Żeglarski Mount Everest

Katarzyna Janiszewska
Pogoda zmienia się tu z minuty na minutę. W jednej chwili jest spokojne niebo, a już w następnej może zerwać się  sztorm
Pogoda zmienia się tu z minuty na minutę. W jednej chwili jest spokojne niebo, a już w następnej może zerwać się sztorm archiwum prywatne
To ciężka harówka i walka z żywiołem. Ale jak już się połknie bakcyla, nie ma odwrotu. O krakusach, którzy opłynęli niebezpieczny przylądek Horn - pisze Katarzyna Janiszewska

Śmiałkom, którzy opłynęli Horn, wolno wszystko. No, może prawie wszystko. A już na pewno więcej niż zwykłym śmiertelnikom. Wolno im więc gwizdać na pokładzie, nie narażając się na gniew bosmana, nosić złoty kolczyk w lewym uchu, jeść z nogą na stole, a nawet sikać pod wiatr.

- To bardzo trudna sztuka, chcieliśmy spróbować zaraz po zejściu na ląd, ale akurat nie było wiatru - śmieje się Adam Morstin, który w lutym opłynął ten najdalej na południe wysunięty punkt Ameryki Południowej.

Skalisty przylądek Horn stanowi granicę między Pacyfikiem a Atlantykiem. Dawniej była to główna morska droga handlowa. I jedno z najniebezpieczniejszych miejsc na szlakach żeglugowych wielkich kliprów. Jego opłynięcie jest trudne ze względu na błyskawicznie zmieniające się warunki pogodowe. Adam Morstin i Krzysztof Kuźma z Krakowa podjęli wyzwanie. Razem z nimi w rejs popłynęło jeszcze osiem osób. Wyprawa trwała dwa tygodnie.

- Trafiliśmy na względnie dobre warunki - opowiadają żeglarze. - W lutym jest tam lato, więc temperatura dochodzi do 4, 5 stopni C. Ale prawda jest taka, że lodowaty wiatr przewiewa człowieka na wskroś. Cokolwiek byś ubrał i tak będzie ci zimno.

Rytm życia na statku wyznaczają wachty: nawigacyjna i kambuzowa. Ta ostatnia polega po prostu na gotowaniu i sprzątaniu. - To było dla mnie najgorsze: zmywanie naczyń - opowiada Morstin. - Nie potrafię zbyt dobrze gotować, a jakiś podział obowiązków musiał być. Jak kończyłem taką wachtę, to już myślałem o tym, że za trzy dni czeka mnie kolejna.

Żeglarze zapewniają, choć trudno w to uwierzyć, że na statku jada się często lepiej niż w domu. Nawet w największym sztormie piekli chleb, naleśniki, steki. Obowiązkowo musiało być śniadanie, a obiad z deserem i oczywiście kolacja. Na pokładzie była kuchenka i piekarnik, kucharz nie miał więc żadnej wymówki. Łódź wychodząc w morze zawsze jest zaprowiantowana tak, żeby przez dwa tygodnie nie trzeba było wpływać do portu.

Jedyny problem to słodka woda. W zbiorniku jachtu były jej dwie tony. Ale nasi żeglarze zbytnio nie oszczędzali, toteż szybko się skończyła. - Musieliśmy popłynąć pontonem do rzeki na jednej z wysp Archipelagu Ziemi Ognistej - wspomina Kuźma. - Stamtąd wodę przelewaliśmy wiadrami do beczek i tak zaokrętowaliśmy tysiąc litrów.

Choć dziś opowiadają o tym ze śmiechem, nie było wesoło, kiedy załoga zatruła się mulami. Ale, że to dla żeglarzy mało chwalebna przygoda, wolą nie rozwijać tematu. - Może pani napisać, że wszyscy rzygali, tylko kapitan wymiotował - żartuje pan Adam. Były i momenty prawdziwej grozy. Jak choćby ten, kiedy jacht zerwał się w nocy z kotwicy i zaczęło go znosić na skały.

- Zepsuł się silnik, który wyciąga kotwicę na pokład - wspomina Morstin. - Noc, ciemno, nic nie widać, do tego silny wiatr, a my godzinę mocowaliśmy się z łańcuchem. Musieliśmy wybrać kotwicę ręcznie i rzucić jeszcze raz. Jacht trzeba było dodatkowo przywiązać cumami do drzew.

Horn dla żeglarzy, to jak Mount Everest dla alpinistów. - Wszyscy byliśmy bardzo wzruszeni, kiedy dotarliśmy na miejsce - nie kryje Krzysztof Kuźma. - Niby zwykła skała, ale każdy marzy, żeby ją opłynąć. To pewien symbol: granica oceanów, prawie koniec świata.

Na dodatek bardzo niebezpieczne miejsce. Na dnie leżą szczątki statków, żaglowców i kilka tysięcy śmiałków, którym nie udało się zdobyć zdradliwego przylądka. Pogodę tutaj sprawdza się z wyprzedzeniem nie kilkudniowym, ale co najwyżej kilka godzin wprzód. W jednym momencie może zerwać się sztorm. A wtedy nawet potężny żaglowiec rzucony o skały rozpryskuje się jak łupina orzecha.

- Żeglarstwo to walka z żywiołem, ciężka harówka, ale i wspaniała przygoda - twierdzą zgodnie uczestnicy rejsu. - Gdy już się połknie bakcyla, nie ma odwrotu. Najpiękniejsze w żeglowaniu jest to, że można poznać miejsca niedostępne, zakamarki świata, w które nie zabiera żadne biuro podróży.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie