdolnym uczniem. Zawezwali mnie, bym zaprezentował umiejętność. Gość nie mógł wyjść z podziwu – dodaje z dumą.

Trapez własnej roboty i brezent z rafinerii

Zauroczenie sztuką cyrkową nie skończyło się tylko na występach przed rodziną. Zebrała się bowiem grupa chłopaków, którzy dali się ponieść fantazji i pod wodzą nastoletniego Wieśka, zorganizowali osiedlowy cyrk. Najpierw występowali na prowizorycznej scenie pod drzewami. Szybko zapragnęli czegoś większego i poważniejszego.
- Tak zaczęła się budowa cyrkowego namiotu – opowiada dalej.
Drewno potrzebne do konstrukcji przywieźli z lasu. Zrobili „kasę”, bo przecież gdzieś trzeba było sprzedawać bilety.Potrzebny był jeszcze brezent do przykrycia w konstrukcji. Tutaj z pomocą przyszła mama, która wówczas pracowała w rafinerii Glimar. Okazało się, że jest tam kawał potrzebnego materiału, który był wykorzystywany przy produkcji parafiny. Gdy przestał służyć, został spisany jako swego rodzaju produkt uboczny. Dla młodych cyrkowców był idealny. Mama pomogła więc w sprawach papierkowych.
- To wszystko musiało być przekazane legalnie – podkreśla.
Chłopcy stali się właścicielami upragnionego materiału, zaopatrzeni w dratwę i sporych rozmiarów igły zaczęli szycie. Poświęcali temu każdą wolną chwilę. Namiot był jak na ich możliwości był ogromny, bo wedle relacji Jaśkowskiego miał około czterech metrów wysokości. Mieściło się w nim około stu osób. Na szczycie namiotu zamontowali napis „Cyrk Clown”.

- Równocześnie trenowaliśmy – przywołuje obrazy sprzed lat. - Koledzy wywijali salta na prowizorycznie zmontowanych trapezach, wspinali się po linach zawieszonych na drzewach. I dzisiaj sam się dziwię, jak to się stało, że myśmy się nie pozabijali przy tym wszystkim – śmieje się.

Poważne pisma od poważnych instytucji

W tej formie cyrk przetrwał kilka lat. I stawał się coraz lepszy, a wieść, że w Gorlicach działa, zaczęła się zataczać coraz szersze kręgi. Do Wiesława zaczęła przychodzić poważna korespondencja, między innymi z okolicznych zakładów pracy, które zwracały się z prośbą o przygotowanie okolicznościowych przedstawień.
- W związku z przygotowywaną przez nas imprezą pod hasłem „Dzień Młodości” FM i SW w dniu 10. 07.71 na osiedlu mieszkaniowym przy ulicy Szopena, uprzejmie prosimy o wystawienie programu cyrkowego przez grupę artystyczną cyrku „Clown” kierowanego przez kolegę – czytamy w jednym z pism.
I dalej: proponujemy, żeby za występy pobrać opłaty przeznaczone na pokrycie kosztów związanych z funkcjonowaniem cyrku.
- Poważne pismo do poważnej instytucji, która miała swoje biuro w piwnicy bloku – wzdycha na wspomnienie.

Szybki szkolny awans

Kluczowym momentem w karierze był 1972 rok, gdy pod kopułę glinickiego cyrku trafił dyrektor szkoły sztuki cyrkowej z Julinka. Był akurat w Jaśle i ktoś mu powiedział, że niedaleko, bo w Gorlicach działa amatorski cyrk i całkiem nieźle sobie radzi.

- Gdy dowiedzieliśmy się, kto zasiadł na widowni, nie wierzyliśmy we własne szczęście – wspomina.

Występ musiał się podobać, bo Jaśkowski dostał propozycję nauki w pomaturalnym studium, które działało w tejże szkole. I to od razu na drugim roku – dodaje z dumą.
Później potoczyło się z górki – treningi, doskonalenie umiejętności, angaże, występy na polskich i zagranicznych estradach. I ciągle nie ma dosyć.
- Właśnie wróciłem z Krynicy, jutro też jadę, a w przyszłym tygodniu czeka mnie wyzwanie nad morzem – wylicza.
Bilet na występ kosztował dwa złote. A cały dochód przeznaczali na zakupy, od gwoździ i śrubek po drobne narzędzia, które na co dzień przydawały się podczas przygotowań do występów.

Kto rozbroi iluzjonistę?

Nie potrafi zliczyć, ile razy stawał na scenie. Tremy nie ma, ale lata doświadczeń nauczyły go, że nie można wyjść na scenę nieprzygotowanym. Bo widz wyłapie wszystko. A widz, którym jest dzieckiem, oko na szczególnie bystre. I jemu byle wytłumaczenia, wcisnąć się nie da.

- Za to, gdy wszystko pójdzie zgodnie z planem, taki maluch potrafi rozbroić – podkreśla. - Przyjdzie, popatrzy na mnie i z największą powagą powie lekko sepleniąc: pierfsy raz w zyciu widziałem coś tak fantastycznego – cytuje. - No jak się nie wzruszyć, gdy recenzent ma może ze cztery a może pięć lat – śmieje się.

od 7 lat
Wideo

Tadeusz Płużański - Dlaczego warto pielęgnować pamięć o wyklętych

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na X!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na X!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

Materiały promocyjne partnera
Wróć na gazetakrakowska.pl Gazeta Krakowska