Kraków. Miejskie media coraz droższe. Już blisko 1,4 mln zł na jednolity przekaz

Piotr Ogórek
Piotr Ogórek
Za miejski dwutygodnik Krakow.pl płacimy rocznie 1,4 mln zł. Dowiadujemy się z niego głównie, że wszystko w mieście jest super
Za miejski dwutygodnik Krakow.pl płacimy rocznie 1,4 mln zł. Dowiadujemy się z niego głównie, że wszystko w mieście jest super Aneta Zurek / Polska Press
Dwutygodnik Krakow.pl kosztuje nas wszystkich 1,4 mln zł rocznie. To koszty wydania, dystrybucji, kolportażu, korekty, pisania, itp. Jak wiele samorządów, Kraków ma swoje miejskie media. Choć można tam znaleźć pożyteczne informacje, to głównym zadaniem miejskiego dwutygodnika jest prezentowanie miasta i jego władz, a zwłaszcza Jacka Majchrowskiego, w jak najlepszym świetle, bez cienia krytycyzmu.

FLESZ - Czym jest Fundusz Odbudowy i Krajowy Plan Odbudowy?

Dwutygodnik miejski Kraków.pl wydawany jest od 12 lat. W pierwszym kwartale 2021 r. ukazało się sześć numerów, z czego pięć w nakładzie 40 tys. egzemplarzy i jeden w nakładzie 32 tys. Jak informuje nas magistrat, koszt wydania numeru w nakładzie 40 tys. to 34 tys. zł, a w nakładzie 32 tys. 28,9 tys. zł. Koszt kolportażu jednego wydania to nieco ponad 9 tys. zł. Jak dodają urzędnicy, w tym samym okresie współprowadzenie profili na Facebooku i Twitterze kosztowało 10 tys. zł.

Roczne koszty (na rok 2021) związane z wydawaniem dwutygodnika Kraków.pl są całkiem spore i wynoszą 1 mln 375 tys. zł. Szczegółowe wydatki związane z wydawaniem miejskiej gazety można znaleźć w rejestrze umów magistratu.

Gazetę można otrzymać w budynkach Urzędu Miasta Krakowa, siedzibach rad dzielnic, jednostkach miejskich, krakowskich szpitalach, bibliotekach, a także w sieci saloników Kolportera.

Kosztowny kolportaż i kontrola saloników prasowych

Kolportaż dwutygodnika rozbity jest na kilka podmiotów, zarówno osoby fizyczne, jak i firmy. I tak kolportaż 12 numerów przez wspomnianego Kolportera to 48,7 tys. zł. Do tego sześć umów na kolportaż po 10,5 tys. zł, jedna za 13,6 tys. zł i dwie mniejsze po kilka tysięcy. Miasto płaci także za dowóz gazety do miejsc kolportażu (11 tys. zł) oraz za przygotowanie do druku i kolportaż (36,2 tys. zł), a także dostarczenie materiałów informacyjnych UMK i kolportaż (dwie umowy po 39,6 tys. zł). Jest jeszcze umowa na dowóz, kolportaż i monitoring saloników Kolportera za 45,2 tys. zł.

Treści w dwutygodniku Kraków.pl tworzą pracownicy Wydziału Komunikacji Społecznej, ale magistrat płaci też dodatkowo za pisanie tekstów i przeprowadzanie wywiadów. W sumie to 23,1 tys. zł w dwóch umowach. Do tego dochodzi korekta redakcyjna i językowa za 12,6 tys. zł (10 numerów) i 15,6 tys. zł (11 numerów).

Największe kosztowo umowy związane z dwutygodnikiem Kraków.pl dotyczą składu i przygotowania do druku (70 tys. zł) oraz wydanie i dystrybucja gazety – ponad 951 tys. zł.

Jak wspomnieliśmy we wstępie, w gazecie znajdują się głównie treści przedstawiające Kraków i jego włodarzy w jak najlepszym świetle. Nie ma tam miejsca na krytykę, nie ma nawet głosu mieszkańców. Jaki jest zatem sens płacenia niemałych pieniędzy na taką miejską propagandę?

- Mieszkańcy oczekują całościowej informacji na temat działań miasta. Nie tylko takich, które są atrakcyjne dla mediów komercyjnych, ale też takich, które w mediach komercyjnych trudno znaleźć, ponieważ nie są "klikalne", ale są ważne z punktu widzenia użyteczności dla odbiorcy. Gmina musi mieć własne narzędzia informowania mieszkańców o ofercie przygotowanej przez miasto, o bieżących wydarzeniach, remontach, finansach, o sposobie załatwiania spraw w urzędzie i jednostkach, ponieważ nie są to informacje powszechnie dostępne w mediach komercyjnych ani też w mediach publicznych - mówi Monika Chylaszek, rzeczniczka prezydenta Jacka Majchrowskiego.

Do tego urzędnicy dodają, że drukowana wersja to ukłon w stronę starszych osób, które preferują taką formę treści.

W miejskim dwutygodniku możemy przeczytać, że Kraków to prawie najzieleńsze miasto Polski, pełne parków i drzew. Ani słowem o kontrowersjach, chociażby związanych z budową parku Zakrzówek, czy ostatnio z planowym remontem parku Bednarskiego. Tylko jednolity przekaz, bez żadnej krytyki i głosu mieszkańców.

Utartą praktyką jest też zwiększanie nakładu miejskiej gazety przed wyborami prezydenta miasta. Tak było w 2018 roku, przed wyborami, które po raz piąty wygrał Jacek Majchrowski. Wtedy nakład gazety zwiększono do 50 tys. egzemplarzy jednego wydania. W zeszłym roku, w trakcie pandemii koronawirusa, nakład ograniczono do 20 tys. egzemplarzy. Pandemia wciąż trwa, ale nakład z powrotem przywrócono do poziomu 40 tys.

Organizacje pozarządowe monitorują "gazety władzy"

Problemowi gazet wydawanych przez samorządy na początku tego roku przyjrzała się Sieć Obywatelska Watchdog Polska. NGOs zwraca uwagę, że tego typu „media” przyczyniają się do upadku lokalnej demokracji.

- Po pierwsze istnienie gazet prowadzonych przez samorządy czy podległe im jednostki, nie ma podstawy prawnej. (…) Władza publiczna może robić tylko to, do czego ma upoważnienie ustawowe. Władze samorządowe oczywiście znalazły takie uzasadnienie. Ma nim być art. 10 ustawy o gospodarce komunalnej, wedle niego gmina może poza sferą użyteczności publicznej zajmować się "działalnością doradczą, promocyjną, edukacyjną i wydawniczą na rzecz samorządu terytorialnego" - pisze Watchdog Polska w swoim raporcie. Jak dodaje, gminy powołują się też często na zapisy ustawy o samorządzie, które wspominają o promocji gminy.

Dalej NGOs stwierdza, że "gazety władzy" udają coś, czym nie są. - Udają prasę, ale nie spełniają standardu oczekiwanego od prasy. Autorzy artykułów często nie są dziennikarzami, a urzędnikami, jeśli jest to gazeta prowadzona bezpośrednio przez urząd, (…) często są to pracownicy działów promocji, co dobrze oddaje zadania, jakie są stawiane przed gazetami władzy – czytamy w raporcie.

Piszący do samorządowych mediów są także pracownicy samorządowych instytucji kultury, czyli osoby teoretycznie bardziej niezależne wójtów, burmistrzów, czy prezydentów miast. - W Polsce obowiązują zwyczaje niekoniecznie zgodne z prawem, trudno zatem uznać, że są to osoby wolne od autocenzury. Jaki te osoby miałyby powód, by powiedzieć, że mieszkańcy są z czegoś niezadowoleni, w gminie istnieją jakieś pola konfliktu, jakieś pomysły władzy się nie udały? - pyta się Watchdog Polska.

W swoim raporcie zwrócili także uwagę na wątek, który wspomnieliśmy wcześniej. W normalnych materiałach dziennikarskich często występują mieszkańcy, którzy komentują, czy oceniają rzeczywistość wokół siebie. Natomiast w gazetach władz samorządowych mieszkańcy występują tylko "jako podmiot, o który się zadba". Jako przykład służy m.in. dwutygodnik Kraków.pl.

"Stawiamy na zieleń i nie ma co do tego żadnych wątpliwości – mówi dyrektor Kempf. – Po pierwsze dlatego, że potrzebują jej mieszkańcy", "Jestem przekonany, że mieszkańcy będą chcieli się tam spotykać i przebywać", "zakończono szereg inwestycji, na które czekali mieszkańcy", "Mieszkańcy Krakowa mogą uzyskać bezpłatne wsparcie psychologiczne", "z prośbą o co mieszkańcy zwracają się bardzo często" - to wyliczenia tylko z jednego numeru Kraków.pl, który analizował Watchdog. - Choć tak dużo pisze się o inwestycjach, rzadko prosi się o komentarz mieszkańców i ich wrażenia – czytamy w raporcie.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie