Czasem po pracy ryczałam. Ale nie zamieniłabym tego zawodu na żaden inny

Marta PaluchZaktualizowano 
Łamanie kolumny przy stole drukarskim. Dziennikarze: Józefa Piotrowska-Strigl (w środku), Zbigniew Lergren i Janina Markiewicz arch.
O pracy w redakcji, życiu codziennym dziennikarza i cenzurze opowiada Józefa Piotrowska-Strigl - dziennikarka i redaktorka od 1949 r.

"Gazeta Krakowska" zaczęła się ukazywać w 1949 roku. Jak się wtedy pracowało?
Fajnie. Na początku była duża grupa jeszcze przedwojennych dziennikarzy. I młodzież, do której zaliczałam się ja - byłam wtedy na pierwszym roku studiów, miałam 19 lat. Poszłam na żywioł: byłam dziennikarką, a niebawem asystentką na studiach dziennikarskich, których szefem był nasz pierwszy naczelny, Arnold Mostowicz. Wtedy, żeby zdobyć materiał, trzeba było wsiąść w auto i jechać na miejsce. Nie było agencji prasowej. Ale miało to swoje dobre strony. Poznawało się teren, ludzi. Pracowało się ciężko. I bardzo dużo czasu spędzaliśmy w drukarni. Jedna litera nie tak, błąd i trzeba było na nowo formować czcionki, układać.

Czyli po powrocie z terenu nie wystarczyło napisać i oddać tekst?
A skąd! Trzeba było pojechać, zebrać informacje, przelać je na papier. Potem zejść do drukarni i pilnować, czy błędy się nie wkradły. Jedna korekta, druga korekta, podpis cenzury i dopiero tekst mógł iść do druku. Wychodziło się z redakcji wtedy, kiedy maszyny drukarskie już ruszyły, około drugiej w nocy. Mróz, ciemno, na dole wielkie role papieru drukarskiego, a między nimi spacerujące szczury. Czekaliśmy aż nas kierowca porozwozi po domach... Pamiętam też bardzo dobrze zapach farby drukarskiej i ołowiu. Z niego były zrobione czcionki. Wdychaliśmy ten zapach, był w naszych ubraniach, włosach, wszędzie. Wtedy nie wiedzieliśmy jeszcze, że jest tak niebezpieczny, toksyczny.

Pamiętam też, że był taki pan, nazywał się Stefan Morawski - bardzo doświadczony, jeszcze przedwojenny metrampaż.
Kto?

Metrampaż. To osoba, która z wierszy układała kolumny. Był cudowny, bardzo nam pomagał. Wtedy ściśle współpracowaliśmy z drukarzami. Na zdjęciu powyżej stoimy przy drukarskim stole ze Zbigniewem Lergrenem, jednym z pierwszych dziennikarzy w redakcji. To był świetny dziennikarz depeszowy, redaktor. Bardzo pomagał nam, młodym. Przystojny, typ południowca. Ale trzymał dziewczyny na dystans. Obok jest Janina Markiewicz, dziennikarka. Wyemigrowała w 1968 roku, jak wielu z naszych kolegów, po antysemickiej nagonce. Wcześniej nigdy się nie mówiło o ich pochodzeniu, a potem, podczas wydarzeń w 1968 roku, w zasadzie zostali zmuszeni do wyjazdu... Smutna historia.

Był cenzor w redakcji?
Oczywiście! Na ogół była to zaufana osoba aparatu partyjnego. Miał swoje biurko, swój gabinet na placu Szczepańskim i w naszym "Krążowniku" na Wielopolu. Tak nazywaliśmy ten wielki, zabytkowy budynek, który zresztą stoi do dziś.

Bardzo kreślił teksty?
Czasem bardzo, trzeba było uważać, co piszemy. Jeśli był zapis cenzury na kogoś czy na coś, mieliśmy dwa wyjścia. Tak lawirować, żeby go ominąć, albo po prostu w ostatniej chwili łamać kolumnę od nowa. W sytuacji gdy pod redakcją czekały samochody, by rozwieźć gazety, a na dworcu - pociągi, było to trudne.

Na kogo były te zapisy?
Na przykład na Witolda Małcużyńskiego. To pianista międzynarodowej sławy, zwycięzca konkursu chopinowskiego. Komuniści mieli mu za złe, że wybrał wolność i został na zachodzie Europy. Można było o nim napisać, ale nie chwalić, bo jednak opuścił PRL... To był wspaniały człowiek i do dziś myślę, że wywiad, jaki z nim zrobiłam, był jednym z najlepszych. Zresztą Małcużyński złapał mnie później i dziękował mi za niego. To moje najmilsze wspomnienie. Może dlatego, że przez długie lata pisałam, oprócz tekstów miejskich, także recenzje muzyczne. Pamiętam początki Krzysztofa Pendereckiego. Przeprowadzałam też wywiady m.in. z wybitnym pianistą Arturem Rubinsteinem. To były wielkie osobowości. A i czasy bardzo ciekawe, gorące. Pamiętam pierwszą edycję Festiwalu Muzyki Współczesnej "Warszawska Jesień". Był wrzesień 1956 roku, tuż przed historycznymi wydarzeniami. Wtedy też poznałam Jerzego Waldorffa, do końca jego życia zdarzało nam się dyskutować o muzyce.

To było tuż przed przełomem październikowym.
Atmosfera w Warszawie była napięta, nie wiedzieliśmy, co się dzieje. Stefan Kisielewski przyleciał i krzyczy: czołgi jadą! Wybuchła panika. A moje dziecko i mąż zostali przecież w Krakowie. Telefony przestały działać. W takich okolicznościach musieliśmy napisać ostatnie recenzje... Potem wróciliśmy do domu i okazało się, że Kraków i nasze domy jeszcze stoją. Na szczęście.

Jak wtedy było? Jak się pracowało w latach 40., 50., 60.?
Różnie. Fajnie, ale czasem wracałam do domu i ryczałam.

Dlaczego?
Ze złości, z bezsilności.

Bo nie można było ludziom pomóc, czy z powodu propagandy i cenzury?
Raczej z tego drugiego powodu. Pętający się po redakcji panowie w mundurach, z pistoletami w kaburach... Tego się nie zapomina. Były też sytuacje, kiedy ludzie wylatywali z pracy za jeden błąd. Mieli pięć minut na opróżnienie biurka. Rzecz dzisiaj nie do pomyślenia. Pamiętam, jak Bośka (Bogumiła) Pieczonkowa, chyba jedyna oprócz mnie żyjąca dziś dziennikarka, która pracowała wtedy w "Gazecie Krakowskiej", została ocalona przed takim losem.

Jak?
Recenzje filmowe pisał wtedy dla nas pewien słynny komunistyczny krytyk. I w jednej z recenzji z radzieckiego filmu, podpisanej jego nazwiskiem, znalazło się jakieś przekłamanie. A to my, dziennikarze, przepisywaliśmy te recenzje z jego rękopisów. A pisał bardzo niewyraźnie, na strzępach papieru. Do naczelnego zadzwonił telefon z Warszawy. Słyszę jak szef mówi: Tak, dziennikarz już opuszcza biurko! Więc puściłam się pędem do Bośki Pieczonkowej, mówię: Wyrzuć te strzępy! Nikt nam nie udowodni, że to myśmy zrobili błąd. Wyrzuciła i została, tak samo jak i ja. Bo mogłyśmy wylecieć jak nic.

Po 1956 roku lepiej się pracowało?
Znacznie lepiej, było więcej swobody. Redakcja "Gazety Krakowskiej" często wychodziła na zewnątrz. Organizowaliśmy "białe niedziele" - spotkania z lekarzami, fachowcami. Przychodziły na nie setki ludzi. Spotkania z czytelnikami organizowało się głównie w terenie, w domach kultury, świetlicach w najbardziej nawet zapadłych wsiach. Najpierw była część artystyczna, w której występowali najwięksi aktorzy, śpiewacy operowi i inni artyści ówczesnej krakowskiej sceny: Herdegen, Stebnicka, Załucki, Brzeziński, Otwinowski. Potem było spotkanie z czytelnikami.

Jak ono wyglądało?
Opowiadaliśmy anegdoty z redakcji, odpowiadaliśmy na pytania. Była też część poświęcona udzielaniom porad prawnych. Te spotkania trwały wiele godzin, często do późnej nocy. Wtedy na prowincji gazeta była, obok radia, podstawowym źródłem informacji, faktycznym oknem na świat.

Czuliście, że Was potrzebują?
Bardzo. Poza tym nie było konkurencji. Bo ile wtedy było gazet w Krakowie? Niewiele. To zdjęcie w środku jest właśnie z jednego z takich wyjazdów. Pierwszy z lewej, w okularach, stoi Czesław Kopiarz, jeszcze ze starej przedwojennej szkoły. Niesłychanie sprawny. We dwójkę robiliśmy całą kolumnę miejską. Drugi z lewej stoi Artur Podkowa, wyemigrował w 1968 roku. W środku, z wąsem, stoi najstarszy z dziennikarzy, jeszcze z przedwojennej szkoły, były redaktor Ikaca, czyli Ilustrowanego Kuriera Codziennego - Stanisław Peters, z zawodu nauczyciel. Opowiadał nam, że przed wojną, gdy zrobił zdjęcie konia Piłsudskiego, który się potknął, pojechał za honorarium na zagraniczne wakacje z rodziną. Pierwszy z prawej stoi Adam Szybowski, solista Opery Krakowskiej. W środku siedzi Halina Zaczek, aktorka. Z pieskiem - dziennikarka Irena Jadowska. Piesek wszędzie z nami jeździł. Obok siedzi Zosia Stachurska, śpiewaczka Opery Krakowskiej. Podczas takich wyjazdów nawiązywały się przyjaźnie, to były wspaniałe czasy. Nie było tak, że tylko harówa, stresy i cierpienie. Przecież byliśmy młodzi, bawiliśmy się, zakładaliśmy rodziny, do dziś utrzymujemy kontakty. Po pracy szło się na zabawę.

Wódka się lała?
No pewnie. Gdy wracaliśmy z terenu, szliśmy w miasto i kończyliśmy w "Feniksie" na krakowskim Rynku. W ekipie mieliśmy takie sławy jak Ludwik Jerzy Kern, niesłychanie towarzyski kolega.

O której kończyliście?
Różnie bywało. Nieraz mąż mnie pytał: Co tak wcześnie wstajesz?

Wyjeżdżaliście poza Małopolskę?
Oczywiście. Zdarzały się wyjazdy sponsorowane. Mam nawet zdjęcie z tego wyjazdu do Iraku i Kuwejtu. Jeździliśmy na reportaże, żeby opisać inwestycje realizowane przez polskie firmy za granicą.

To też przechodziło przez cenzurę?
Tak, ale nie była aż tak surowa, jak w przypadku innych tekstów. Pisaliśmy zresztą nie tylko o inwestycjach, ale także o tamtych ludziach, ich kulturze. Po mojej wizycie w 1976 roku napisałam sześć reportaży. Arabowie byli bardzo ciekawi, ale też nieufni. Dopytywali się, po co przyjechaliśmy. A skończyło się na tym, że piliśmy razem piekielnie mocną herbatę. Nie mogli wyjść z podziwu, że przyjechała do nich kobieta bez męskiej obstawy. Uspokoili się dopiero, gdy zobaczyli moich kolegów dziennikarzy. W tym czasie w Iraku został porwany przez Kurdów polski inżynier. W redakcji zapanowała panika, bo nie wróciliśmy w ustalonym terminie. Przylecieliśmy dwa dni później. W redakcji bali się, że nas też porwali. Ówczesny naczelny, Zbigniew Regucki, szalał z niepokoju. Dzwonił do domu, po znajomych, a mnie tam nie było. A spóźniliśmy się dlatego, bo przedłużyli nam pobyt i skorzystaliśmy z okazji, by pojechać do Kuwejtu... W ogóle w tych czasach dużo się jeździło. Np. na wymiany z dziennikarzami z krajów demokracji ludowej: Jugosławii, Bułgarii, NRD, Rumunii, Węgier. Oni pisali o nas, my o nich.

Można było krytycznie?
Nie bardzo. Ale nawiązywaliśmy przyjaźnie, spotykaliśmy ciekawych ludzi. Podczas jednego z takich wyjazdów rozmawiałam z Jurijem Gagarinem, pierwszym człowiekiem w kosmosie.

No i?
Bardzo sympatyczny, prosty chłopak. Ale był tak obstawiony, że nie można było spokojnie porozmawiać.

A Pablo Picasso?
Też go spotkałam, kiedy przyjechał do Polski w latach 50., na zjazd intelektualistów we Wrocławiu.

Jaki był?
Niepozorny, tylko te charakterystyczne, czarne oczy mu błyszczały. Przedstawiono nas sobie. Powiedziałam, że jestem z Krakowa. Uśmiechnął się miło. Niestety, wywiadu nie mogłam z nim zrobić. A szkoda.

Jak się pracowało w latach 80., z Maciejem Szumowskim?
Powiem tak: dla niego, dla gazety przez niego robionej, warto było być dziennikarzem.

Spaliście w redakcji?
Nieomalże. Nie było dnia ani nocy... Maciek nawet nie musiał nam niczego kazać. Każdy wiedział, co ma robić. Atmosfera i czasy były niepowtarzalne i już nie wrócą. Na szczęście.

Na szczęście?
Bo to były straszne, nienormalne czasy w Polsce.

Ale w redakcji było wspaniale?
Tak. To była gazeta ogólnopolska, jeździliśmy po całym kraju. Kiedy był strajk w Gdańsku, wsiadało się w pociąg, auto i jechało. Rozruchy na Śląsku - to samo. Atmosfera była niezwykła. Wyobraź sobie, że ludzie dosłownie bili się, żeby usiąść koło mnie, bo jestem z gazety Szumowskiego. Wyrywali sobie gazetę z rąk.

Żyliście tym?
Niewiele było życia poza redakcją. Maciek mówił: W Warszawie coś się dzieje, jedź. I jechało się, dzieci nie dzieci, mąż nie mąż. Wracaliśmy w nocy, pisaliśmy nad ranem. Tylko po to, żeby się artykuł ukazał w najnowszym wydaniu gazety... Maciek był niezwykłym szefem, świetnym kolegą. Wymagającym. Ale można było na nim polegać.

A teraz? Co myślisz o gazecie dzisiaj?
Jak sobie pomyślę, że kiedyś trzeba było ze sobą zabierać maszynę do pisania, czekać na poczcie, gdzie najpierw trzeba było zamawiać międzymiastową, potem łączyć... Dużo pracochłonnych, niepotrzebnych czynności jest wam dzisiaj zaoszczędzonych.

Żałowałaś kiedykolwiek, że wybrałaś ten zawód?
Nigdy. Nie zamieniłabym go na żaden inny.

Rozmawiała Marta Paluch

Zobacz najświeższe newsy wideo z kraju i ze świata
"Gazeta Krakowska" na Youtubie

Artykuły, za które warto zapłacić!
Sprawdź i przeczytaj

Codziennie rano najświeższe informacje z Krakowa prosto na Twoją skrzynkę e-mail.
Zapisz się do newslettera!

polecane: FLESZ: Ekologia na co dzień: 6 mitów, w które wierzymy

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.
Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3