Przypadek ściganego Grzegorza Sz.

    Przypadek ściganego Grzegorza Sz.

    Artur Drożdżak

    Gazeta Krakowska

    Aktualizacja:

    Gazeta Krakowska

    Przyjaciel zabójcy "Pershinga", znajomy liderów gangu pruszkowskiego. Po całej Europie tropili go polscy gangsterzy i Interpol. Na jego ślad pierwsi wpadli koledzy bandyci ze Śląska. Zginął zastrzelony na Słowacji. O Grzegorzu Sz., biznesmenie z Krakowa, który majątek ukrył gdzieś na tajnych kontach w Szwajcarii.
    Grzegorz Sz. to barwna postać, a jego życie mogłoby stać się kanwą serialu kryminalnego. Zaczynał karierę jako właściciel kantoru w Bielsku-Białej, potem importował sprzęt RTV i handlował ...smalcem. Majątku dorobił się na początku lat 90. wyłudzając podatek VAT na podstawione fikcyjne firmy. Brał kredyty z banków i ich nie zwracał. Podejrzewano, że tylko z BGŻ zagarnął w ten sposób 20 mln zł. Z tego powodu prokuratura w Krakowie w październiku 1995 r. rozesłała za nim międzynarodowy list gończy, ale Grzegorz Sz. w porę dostał cynk i zdążył uciec za granicę. Ukrywał się we Włoszech, Czechach i Austrii.

    Gangsterzy i policjanci



    - Nie wiedział, że jego tropem ruszyli polscy gangsterzy, którzy w czasopiśmie "Sukces" wyczytali, że Grzegorz Sz. jest na tzw. antyliście najbogatszych przestępców w Polsce. Dlatego postanowili go porwać dla okupu, bo przypuszczali, że nie będzie chciał się pożalić organom ścigania, że padł ofiarą przestępstwa - opowiada policjant Centralnego Biura Śledczego zaangażowany w tamto śledztwo.

    Biznesmen był łakomym kąskiem, bo jego majątek szacowano na 24 mln dolarów. Bandyci z Krakowa ustalili najpierw, że często bywa w Wiedniu i gdy już mieli go tam uprowadzić, okazało się, że ubiegł ich konkurencyjny, śląski gang Grzegorza P. ps "Pokid".

    Ofiara zdołała jednak zbiec ludziom "Pokida", którzy zaczaili się na niego, gdy wieczorem szedł ulicą na partyjkę tenisa. Uciekł na Słowację i od jesieni 1996 r. ukrywał się w miejscowości Nitra. Wynajmował dom, posługiwał się paszportem wydanym w republice Gwatemali i podawał za Martina S. Ale bandyci z Krakowa i tam go wytropili. Byli ostrożni, dlatego polecili słowackim kolegom z półświatka porwanie Grzegorza Sz. Tak się stało we wrześniu 1997 r.

    Na procesie w Krakowie o okolicznościach tego porwania barwnie opowiadał 47- letni Piotr B., przyjaciel porwanego, z którym od lat robił nielegalne interesy.

    - Wystraszony Grzesiek sam do mnie zadzwonił i przyznał, że jest porwany. Szyfrem przekazał mi wiadomość, gdzie go przetrzymują na Słowacji - zeznawał świadek. Dowiedział się, że słowaccy porywacze początkowo chcieli 5 mln marek okupu, ale w końcu obniżyli żądania do 400 tys. marek. Przewozili biznesmena w różne miejsca, skuli go kajdankami, bili. Gdy polscy zleceniodawcy przyjechali sprawdzić, jak się ma ofiara porwania, na głowach mieli kominiarki, a głos zmieniali dzięki specjalnym urządzeniom. Wszystko po to, by Grzegorz Sz. ich nie poznał.
    1 3 »

    Czytaj treści premium w Gazecie Krakowskiej Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze (1)

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Autor komentarza nie dodał zdjęcia
    Jaja

    Nokia (gość)

    Zgłoś naruszenie treści

    I to są polscy dłużnicy i ich żoneczki pokrzywdzone przez komorników. Na detektywa i okupik i życie na sasach jest, ale żeby oddać to nie ma. Takim ludziom rząd uchyla teraz nieba...

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecamy

    Wideo