Krakowski kolekcjoner noży zabił, bo miał niespłacone długi

Artur Drożdżak
Kierowca busa do końca nie podejrzewał, że kurs z Krakowa do Chobotu będzie ostatnim w jego życiu . Nie spodziewał się, że gdy wysiądzie na chwilę z auta na papierosa, otrzyma nożem cios w plecy- pisze Artur Drożdżak.

To był ostatni kurs busem 49-letniego Józefa Hajdera. Od sześciu miesięcy codziennie pokonywał tę trasę z Krakowa do Chobotu koło Wieliczki. I z powrotem. Tak też miało być 20 października 2008 r. Pogoda ładna, pasażerów niewielu. Kilka minut po godz. 22.00 był już na przystanku w Chobocie, cierpliwie czekał na kolejnych pasażerów, by wrócić do Krakowa i zakończyć pracę. Siedział sam, słuchał radia, wysiadł, by zapalić papierosa. Nie spodziewał się, że otrzyma nożem cios w plecy. Brocząc krwią jeszcze miał na tyle siły, by doczołgać się z przystanku do głównej drogi.

- Pomocy, ratunku ! - wołał. To były jego ostatnie słowa. Krzyk usłyszeli właściciele pobliskich domów, pobiegli na ratunek. - Jak dotarliśmy do rannego, jeszcze żył. Próbował coś powiedzieć, ale już nie mógł wydobyć głosu. Ledwo poruszał ustami - opowiedzieli przybyłym na miejsce policjantom. Wezwali karetkę pogotowia, sami próbowali zatamować krew tryskającą z rany Hajdera, ale było za późno. Mężczyzna zmarł.

Nocna obława
Śledztwo ruszyło z kopyta. Użyty na miejscu pies tropiący doprowadził funkcjonariuszy kilkaset metrów dalej. Napastnik uciekał polami w sobie tylko znanym kierunku i celu. Potem ślad się urywał. - Cios został zadany w okolicę prawej łopatki. Zostało uszkodzone prawe płuco i doszło do krwotoku wewnętrznego, który był przyczyną śmierci - na gorąco stwierdzili medycy sądowi. Zakrojona na szeroką skalę nocna obława nie dała rezultatu, a rano policjanci już zaczęli przesłuchiwać świadków, mieszkańców Chobotu. Oni zgodnie zeznawali, że zabójcą na pewno nie jest nikt miejscowy. - My się tu wszyscy znamy, lubimy. To nikt z naszych nie dokonał tej zbrodni - zapewniali.

Pierwszy trop
Z ustaleń wynikało, że z busa zniknęły dwie saszetki z pieniędzmi, całodzienny utarg kierowcy, gdzieś ze 200- 300 zł. Zaczęto przepytywać po kolei pasażerów, którzy jeździli tą linią z Krakowa do Chobotu i z powrotem.

- Widział pan coś niezwykłego ? Zauważyła pani pasażera, który się dziwnie zachowywał? - takie pytania zadawano wszystkim po kolei. Po dwóch dniach śledczy wpadli na trop. Barbara F. wsiadła do busa na jednym z pierwszych przystanków w Krakowie około godz. 21.20. Od razu zauważyła, że jeden z pasażerów jest bardzo nerwowy.

- Wysoki, chudy, przeklinał, że kierowca jeszcze nie rusza - zeznała. Podobne odczucia miała 24-letnia ekonomistka Ewelina M., która wsiadła do busa o 21.00 na początkowym przystanku przy ul. Rakowickiej.
- Mówił do kierowcy jedź, bo zdechnę, umrę, porzygam się - używał takich słów. Wyglądał i zachowywał się, jakby był pod wpływem środków odurzających. Woni alkoholu od mężczyzny nie wyczuła. 33-letnia pracownica poczty, Marzena K. wsiadła na przystanku w Czyżynach. I ona zapamiętała tego mężczyznę, bo cały czas podczas jazdy stał za plecami kierowcy, chociaż były wolne miejsca. W pewnym momencie usłyszała, że coś metalicznego wypadło pasażerowi na podłogę, ale co, tego nie widziała, bo szybko schował tę rzecz do kieszeni.

- Wyglądało jakby liczył pasażerów i tylko czekał, aż wszyscy wyjdą z pojazdu i on zostanie sam na sam z kierowcą. Takie miałam wrażenie - dodała.

Dziwny pasażer
Kolejne ważne zeznania zdobyto od Jakuba B., 18-letniego ucznia, który wracał do domu. - Razem ze mną na przystanku na placu Centralnym czekał mężczyzna, bawił się nożem i w pewnej chwili się nim skaleczył. To był taki nóż z charakterystyczną rączką, nie był składany. Mężczyzna prosił mnie, bym mu powiedział, kiedy przyjedzie bus do Chobotu, wyglądało, że źle się czuje - relacjonował uczeń liceum. Mężczyznę, pasażera, który często korzystał z tej linii komunikacyjnej, zapamiętała także Magdalena C.
- Znam go z widzenia, to Dawid G., ale on nie mieszka w Chobocie, lecz w pobliskiej Woli Zabierzowskiej - dodała.

Policjanci zdobyli zdjęcie mężczyzny i pokazali je innym pasażerom, został rozpoznany. Także przez ucznia Jakuba B., który potwierdził, że to ten mężczyzna bawił się nożem na przystanku w dniu tragedii.

Nóż za łóżkiem
Szybka akcja i Dawida G. zatrzymano w domu, w trakcie przeszukania znaleziono w łazience czarną bluzę, zakrwawioną. Zza łóżka wydobyto nóż. Były na nim ślady krwi, jak się potem okazało, Józefa Hajdera. Podejrzany od razu przyznał się do zabójstwa i rabunku.

Z jego relacji wynikało, że mieszkał z rodzicami i 13-letnią siostrą. Był kiedyś żonaty, miał z tego związku dwójkę dzieci, ale na skutek nieporozumień małżeństwo się rozpadło. Poznał wtedy Lucynę G. i szybko urodziło mu się trzecie dziecko. Jednak i ten związek nie przetrwał próby czasu, bo Lucyna G. w sierpniu 2008 r., dwa miesiące przed zbrodnią, wyprowadziła się z 7-miesięcznym synem pod Kraków, zamieszkała u rodziców. Dawid G. biedy nie klepał, najpierw dorabiał jako hydraulik, potem z ojcem remontowali mieszkania i wykonywali prace na zlecenie. W ostatnim czasie pracował jako kierowca wózka widłowego w Nowej Hucie.

Zabił po piwie
- Tamtego dnia skończyłem pracę o 15.00, potem z kolegą poszliśmy na piwo. Wypiłem kilka butelek, potem jeszcze wódkę żołądkową, wieczorem wsiadłem do busa i zaczekałem, aż zostaniemy sami z kierowcą. Inni pasażerowie wysiedli przed Chobotem - relacjonował chłodno. Nóż miał ze sobą, kupił go kilka dni wcześniej za 30 zł. Miał już w domu kolekcję noży sprężynowych, ale były dość zużyte. Nowy nabytek trzymał w szafce, w pracy, potem nosił w kieszeni kurtki. Kierowcę busa znał z widzenia, kilka razy już z nim jechał. Postanowił ukraść mu auto, którym chciał pojechać do syna, bo przecież od kilku miesięcy nie miał z nim kontaktu. Na końcowym przystanku w nie wysiadł, zaczekał aż Hajder wypali papierosa.
Cios w łopatkę
- Podszedłem, poprosiłem, by oddał mi kluczyki auta. Odmówił, wulgarnie mi odpowiedział - wyjaśniał podejrzany. Doskoczył do busa i zobaczył, że kluczyków nie ma w stacyjce, znów podbiegł do kierowcy, mężczyźni szamotali się krótką chwilę, Dawid G. sięgnął po nóż.

- Zadałem jeden cios w plecy, w okolice łopatek. Kierowca zdążył krzyknąć: ludzie ! - nie krył. Zabrał mu kluczyki, a potem dwie saszetki z wnętrza pojazdu. Samochodu jednak nie ruszał, Uciekł przez pola. Kilometr dalej sprawdził, co jest w środku saszetek i znalazł 320 zł w banknotach po 20 zł, jeszcze jakieś papiery, które spalił, a saszetki wyrzucił. Pieszo dotarł do domu i po cichu wśliznął się do pokoju. Starał się nikogo nie budzić, zdjął zakrwawione ubranie, zamoczył je w łazience, szybko się przebrał. Zauważył, że ojciec nie śpi i wręczył mu zrabowane 300 zł.

- To zadatek z roboty - skłamał. Wypił jeszcze dwa łyki herbaty i poszedł spać, rano, jak co dzień, pojechał do pracy. W czasie podróży zorientował się, że ludzie rozmawiają o śmierci kierowcy busa, nasłuchiwał plotek i relacji z radia na ten temat.

Inna wersja
Przed sądem zmienił wersję zdarzeń i już nie przyznawał się do zabójstwa. Pytany, dlaczego inaczej wyjaśnia, tłumaczył się dość mętnie. - Policja mnie straszyła, więc wtedy się na przesłuchaniu przyznałem do winy. Mówili, że jak tego nie zrobię przestrzelą mi kolana. Na komisariacie bili mnie i kopali - opowiadał na sali rozpraw wysoki, szczupły, ubrany w dżinsy, adidasy, czarną koszulę nieogolony 30-latek.

- Ale pan był przesłuchiwany przecież przez prokuratora, a nie przez policjantów. To kogo się pan bał? - dopytywała się sędzia. Dawid G. kręcił, że ci sami policjanci doprowadzali go na to przesłuchanie, dalej był w strachu, pobity nie mógł wytrzymać bólu, więc wymyślił całą historię i przyznał się do zbrodni, której nie dokonał.

- A faktycznie było tak, że tamtego dnia jechałem po pracy busem do domu, usnąłem, gdy się obudziłem na pętli w Chobocie, kierowcy nigdzie nie było. Skorzystałem z okazji, bo miałem 15 tys. zł długów i zabrałem mu dwie saszetki, w jednej były pieniądze, w drugiej jakieś kartki, które spaliłem - opowiadał. Przekonywał, że wychodząc na stopniu busa znalazł zakrwawiony nóż, zabrał go do domu, ukrył za łóżkiem.

Sąd łagodniejszy
- Wierzę synowi, że nie zabił. Kradzieży mógł się dopuścić, ale nie zabójstwa - na sądowym korytarzu Stanisław G. broni syna. Nagle do rozmowy wtrąca się Krzysztof Hajder, syn zamordowanego: Nieźle pan syna wychował! Stanisław G. odbija piłeczkę: Życzę panu, by nie znalazł się w takiej sytuacji jak ja teraz. Hajder z siostrą są oskarżycielami posiłkowymi na procesie, bardzo przeżywają przebieg rozprawy, widok oskarżonego.

- Tata pół roku pracował w tej firmie przewozowej, był zawodowym kierowcą. Nigdy nie zdarzyło mu się w pracy nic złego aż do tamtego dnia - wzdycha. Mówi, że oskarżony i jego rodzina nie odezwali się po tragedii, nie napisali słowa przepraszam. Jakiej kary oczekuje dla Dawida G.?

- Wiadomo, że za to co zrobił, powinna być jedna. Najwyższa - mówi. Choć prokuratura chciała kary 25 lat więzienia, sąd wymierzył wyrok o 10 lat niższy. - Oskarżony zabił z niskich pobudek, z chęci zysku, nie przeprosił rodziny pokrzywdzonego, nie wyraził skruchy- wyliczała sędzia uzasadniając nieprawomocny wyrok 15 lat więzienia.

- W tej sprawie były i okoliczności łagodzące, a Dawid G. nie jest do końca zdemoralizowany, karany był w przeszłości tylko za znęcanie się - przypomniała. A rodzina kierowcy i prokuratura już zapowiadają apelację.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie