To miasteczko butami stoi [ZDJĘCIA, WIDEO]

Karolina Gawlik
Karolina Gawlik
Kalwaria Zebrzydowska słynie z mebli, a pobliski Stanisław Dolny z butów. Kiedyś w każdym domu był zakład. Obuwie stąd nosił papież Jan Paweł II. Jak teraz radzą sobie lokalni szewcy - sprawdza Karolina Gawlik.

WIDEO: Stanisław Dolny. To miasteczko butami stoi

Autor: Karolina Gawlik, Gazeta Krakowska

Kiedyś jadąc samochodem, przypadkowo wjechałam do Stanisławia Dolnego. Znajomy wtedy spytał: "Dlaczego tu wszyscy szyją buty,"? Rzeczywiście, na każdym niemal domu wisiał szyld producenta obuwia. Nie minął miesiąc, gdy dostałam od niego telefon: "Nie uwierzysz. Kupiłem w galerii buty ze Stanisławia Dolnego!".

Cóż, drodzy Czytelnicy, nie powinno Was dziwić, że kiedy kupujecie buty w galerii handlowej czy w ekskluzywnym sklepie na Rynku, to z dużym prawdopodobieństwem dostajecie wyrób nie prosto z Włoch, ale właśnie z małopolskiej wsi.

***

To ze Stanisławia Dolnego pochodzą tacy obuwniczy giganci jak Cohnpol czy Badura.

Jednak o wsi zrobiło się głośno za sprawą Stanisława Żmii. Ten lokalny szewc w latach 80. szył buty samemu papieżowi Janowi Pawłowi II.

Pan Stanisław pamięta czasy, gdy robienie obuwia było artystycznym, żmudnym rzemiosłem, a nie masową, maszynową produkcją. Żeby móc otworzyć swój zakład i uczyć młodych, trzeba było ukończyć szkołę, odbyć praktykę, staż, zdać egzamin czeladniczy i zdobyć dyplom mistrzowski. Uczeń musiał czasem rok przepracować na polu majstra, żeby mieć u niego praktyki. Gdy młody nauczył się fachu, widział, że się to opłaca i sam otwierał zakład.

- Tradycja produkowania obuwia w Stanisławiu powstała więc z biedy - wyjaśnia Żmija.

Szycie, sklejanie, ćwiekowanie - wszystko robiło się ręcznie, z ogromną precyzją. Skóry pozyskiwało się z państwowych zakładów. Nie były idealne, ale obuwie szło jak ciepłe bułeczki i to w całym kraju.

- Kiedy nie było na półkach towaru, mogliśmy sprzedać każdą liczbę butów, ale nie mieliśmy z czego ich robić. Teraz towaru jest pod dostatkiem, ale nie ma komu go sprzedawać - mówi Żmija.

Wspomina, że kiedyś zakład był w każdym domu, ale dużo z nich upadło w starciu z rzeczywistością kapitalizmu. Jego obowiązki przejął teraz syn. Sam przeszedł wylew. Ale pięknych chwil, które dał mu ten zawód, nikt mu nie odbierze. Do dziś na ścianie wisi obraz, gdy wręcza papieżowi buty: do kostki, niesznurowane, w kolorze pomidorowym, numer 44.

- Chciałem, żeby przypomniały mu się młode lata. Po roku czy dwóch od mojej wizyty w Rzymie, dowiedziałem się, że papież lubi w nich chodzić. Potem szyłem mu tych butów więcej, wymienialiśmy się listami, gdy obaj chorowaliśmy - wspomina. Wtedy zaczęli do niego zjeżdżać księża i biskupi z całego kraju. Niektórzy są klientami zakładu do dziś.

***
Większość zakładów w Stanisławiu Dolnym to biznes rodzinny. Edward Moskała ma swój "Agda" od 1979 r. Produkuje buty męskie, głównie wizytowe. Pałeczkę przejmuje jego syn Dawid, choć mógł pójść inną drogą: skończył stosunki międzynarodowe, mieszkał w Anglii i USA. Teraz w poszukiwaniu ciekawych fasonów i wzorów jeździ na targi po całej Europie.

- Lubię ten zawód. Gdyby było inaczej, nie robiłbym tego. Da się na tym zarobić - mówi Dawid Moskała. - Ale łatwo teraz nie jest. Nabywcy nie dotrzymują terminów płatności, rynek wschodni jest zamknięty przez sytuację na Ukrainie.

Nie ma recepty na idealny but. Niekoniecznie sprzedaje się to, co najlepsze. Choć - jak zauważają Moskałowie - klienci zaczęli się odwracać od chińszczyzny.

Zmiana pokoleniowa w rodzinnym zakładzie symbolizuje przemianę całego biznesu. - Dużo ludzi kiedyś szyło buty, dziś dominuje system klejony, więc obuwie się składa. Był też podział na dwa zawody: cholewkarza i szewca - mówi pan Edward.

- Ale szyte buty są droższe i mniej modne. Produkcja obuwia jest sprawniejsza dzięki maszynom. Kiedyś zakład robił trzy pary butów dziennie, teraz 20 to norma - dodaje syn Dawid. - Dużo zakładów splajtowało, ale butów produkuje się o wiele więcej - zaznacza Dawid.

Bo - jak zauważa pan Andrzej, właściciel zakładu "Kampa" - szewc musi być dzisiaj jeszcze projektantem i biznesmenem. - Przepisu na sukces nie ma. Albo model jest strzałem w dziesiątkę, albo się klepie biedę - podkreśla. Zakład przejął po rodzicach 10 lat temu. Musiał zainwestować w maszyny. Te, choć bardzo drogie i funkcjonalne, nie zastąpią w pełni ludzi. Szewc musi być dokładny, cierpliwy, pracowity, a fachowców na rynku brakuje. Jeśli już jednak wykonywać ten zawód, to właśnie w Stanisławiu.

- Na miejscu dostępny jest niemal każdy towar potrzebny do produkcji butów - zauważa. - Gdy patrzę na buta, od razu widzę, czy to nasze czy włoskie materiały.

***
O tym, że buty ze Stanisławia Dolnego doceniane są na całym świecie, przekonuje też Krzysztof Kasprzak, właściciel zakładu "Silwano". - Polscy szewcy naprawdę wiele potrafią, ale muszą podpatrywać fasony od Włochów - wyjaśnia. Sam zwraca uwagę na szczegóły. Wie, że wpływają na jakość, która wyróżnia Polaków na rynku.

- Jeśli but jest źle zrobiony, to najpiękniejsza skóra go nie uratuje - tłumaczy. W przeciwieństwie do większości kolegów po fachu, zaczynał od zera.

- Najpierw miałem szwalnię, kilka lat później robiłem całe buty, teraz mam spory zakład. Trzeba być upartym i zawziętym - zaznacza. Wybrał najtrudniejszą w tym zawodzie działkę, bo eleganckie buty kobiece. To najbardziej wymagający klient. - Jak mam naprawdę zły dzień to idę do zakładu i robię sobie buty - śmieje się żona Mirosława.

Stanisław Żmija nie widzi łatwej przyszłości dla małych i średnich zakładów obuwniczych. Młodzi przekonują jednak, ze trzeba iść z duchem czasu, że przyszłością dla lokalnych przedsiębiorstw jest współpraca z sieciami sklepów. Niektóre wymagają, by oznaczać obuwie wyłącznie ich logo. Dlatego często nie mamy świadomości, że nosimy na sobie buty z małego Stanisławia Dolnego.

Stanisław Dolny
to wieś położona w gminie Kalwaria Zebrzydowska. Liczy ponad 2 tys. mieszkańców. W XX w. nastąpił tu silny rozwój szewstwa, m.in. przez spółdzielnię przemysłu obuwniczego "Świt".

Jak powstaje but
Najpierw rozdziela się skóry i wykrawa z nich elementy, które trafiają do szycia i składania. Gotowe cholewki są "ćwiekowane", czyli naciągane na kopyto z celulozową podeszwą. By utrwalić formę, wkłada się je do maszyny z gorącym powietrzem. Potem przykleja podeszwę.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie