Puchar Świata w stylu retro. Kożuch za zwycięstwo i feta w kinie Giewont

Przemysław Franczak
Przemysław Franczak
Zaktualizowano 
W Zakopanem skoki zawsze cieszyły się dużym zainteresowaniem, ale Piotr Fijas (z prawej) musiał długo czekać na godnych następców
W Zakopanem skoki zawsze cieszyły się dużym zainteresowaniem, ale Piotr Fijas (z prawej) musiał długo czekać na godnych następców Wacław Klag
Rozmowa. - Stoch jest w takiej formie, że nawet jeśli jego skok nie jest idealny, to w powietrzu potrafi zrobić z niego cuda - mówi PIOTR FIJAS, legenda polskich skoków narciarskich, były trener kadry i asystent Apoloniusza Tajnera, dzisiaj pracujący w reprezentacji młodzieżowej.

- 1980 rok, Puchar Świata na Wielkiej Krokwi. Pan wygrywa, drugi jest Stanisław Bobak. Powtórzenie scenariusza z dwoma Polakami na podium Pucharu Świata w Zakopanem chyba nigdy nie było tak prawdopodobne jak teraz.

- Zgadzam się, można tak powiedzieć.

- Podbiję stawkę: całe podium jest polskie.

- A to już jest o wiele mniej realne. W Wiśle było do czegoś takiego bardzo daleko, więc nie przesadzajmy. Polacy nie rywalizują w próżni, inni też ciągle są mocni.

- Jednak tak silnej, wyrównanej kadry nie mieliśmy od…

- Wejdę w słowo - chyba nigdy. Mieliśmy w historii kilku wyróżniających się zawodników, ale to były pojedyncze przypadki. Ale żebyśmy mieli tak wyrównaną grupę, która jest w stanie walczyć o zwycięstwo w konkursie drużynowym w Pucharze Świata czy w mistrzostwach świata, na co teraz jest wielka szansa, tego jeszcze w historii polskich skoków nie było. Owszem, za czasów moich i Staszka Bobaka była niezła ekipa, ale na pewno nie tak dobra i tak wyrównana jak teraz. Potrafiliśmy wygrywać pojedyncze zawody PŚ, stawać na podium, ale jednak to nie były aż tak spektakularne wyniki. To były zresztą inne czasy, trudno to porównywać.

- Dzisiaj nie odstajemy finansowo i sprzętowo od najlepszych. Za waszych czasów było inaczej. Może to robiło różnicę?

- Może tak. Nie byliśmy amatorami, skoki to była nasza praca, ale w stosunku do najlepszych ekip byliśmy do tyłu. Tak naprawdę mało wiedzieliśmy, o co w tym wszystkim chodzi. Nam się wydawało, że robimy wszystko jak trzeba, ale zawsze czegoś nam brakowało. Czołówka nam uciekała w kwestiach organizacyjnych, sprzętowych, nie mieliśmy tak dobrych warunków jak najlepsi. Nawet Czesi nas wyprzedzali. Sztab szkoleniowy to był u nas jeden człowiek. Wszystko było na głowie trenera. Inna rzeczywistość.

- Dobrze pamięta Pan ten 1980?

- Pierwszy konkurs był na średniej skoczni. Straszna śnieżyca, wiało tak, że dzisiaj zawody zostałyby od razu odwołane. W sumie to chyba pięć serii było, bo zawody cały czas były przerywane i rozgrywane od nowa. Wygrał Staszek Bobak, na dużej skoczni też był faworytem. Ja wtedy byłem jeszcze mało doświadczonym skoczkiem. Wprawdzie zdobyłem już rok wcześniej medal na mistrzostwach świata w lotach narciarskich, tak się złożyło, ale wszyscy stawiali na Staszka. Ja też. Tyle że mi skakało się lepiej na dużych skoczniach. Byłem wysoki, ale drobny i szczupły, co dawało mi przewagę na większych obiektach. My wtedy nawet nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, że waga ma w tym sporcie aż tak duże znaczenie. Żadnych diet nie było, abstrakcja. A że ja byłem naturalnie szczupły, to lepiej mnie nosiło i w powietrzu umiałem wykorzystać te swoje warunki fizyczne.

- To była niedziela.

- Piękna pogoda, warunki na Wielkiej Krokwi bardzo dobre. Pod skocznią mnóstwo ludzi. 15, może 20 tysięcy. Wstęp wolny, nikt nie sprzedawał biletów. Atmosfera oczywiście inna niż teraz, bo nie kibicowano jak na meczu piłkarskim. W Polsce te zawody nie było jakoś specjalnie nagłaśniane, ot, tyle że w Zakopanem wisiało trochę plakatów. Spokojnie było, na luzie, chociaż na zawodnikach presja też była. Ja na przykład gorzej znosiłem starty w kraju niż za granicą.

- Po zwycięstwie ludzie nieśli Pana na rękach przez Krupówki?

- (śmiech) Nie, czegoś takie nie było. O ile mnie pamięć nie zawodzi, było uroczyste zakończenie zawodów w kinie Giewont. Prowadzili je znani sprawozdawcy sportowi Tomasz Hopfer i Jan Ciszewski. Nagród finansowych nie było, to przecież była pierwsza edycja Pucharu Świata. Były za to nagrody rzeczowe. Poza pucharem dostałem kożuszek góralski i regionalny kilim.

- Pan pochodzi z Buczkowic, mieszka w Szczyrku, ale nie jest tak, że zawsze kojarzony był Pan z Zakopanem?

- Raczej nie. Startowałem wprawdzie przez dwa lata w zakopiańskiej Legii, w trakcie służby wojskowej, bo ci najlepsi mieli możliwość odsłużyć służbę zasadniczą w wojskowym klubie. Ale jednak moim klubem był BBTS Włókniarz Bielsko-Biała.

- Służba wojskowa w batalionie reprezentacyjnym?

- Tak było napisane na „bilecie”. Zostałem wytypowany do jednostki kompanii honorowej, ale w ostatniej chwili udało się to odkręcić. Stanęło na Legii. Wtedy nie byłem jeszcze znanym zawodnikiem, można powiedzieć, że w Zakopanem się rozwinąłem.

- Lata 80-te, transmisje ze skoków, Fijasa znają wszyscy. To była taka popularność, że ludzie zaczepiali Pana na ulicy?

- Nie do tego stopnia. Nie byłem złym zawodnikiem, ale też nie byłem Adamem Małyszem czy Kamilem Stochem. Należałem do szerokiej czołówki, potrafiłem coś tam wygrać, kilka razy być w pierwszej dziesiątce TCS, ale też mówimy o innych czasach. Chociaż u nas skoki zawsze cieszyły się zainteresowaniem. Legenda Marusarza, Czecha robiły swoje, potem pojawili Fortuna, Pawlusiak, Krzysztofiak, Bobak. Ja doskoczyłem. Najwidoczniej jest jakaś magia w skokach.

- No ba. Ten szał, gdy 80 tysięcy, a niektórzy mówią, że sto tysięcy ludzi pojawiło się w Zakopanem w 2002 roku specjalnie dla Adama Małysza, to był szok?

- Nie tylko dla mnie. Nikt się tego nie spodziewał. Trenerzy innych ekip nie mogli uwierzyć w to, co widzą. Widziałem zdjęcia z zawodów w Oslo, gdzie było podobno 120 tysięcy ludzi, widziałem zdjęcia z mistrzostw świata w Zakopanem w 1962 roku, gdy było czarno ludzi nawet na okolicznych łąkach, ale to nie równa się z tym, co działo się 15 lat temu na Wielkiej Krokwi. Kibice byli wszędzie, nikt nie potrafił nad tym tłumem zapanować. Przejście z wybiegu skoczni do szatni było prawie niemożliwe. Na gwałt organizowaliśmy dwóch ludzi, którzy mieli bezpiecznie przeprowadzić Adama, żeby mógł normalnie przebrać się i przygotować do drugiego skoku.

- Akurat jemu wtedy to nie przeszkadzało.

- Wtedy nie, rzeczywiście.

- Kamil jest teraz w podobnym sztosie, jak Adam, gdy w 2001 roku od Turnieju Czterech Skoczni wygrywał konkurs za konkursem?

- Zastanawiam się, czy warto robić takie analogie, ale tak to wygląda. Nie wiem, jak długo to będzie trwało, ale w tej chwili Kamil jest w wybornej dyspozycji. Jeśli nie wydarzy się nic szczególnego, bo pamiętajmy, że skoki to czasem pogoda, szczęście i parę innych zmiennych, to będzie dobrze. Kamil pokazuje, że nawet jeśli jego skok nie jest idealny, to w powietrzu potrafi zrobić z niego cuda.

- Jak kiedyś Adam.

- Tak, on też to miał. Był bardzo pewny w swoim skakaniu. Zdarzają się takie okresy w karierze, że jesteś nie do zatrzymania.

- Małysz powiedział, że kiedy taki mistrz jak Stoch wychodzi z kryzysu, to wraca trzy razy mocniejszy.

- Wie, co mówi. Sam miał takie słabsze okresy, gdy było mu ciężko, ale jak wrócił, to… Ech, to był taki „power”. Z Kamilem może być podobnie.

- Jaki przycisk wcisnął Stefan Horngacher, że tak nagle wszystko zaskoczyło?

- Co cesarskie trzeba oddać Łukaszowi Kruczkowi. Jednak gdy pracuje się iks lat z tymi samymi ludźmi, wydaje się, że wszystko gra, wszystko pasuje i jest OK. A okazuje, że gdzieś coś po prostu ucieka, nie zauważa się pewnych rzeczy. Wtedy zaczyna brakować nad wszystkim kontroli. A kiedy przychodzi nowy człowiek, są nowe metody, nowa mobilizacja, motywacja, inne spojrzenie. W tym wypadku to zaskoczyło.

- Pamięta Pan Horngachera ze skoczni? On raczkował w Pucharze Świata, kiedy Pan już kończył karierę.

- Prawdę mówiąc - nie. Oglądałem go dopiero później, gdy sam już skończyłem skakać. Solidny zawodnik.

- Lepszy trener niż skoczek?

- Pracował u nas już wcześniej, wspominam go dobrze. Bardzo zaangażowany, miał sukcesy z kadrą młodzieżową. Może też dlatego było mu łatwiej, znał realia. Widać też, że od tamtego czasu nabrał doświadczenia, dojrzał jako szkoleniowiec. Zmobilizował chłopaków do większej pracy, koncentracji, pełnego profesjonalizmu. Teraz zbiera owoce.

- I chyba ma też pomysł, patrząc na Turniej Czterech Skoczni, jak planować szczyt formy na najważniejsze imprezy. To dobrze wróży przed mistrzostwami świata w Lahti.

- To zawsze jest trudna sprawa, ale zobaczymy. Jeżeli to mu się uda… No, to będzie mistrzu.

Sportowy24.pl w Małopolsce

polecane: FLESZ: Niebawem zmiana czasu, jedna z ostatnich

Wideo

Materiał oryginalny: Puchar Świata w stylu retro. Kożuch za zwycięstwo i feta w kinie Giewont - Dziennik Polski

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3