Z uwagą przyjrzałem się nie tylko tamtejszym zabytkom, ale też systemowi emerytalnemu, uznawanemu za jeden z najlepszych na świecie. Jego sukces, mawiają Duńczycy, kryje się w tym, że z dala od niego swoje łapy trzymają politycy. Czyli odwrotnie niż u nas, więc nietrudno zgadnąć, która idea jest lepsza. Różnica między uczciwie pracującymi Duńczykiem i Polakiem jest taka, że ten pierwszy wie, ile pieniędzy dostanie po przejściu na emeryturę i z jakich będą pochodzić źródeł, a ten drugi pojęcia zielonego nie ma w żadnej z tych kwestii. Duńczyk dostanie emeryturę państwową (w tej chwili dla samotnej osoby to ok. 5,5 tysiąca złotych miesięcznie) oraz emeryturę dodatkową, z uzbieranych przez siebie środków w czymś na kształt naszego OFE. Polak z kolei też dostanie emeryturę państwową (nie wiadomo ile, ale zawsze mniej, niż się spodziewa) oraz emeryturę z tzw. drugiego filaru, chyba że ów filar zniknie w pomroce dziejów, a zgromadzone tam aktywa rozpłyną się w powietrzu albo przejdą do ZUS, zatem w sumie wyjdzie na to samo.
Ktoś polską rozgrywkę emerytalną o forsę z OFE bardzo trafnie nazwał pojedynkiem dwóch szulerów, w którym chodzi tylko o to, kto kogo przechytrzy. Dla niekumatych: z jednej strony stolika siedzi rząd, z drugiej - fundusze. Co wybrać? Dżumę czy cholerę? Wybieram Danię. Na razie symbolicznie, ale dla emigrantów też ich system jest przyjazny. Tam w każdym razie oszczędzanie na swoją starość nie przypomina wrzucania pieniędzy do dziurawej skarpety, pod którą skarbonki trzymają minister finansów i wiecznie głodne fundusze. Za każdym razem kiedy sprawdzam przysyłany z OFE bilans, dochodzę do wniosku, że drogo liczą sobie za obsługę mojej przyszłości. No i że to nie filar, tylko filarek. Ba, filareczek, na którym ciężko oprzeć cokolwiek. Tak samo jak nie czeka nas tu emerytura, tylko - w najlepszym razie - emeryturka.
Chodziłem sobie po tej Kopenhadze, podglądając życie szarych Duńczyków. Nawiasem mówiąc, to nie tylko szarych, bo poczłapałem też do słynnej Christianii, najbardziej idiotycznej atrakcji turystycznej, jaką widziałem w życiu. To taka niby-wyzwolona, antykonsumpcyjna dzielnica artystów, mętów i niebieskich ptaków - przy wejściu jest napis: "Wychodzicie poza teren UE" - w której można swobodnie kupić haszysz, wypalić jointa itp., itd. Jak po muzeum przechadzają się turyści z dziećmi, płacąc jak za zboże za bransoletki, T-shirty i piwo, a Japończycy pstrykają zdjęcia leżącym na ławkach ćpunom. Taki dziwaczny park rozrywki, w którym - z tego, co zdążyłem zauważyć - najcięższą robotę i tak mają murzyni. Taką reglamentowaną wolność to o kant zadu potłuc.
Ciekawsze życie wiodą właśnie ci owi szarzy mieszkańcy Kopenhagi, bo tam każdy koło domu ma nie tylko samochód, ale też żaglówkę albo motorówkę, albo jedną i drugą, do tego skuter wodny, kajak i obowiązkowo kilka rowerów. Nic dziwnego, że na emeryturze - i nie tylko - potrafią złapać wiatr w żagle. A my? Hm, my też razem z naszymi emeryturami odpłyniemy. Myślami do Danii. Siedząc na ławce w parku.