Skaldowie: "Nie ulegliśmy modzie" [WYWIAD] - X Forum Seniora

Patrycja Dziadosz
Patrycja Dziadosz
Gośćmi X edycji Forum Seniora byli bracia Andrzej i Jacek Zielińscy - założyciele legendarnej grupy Skaldowie
Gośćmi X edycji Forum Seniora byli bracia Andrzej i Jacek Zielińscy - założyciele legendarnej grupy Skaldowie Andrzej Banas
Udostępnij:
Jeden z najpopularniejszych zespołów bigbeatowych lat 60. i 70. Wylansowali ponad 300 utworów. Przeboje takie jak „Wszystko mi mówi, że mnie ktoś pokochał”, „Kulig” czy „Prześliczna wiolonczelistka” do tej pory nuci cała Polska. Jaka jest ich recepta na muzyczną długowieczność? - Nikogo nigdy nie naśladowaliśmy, bo od początku mieliśmy swój styl. Recepta jest więc chyba taka sama jak w każdej innej dziedzinie, łącznie z małżeństwem. Trzeba umieć się dogadywać, a czasami umieć ustąpić – mówią podczas X forum seniora "Gazety Krakowskiej" oraz "Dziennika Polskiego" - bracia Jacek i Andrzej Zielińscy, założyciele legendarnej grupy Skaldowie.

W ubiegłym roku świętowaliście swoje 55 lecie na scenie. Piękny jubileusz. Czy, gdy w 1965 roku zakładaliście zespół spodziewaliście się, że to będzie przygoda na tyle lat?

Jacek Zieliński: Absolutnie nie. Jak zakładaliśmy zespół to byliśmy studentami Akademii Muzycznej. „Skaldowie” mieli być dla nas odskocznią od nauki muzyki poważnej. Myśleliśmy, że przetrwamy rok, dwa a potem znów trzeba się będzie znowu zająć się klasyką. W trakcie okazało się jednak, że zajmuje nam to coraz więcej czasu. Sprawa tak się przedłużyła, że sami nie wiemy kiedy minęło te ponad 55 lat. Pamiętam jednak kiedy obchodziliśmy pięciolecie i wydawało nam się to nieprawdopodobne. Co do świętowania, to niestety nie udało nam się, bo plany pokrzyżował nam pandemia. Mamy nadzieje, że uda nam się to nadrobić jak wszystko wróci do normalności.

Andrzej Zieliński: W latach 60. pojawiła się moda na gitary elektryczne, wywołana przez brytyjski zespół The Shadows. Potem sukcesy zaczęli odnosić The Beatles. Słuchaliśmy ich na prywatkach. Pojawiła się chęć, by też pograć taką muzykę. To prawda, że myśleliśmy, że będzie to tylko chwilowa zabawa.

Wychowywaliście się w bardzo muzycznym domu. Wasz tato, skrzypek w orkiestrze Polskiego Radia i operetce, zabierał was na próby, a w domu grywał koncerty dla rodziny. To musiało się skończyć również waszym graniem.

J.Z.: Andrzej od małego grał na fortepianie. Ja chciałem być taki jak ojciec. Jeszcze jako mały chłopiec nie mając pojęcia o graniu, bawiłem się że jestem skrzypkiem. Brałem drewienka spod pieca kaflowego, którym ogrzewaliśmy mieszkanie i udawałem, że gram. Są nawet takie zdjęcia w naszym rodzinnym albumie, na których siedzę i sobie coś mruczę pod nosem. Jeden patyczek służy mi jako smyczek, drugi jako skrzypce.

A.Z: Cały dom był tak przesiąknięty muzyką, że chyba faktycznie nie mogliśmy inaczej. Tato jednak nie był zachwycony jak Jacek też postanowił zostać muzykiem.

Bo to ciężki kawałek chleba.

J.Z.: Mówił, że jeden muzyk w domu wystarczy. Proponował, że jest tyle pięknych zawodów: lekarz, prawnik. Wiedział, że bycie muzykiem to ryzykowne zajęcie - albo ci się uda i osiągniesz sukces, albo nie.

Wam się udało w stu procentach. W czym tkwi tajemnica długowieczności Skaldów?

J.Z.: Pewnie w tym, że jesteśmy zgrani towarzysko. Nikogo nigdy nie naśladowaliśmy, bo od początku mieliśmy swój styl. Recepta jest więc chyba taka sama jak w każdej innej dziedzinie, łącznie z małżeństwem. Trzeba umieć się dogadywać, a czasami umieć ustąpić. Wiadomo, że są różne koncepcje i charaktery, ale coś musi ludzi łączyć. Nas łączy muzyka.

A.Z: Sukces naszych piosenki tkwi w tym, że nigdy nie były one banalne i powierzchowne zarówno w warstwie muzycznej jak i tekstowej. Te które napisałem w latach 60., czy 70. żyją do dzisiaj inspirując następne pokolenia.

To prawda. Przeboje takie jak „Wszystko mi mówi, że mnie ktoś pokochał”, „Kulig” czy „Prześliczna wiolonczelistka” do tej pory nuci cała Polska.

A.Z.: Większość z tych utworów powstała w latach 60. Nigdy nie podążaliśmy ślepo za modą. Patrząc dzisiaj na te wszystkie konkursy adresowane do młodych, w których naśladują oni zagranicznych piosenkarzy mogę powiedzieć jedno: jako kopiści niczego nie osiągniecie. W USA takich zespołów, które naśladują innych, są tysiące. Wykonują utwory z „Top 40”, czyli listy przebojów „Billboardu”. I to znakomicie, sam z takimi grałem. Ale liczą się tylko ci, którzy proponują coś swojego. Oryginalnego. Nie te tysiące Presleyów. Hendriksów. To może być atrakcja turystyczna. Nic ponadto. Wartość ma twórczość własna.

J.Z.: Publiczność i trendy się zmieniają. Można się nimi inspirować, ale nie należy ślepo gnać za tym, co jest w danym czasie popularne.

Jaki jest zatem przepis na dobrą piosenkę? Bo w tej dziedzinie jesteście geniuszami.

A.Z.: - Trudno powiedzieć, nie ma jednoznacznego przepisu. Piosenka się rodzi pod wpływem czegoś. Na początku pisaliśmy piosenki, gdzie najpierw powstawała muzyka, a dopiero do niej tekst.

Tak było m.in. w przypadku „Wszystko mi mówił, ze mnie ktoś pokochał”. Podobno tekst do niej powstał w niecały kwadrans.

A.Z.: Czysty przypadek zadecydował o okolicznościach powstania tej piosenki. Nagrywaliśmy wtedy w radiowym studiu piosenki bardzo dużo utworów. Wojtek Młynarski, który był wówczas dopiero początkującym autorem tekstów uczestniczył w jednej takiej naszej sesji. Zagrałem mu w studio przy fortepianie muzykę, a on dopisał do niej tekst w 15 minut. Nie spodziewaliśmy się wtedy, że będzie to taki hit.

Z braćmi czasem różnie bywa. Nigdy nie było poważniejszych konfliktów?

J.Z.: W dzieciństwie – tak. Wtedy są konflikty i to o wszystko. Ale odkąd zaczęliśmy dorosłe życie i działamy w zespole, to konflikty między nami się nie zdarzają. Może jedynie jakieś drobne różnice zdań.

Pomimo upływu lat nadal koncertujecie, a swoją pasją zarażacie kolejne pokolenia.

J.Z.: Zespół Skaldowie to są starsi panowie, ale przy szczególnych okazjach, na przykład na koncert z okazji moich 75. urodzin, zaprosiłem wnuczki. Wnuk, który jest perkusistą, od czasu do czasu występuje z nami. W ubiegłym roku nagrał ze mną płytę zatytułowaną "Taki blues". Gościnnie śpiewa też z nami moja córka. To zarażenie kolejnych pokoleń naszymi utworami udaje nam się chyba dlatego, że na koncertach gramy tylko swoje piosenki, staramy się je jednak inaczej zinterpretować, dodać do tego trochę świeżości, ale aranż jest ten sam, nie zmieniamy harmonii, melodii, czasem coś minimalnie zmodyfikujemy.

Czujecie się spełnieni?

A.Z.: Oczywiście. Skoro utwory, które skomponowałem jak młody człowiek w latach 60. żyją do dzisiaj są grane i aranżowane na nowo to znaczy że ta muzyka jest żywa i będzie żywa.

J.Z.: To dla nas największa satysfakcja.

Jakie macie plany artystyczne na najbliższy czas?

J.Z.: W tym roku jeszcze czeka nas trochę koncertów m.in. ten z okazji 85 urodzin Agnieszki Osieckiej. Jeśli chodzi o płyty to do tego by coś nagrywać stale mobilizują nas nasi fani.

A.Z.: Życie nam powie, kiedy należy zejść ze sceny (śmiech). Nasze wspomnieniowe płyty cały czas wychodzą. Wszystko dzieje się dzięki wydawnictwu Kameleon, które wydaje w wersji kompaktowej nasze płyty, które do tej pory jako kompakty się nie ukazały, bo przecież nie wszyscy mają adaptery do odtwarzania płyt winylowych. Choć z drugiej strony właśnie winyle przeżywają dziś swój renesans i w ostatnim czasie to one z naszymi piosenki pojawiają się na rynku częściej. Co do dalszych koncertów, życie nam powie, kiedy należy zejść ze sceny (śmiech).

Skaldowie:

"Warsaw Show 16" ostatnim sezonem Don Kasjo?

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie