Wrócili z podróży poślubnej

Agnieszka Nigbor-Chmura
Afryka 2x2, czyli podróż na rowerach przez Czarny Ląd, była dla nich spełnieniem marzeń. Pokonali 7560 kilometrów, przejechali przez jedenaście krajów, teraz naprawdę poznali Afrykę.

Tomek kocha rowery, a ja Czarny Ląd, stąd pomysł na wyprawę "Afryka 2x2" - pięć miesięcy, jedenaście krajów, siedem tysięcy kilometrów. Pedałując. Poszukując wody. Czasem bojąc się. Wspólnie. Taki mamy plan na podróż poślubną - mówili przed pięcioma miesiącami Ela Wiejaczka i Tomek Budzioch. Marzenie się spełniło, wrócili po 142 dniach poza domem, mając na liczniku rowerów 7560 km i 1300 litrów wody wypitych w podróży. Spokój, cisza, stały dostęp do jedzenia i wody to dobra, które docenili dopiero na Czarnym Lądzie.

Musieli zdążyć rozliczyć się z fiskusem
Zapytani o to, czy dzisiaj pojechaliby jeszcze raz, odpowiadają zgodnie, że tak, przy czym Ela szybko dodaje: - Gdybyśmy mieli zapasowy tydzień na odpoczynek. Tego brakowało im najbardziej podczas ostatnich pięciu tygodni podróży, gdy pedałowali codziennie bez dnia odpoczynku, przy bardzo dużym ruchu na trasie do Mombasy, często szutrowym poboczem i pod wiatr, który wiał od morza, wyciągając resztki sił z przemęczonych rowerzystów.

- Cała podróż była przewidziana tak, by po tygodniu jazdy, kiedy dziennie pokonywaliśmy około 70 km, był jeden dzień odpoczynku. Tak było na początku wyprawy. Potem jednak ze względu na pewne okoliczności czasu było coraz mniej. Założoną rezerwę mocno skracały strome podjazdy, burza, kilka godzin spędzonych na posterunku granicznym. Dużo czasu straciliśmy, chcąc dojechać do jeziora Tanganika. W sumie pobyt i powrót na trasę zajął nam trzy dni - opowiada Tomek.

- Podobnie było w drodze do Kigomy, gdzie pięć czy sześć razy przeprawialiśmy się przez rzekę. Szkopuł w tym, że woda była dość duża i nie można było przeprowadzić rowerów z sakwami. Za każdym więc razem, chcąc przejść przez nurt, trzeba było wypinać sakwy, przenosić je przez rzekę, potem wracać po rowery i znów upinać na nich sakwy. Tym sposobem zamiast pokonać w ciągu dnia 70 km, udało się przejechać zaledwie 30 - dodaje Ela. Pośpiech wywołany koniecznością… terminowego rozliczenia się z fiskusem i chęcią dotarcia na wesele kuzynki Eli spowodowały pośpiech w podróży. Kryzys był nieunikniony.

- Kilka dni przed dotarciem do Mombasy, gdy na licznikach rowerów mieliśmy już po 7200 km, nie mogłam już chodzić, a co dopiero jechać. Najbardziej jednak zdenerwowało mnie wtedy pytanie Tomka: "Chcesz wsiąść w autobus?" - śmieje się teraz Ela. - Po pięciu miesiącach pedałowania rozwinęłam mięśnie odpowiedzialne za jazdę na rowerze, inne niestety uwsteczniając. Po powrocie do kraju uczyłam się na nowo chodzić po schodach - dodaje.

Afryka inna niż w literaturze
Obydwoje dobrze wspominają często miłe i zupełnie przypadkowe spotkania z Afrykańczykami. Były to chwile, które pozwoliły im zweryfikować książkową wiedzę o kontynencie z tym, co mieli okazję usłyszeć i zobaczyć na miejscu.

- W Karoi (Zimbabwe) spotkaliśmy Mahendrę, Hindusa, który prowadził tam supermarket. Od rozmowy o części do roweru, która wymagała wymiany i udostępnienia nam kontaktu do człowieka, który takimi rzeczami handluje, doszliśmy do debaty na temat reformy rolnej w 2000 r. i tego, jak jego rodzina straciła potężną i świetnie prosperującą farmę tytoniu o powierzchni 3000 hektarów. Mahendra zapytał też, jak może nam pomóc, a gdy zdradziliśmy, że marzy nam się dobra kawa, zaprosił nas do swojego domu. Po raz pierwszy z ust człowieka, świadka tamtych wydarzeń, słyszeliśmy to, w co trudno było nam uwierzyć w przeczytanych książkach. Z dumą prezentował nam swój dom w Karoi, wyposażony w niezależne instalacje zasilania w wodę, prąd, zapas paliwa, który może mu pozwolić na kilkutygodniowe funkcjonowanie bez zewnętrznego zasilania - opowiada Tomek.

Ela wspomina historię z początku podróży. Już na lotnisku, w pobliżu którego skręcali rowery, widziała ich Kitty, dystyngowana kobieta w niebieskiej sukience. Zaproponowała podwózkę swoim pickupem, opowiadając po drodze o niebezpiecznym regionie, jakim jest Damaraland, i o zwierzętach. - Jakież było nasze zaskoczenie, gdy dotarliśmy do Otavi w Namibii, a tam dostaliśmy wiadomość od Kitty, że z gościną czeka na nas jej kuzynka Anette z mężem Gertem.

To była pierwsza nasza noc w Afryce spędzona w łóżku! Co prawda nie cała, bo jej połowę przegadaliśmy z gospodarzami. Opowiadali o tym, że na 2,2 mln mieszkańców tego kraju ponad 300 tysięcy stanowią Chińczycy. O tym, że dużo czarnych przejmuje farmy i fabryki, wyprzedając majątek i doprowadzając je do ruiny - wspomina Ela.

Gdy strach naprawdę zaglądał w oczy
Denerwujące na wstępie okrzyki "Give me my money!" z czasem stały się codziennością. "Daj mi moje pieniądze!" to hasło, które pojawiało się na ustach napotkanych przez naszych podróżników afrykańskich dzieci. Ich natarczywość była wyjątkowa w Malawi.

- U nas żebractwo, proszenie o pieniądze jest czymś, czego się wstydzimy. Tam dzieci, gdy tylko widzą białych, podbiegają i wręcz żądają pieniędzy. Co ciekawe, tego procederu są chyba uczeni przez rodziców, bo gdyby ich zagadnąć, nie umieją nic innego powiedzieć po angielsku - wspomina Tomek. Zdaniem podróżników świadomość Afrykańczyków dotycząca planowania rodziny jest znikoma, choć czasem wydaje się, że to celowe działanie, bo im więcej dzieci, tym więcej rąk do pracy, a tę podejmują już kilkulatkowie. Niestety, nikt nie uwzględnia już faktu, że małe poletka ziemi nie są ich w stanie wyżywić.

- Gdy przejeżdżaliśmy przez wioskę, która ciągnęła się na przestrzeni 400-500 metrów, zdołałem naliczyć około 180 dzieci, tylko tych widocznych z drogi głównej. Tam szkoły w małych wioskach liczą po 700 uczniów, a nauczyciel musi ogarnąć w klasie niejednokrotnie nawet 150 maluchów - tłumaczy Tomek. Na szczęście spotkanie z chłopakiem, który miał 47 rodzeństwa oczywiście pochodzącego od kilku matek, daje obraz wzrastającej świadomości społecznej.

- Mój tata był troszkę niegrzeczny - mówił chłopak. - Dlatego teraz nie możemy wszyscy chodzić do szkoły i musimy pracować - opowiada Tomek. Ela wspomina sytuację, w której czarna kobieta zapytała ją, czy ma dzieci. - Na przeczącą odpowiedź usłyszałam "To weź jedno moje i wykształć je w Europie". Mówiła wskazując na może dwuletniego malucha. Do dzisiaj zastanawiam się, czy chciała dać mu szansę na lepszą przyszłość, czy pozbyć się jednej buzi do wykarmienia - opowiada Ela. Strach, a może jakiś podświadomy lęk zajrzał im w oczy w Burgundzie i Ruandzie. - Do Ruandy dotarliśmy na kilka dni przed 21. rocznicą ludobójstwa - masakry osób pochodzenia Tutsi dokonanej przez ekstremistów Hutu.

Ocenia się, że od kwietnia do lipca zginęło tam od 800 tysięcy do miliona ludzi. Trudno się dziwić, że trochę cierpła nam skóra, gdy akurat tamtejsi mieszkańcy przechodzili na swoje pola uprawne, niosąc w rękach maczety. Wiedzieliśmy już też, że Afrykańczycy działają pod presją tłumu i wówczas są nieobliczalni. Liczyliśmy się z tym, że gdyby ktoś krzyknął "Zabijmy białych, będziemy mieć ich rowery", mogłoby być różnie - opowiada dalej Tomek. Dla Eli trudnym przeżyciem był zmasowany atak much tse-tse. - Wiedziałam, że ukąszenia nawet pojedynczych owadów są bardzo bolesne i grożą śpiączką afrykańską, a nas zaatakowało kilkadziesiąt! Goniły nas przez 40 kilometrów - opowiada Ela.

Zrozumieli Kydryńskiego
O pobycie na Czarnym Lądzie mogliby mówić godzinami - i będą mówić. Już 8 czerwca w krakowskiej Piwnicy pod Baranami, w Gorlicach prawdopodobnie wcześniej. Wiedzą, że napiszą coś na kształt pamiętnika z podróży.

- Kiedyś przeczytałem książkę Marcina Kydryńskiego "Chwila przed zmierzchem", w której na początku autor zadał podstawowe pytanie - po co jechać do Afryki? W odpowiedzi tłumaczył: "Bo jest tam cieplej, bo to piękny ląd, a poza tym, jeśli nie skończysz jako ozdoba naszyjnika ponurego szamana, objawi ci się nowa perspektywa; zrozumiesz ostatecznie, co jest ważne, a co mniej". Teraz wiemy, że chodziło mu o stały i nieograniczony dostęp do wody, o którą w podróży stale musieliśmy się starać i której poszukiwać.

O jedzenie, które u nas traci datę przydatności na półkach sklepowych, a tam trzeba go szukać czasem w promieniu kilkudziesięciu kilometrów. O ciszę i spokój za oknem, których brakuje podczas noclegów w szopie czy przy głównej trasie w Ugandzie i Kenii, a którą cieszymy się w swoim domu. O ciepło, którego doświadczanie u nas ogranicza się do odpowiedniego ustawienia pieca, a w Tanzanii do życzliwości ludzi, którzy przynieśli garnek z żarem, gdy byliśmy przemoczeni do suchej nitki. Tak naprawdę tam wszystko ogranicza się do zabezpieczenia potrzeb fizycznych, głównie jedzenia i picia - kończy Tomek.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie