Nie ma chyba w świecie muzyki rockowej większego straceńca niż ten amerykański wokalista. W ciągu czterdziestu lat swej kariery zaliczył on wszystkie możliwe wzloty i upadki. Brał narkotyki, zaliczał kolejne kliniki odwykowe, miał niezliczoną liczbę romansów, podejrzewano go nawet o związek z samym Davidem Bowie. Cierpiał biedę i niedostatek, był poniżany i odrzucany przez show-biznes, zdarzało się, że nocował na ulicy. Jego koncerty to eksplozje nieokiełznanej energii. Początkowo okaleczał się podczas występów, prowokował widzów do bójek, demolował sprzęt i rozbijał instrumenty. Nic dziwnego, że pod koniec lat 70. uznano go za "ojca chrzestnego punk rocka".
Obecnie wokalista uspokoił się - w końcu ma już 65 lat. Jego ubiegłoroczny koncert na katowickim OFF Festivalu pokazał jednak, że niejeden młodzieniec może mu pozazdrościć energii i... szczupłej figury.
Iggy Pop ożywił legendarny zespół The Stooges podczas jego reaktywacji z braćmi Asheton w 2003 roku. Niestety - jeden z nich, grający na basie Ron, zmarł niedługo potem.
Dlatego do zespołu dołączył Mike Watts z punkowej grupy Minuteman. Gitarzystą został z kolei James Williamson, który współpracował z grupą w okresie nagrań ostatniej płyty "Raw Power" z 1973 roku. W związku z tym formacja powróciła wtedy do nazwy Iggy & The Stooges.
Pod takim szyldem ukaże się też nowy album. Jak zapowiada lider formacji, będzie "to mieszanka ostrych gitar, złości, desperacji z misyjnymi zapędami i hymnami klasy robotniczej".
Zapowiada się, że Iggy Pop znów będzie królem rocka.
Codziennie rano najświeższe informacje z Krakowa prosto na Twoją skrzynkę e-mail. Zapisz się do newslettera!
"Gazeta Krakowska" na Twitterze i Google+