Jej mama i babcia miały po zakończeniu II wojny światowej tylko dwie godziny, żeby spakować się i wyjechać z Wilna. Zatrzymały się aż w Zielonej Górze, gdzie dorastała mała Marylka. Mimo ciężkich czasów, była pogodnym dzieckiem. Początkowo interesowała się śpiewem i tańcem, a nawet dostała się do dziecięcej wersji Mazowsza. Potem zafascynowała się sportem i po maturze zdała na warszawską Akademię Wychowania Fizycznego, gdzie trenowała z dużymi sukcesami bieg przez płotki.
Kiedy kontuzja stawu barkowego uniemożliwiła jej kontynuowanie sportowej kariery, zwróciła się w stronę muzyki. Zaczęła występować z różnymi zespołami bigbitowymi – i w 1967 roku pojechała na Studencki Festiwal Piosenki w Krakowie. Jego wygrana otworzyła przed nią drogę do profesjonalnej kariery. Początkowo prezentowała się niczym polska Joan Baez – folkowa singerka w hipisowskim stylu z akustyczną gitarą w ręce, co natychmiast spodobało się ówczesnej młodzieży.
Spotkanie z Agnieszką Osiecką i Katarzyną Gaertner sprawiło, że zaczęła sypać przebojami jak z rękawa. „Jadą wozy kolorowe”, „Ballada wagonowa” i „Małgośka” uczyniły z niej największą gwiazdą epoki gierkowskiej propagandy sukcesu. Występowała na festiwalach w Sopocie, Opolu, Kołobrzegu i Zielonej Górze. Z wielkim powodzeniem koncertowała również w innych krajach bloku wschodniego – od ZSRR po NRD. Poleciała nawet na Kubę i wyściskała się z Fidelem Castro.
- Ja nie miałam właściwie kontaktu z tamtą władzą. Władcy oddzielali się wówczas od narodu. Nie było nawet okazji, żeby ich poznać. Na ten obiad z okazji 30-lecia Polski trafiłam tylko dlatego, że Daniel Olbrychski mnie zabrał. Siedzieliśmy wówczas przy dużym stole i wtedy poznałam Cyrankiewicza, który nawet nie był już chyba u władzy – śmieje się w „Dzienniku”.
Podczas kiedy w latach 80. rockowe zespoły kontestowały w mniej lub bardziej zawoalowany sposób peerelowską rzeczywistość, ona śpiewała „Leżę pod gruszą” i „Niech żyje bal”. Nic więc dziwnego, że po przełomie politycznym w 1989 roku, została uznana za relikt minionej epoki. Zajęła się wtedy rodziną – i kiedy zapomniano jej flirt z komuną, powoli zaczęła odbudowywać swą karierę. Dziś jest ulubienicą obecnej władzy, a TVP nakręciła nawet o niej specjalny dokument.
- Muzyka mnie niesie. I moja publiczność. To, że mam bardzo dobrych muzyków, że gram na gitarze, że sama to wykonuję. Śpiewając „Niech żyje bal”, często się wzruszam. Kiedy rzeczywiście wczuję się w ten tekst, śpiewam emocjonalnie, to mnie samą zatyka. Po prostu zatyka… Do tego stopnia, że boję się, że się skompromituję, i zawsze sobie powtarzam: „Masz być profesjonalna na scenie. To publiczność ma się wzruszać, a nie ty” – podkreśla w „Gali”.
- Te osoby nie dostaną ślubu kościelnego
- Tak wyglądał Kraków 1000 lat temu! Oto rekonstrukcja
- Tak oszukują nas sklepy spożywcze. TOP 10 nieczystych zagrań!
- Horoskop miesięczny na grudzień 2022 dla wszystkich znaków zodiaku
- Otwarto nowy prywatny akademik w Krakowie. Prawdziwy wypas dla studentów z kasą
- Budowa S7 na północy Małopolski. "Ekspresówka" widziana z góry robi wrażenie
Sytuacja na rynku pracy w 2023 roku
